Nadszedł czas najwyższy podsumowań wszelakich. „verte” oraz „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa” zapraszają do zapoznania się z oceną roku minionego i jej argumentowaniem, jakie zgotowali dla Was ich autorzy.
Jak wyglądał filmowy 2007 rok? Wyglądał ładnie. Oczywiście moja ocena jest bardzo subiektywna. Dlaczego? Może dlatego, że jest moja, ale chyba też dlatego, że nie widziałam absolutnie wszystkich premier tego roku, a tak właściwie, to widziałam ich stosunkowo mało, jak na kogoś, kto robi magisterkę w zakładzie badań nad kulturą filmową i audiowizualną. No a pozycje, które już widziałam, były moim subiektywnym wyborem, do którego nikt mnie nie przymuszał. Prawda jest taka, że gdybym zachłannie chciała oglądać WSZYSTKO, jak leci, to albo nie chodziłabym do pracy, jeśli chciałabym chodzić do kina na seanse dzienne, albo nie spałabym w nocy, wybierając np. nocne maratony. Po co mi taki filmowy terror? Tak więc wybrałam kino, które sprawia mi po prostu przyjemność. Szczerze wyznam, iż poproszona o podsumowanie dokonań kina światowego w 2007 roku, czuję się trochę niekompetentna. Ale ja się zawsze tak czuję.
Pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu zajmuje najnowsza produkcja Doroty Kędzierzawskiej. Jest to praktycznie rzecz biorąc monodram w wykonaniu Danuty Szaflarskiej, film o doskonałych proporcjach pogodnego humoru, mądrości życiowej, zgromadzonej w trakcie długiego życia głównej bohaterki, jak również jej problemów, z którymi musi się zmierzyć, i drobnych cierni, na które natrafia stykając się z rzeczywistością, która jest diametralnie inna niż „przed wojną”. Lecz mimo to nie ma tu miejsca na zbędne rozrzewnianie się nad tym, co było i minęło i nad tym, że trudno jest samotnie żyć osobie starszej. Wcale nie pora umierać, to nie interwencyjny dokument Jadwigi Zajicek, niepozostawiający cienia nadziei. Powtórzę więc: proporcje doskonałe! Mnie też od razu chce się żyć, gdy oglądam tak wyśmienite filmy. Wielkie brawa dla pani reżyser, bo rzadko który twórca filmowy potrafi zachować właściwe stosunki dobra i zła, i innych antagonizmów życiowych.
„Sztuczki” Andrzeja Jakimowskiego, mimo że tak chwalone przez ogół, moim zdaniem właśnie nie zachowały proporcji — za dużo tu „magii”, miodu bez dziegciu, za lekkie to i z nieadekwatnym do polskich realiów — które niby chciał pokazywać — happy endem. Lekko naiwne, niemniej, ogólnie rzecz biorąc, oceniam film wysoko. To obrazuje, jak ważny jest kontekst, w którym coś umieszczamy. Punkt widzenia nie zależy więc, jak sądzi pani Nelly R., od punktu siedzenia pani Julii P., ale od kontekstu, w którym coś umieszczamy. Wraz z kontekstem zmienia się nasza ocena.
Kolejne trzy miejsca w moim podsumowaniu to po prostu czysta rozrywka — filmy obejrzane przeze mnie w ramach walki z depresją, co nie znaczy, że złe, bo np. „nikt w nich nie umiera”. „Lakier do włosów” Adama Shankmana wyróżnia się m.in. dobrą obsadą aktorską (John Travolta, Michelle Pfeiffer, Christopher Walken, Queen Latifah), „The Simpsons Movie” Davida Silvermana — inteligentnym humorem. Zalety „Anteny” opisałam w litopadowym numerze „verte”. „Parę osób, mały czas” wciągam na listę, gdyż od lat cenię Krystynę Jandę, która w filmie Andrzeja Barańskiego (również mój prywatny idol!) wypadła, myślę, bardzo dobrze, i nie wyobrażam sobie nie zakwalifikować do „pierwszej szóstki” filmu z jej udziałem, skoro takowy miał swą premierę w tym roku (przynajmniej w bydgoskich kinach, a właściwie kinie).
Tak zatem: było co oglądać w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nie znaczy to jednak, że mamy zapominać o historii kina, o filmach i twórcach z ubiegłego wieku, do których zawsze można powrócić za pośrednictwem nagrań cyfrowych czy — jak ja — magnetycznych. I tego także Was, drodzy Czytelnicy, zawsze będę gorąco zachęcać.
Wspomnę jeszcze, że największym rozczarowaniem tego sezonu był według mnie „Katyń” Andrzeja Wajdy. Nie znajduję absolutnie żadnych argumentów na jego obronę. Aktorstwo drewniane, poza tym dźwięk, jak w większości polskich filmów, źle zrealizowany — nie wiem, z czego to wynika, i dlaczego jeszcze się z tym nie uporaliśmy, skoro wszyscy od lat nań narzekamy: co za dźwięk, nic nie słyszę, co oni tam mówią…? aha, to polski film przecież. Poza tym film Wajdy sprawia wrażenie, jakby był kręcony bez scenariusza. Niektórym twórcom całkiem nieźle służy(ł) taki system pracy (Jean-Luc Godard, Tadeusz Konwicki), absolutnie bezstylowemu Wajdzie raczej nie, a co więcej — to nie przystoi, żeby na temat tak istotnego problemu, z jakim niektórzy do dziś się jeszcze nie uporali, czyli zbrodni katyńskiej, czynić kinematograficzne wariacje, za jaką uważam najnowszy film twórcy „Popiołu i diamentu”.
Wajda wyznał niedawno, że wraca do robienia filmów. Mój Boże, ilu zdolnym młodym twórcom odbierze fundusze na robienie filmów, na profesjonalne debiuty, znowu polska kinematografia się pogrąży, do kina będą chodzić tylko starsi ludzie, a młodszym pozostanie to, co najgorsze na całym świecie — kino offowe i niezależne. Wtedy to już naprawdę będzie pora umierać.
© 2007 Emilia Walczak
Zestawienie powstało dla magazynu „verte” i strony „Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa”.
mroczna.art.pl > Film > Zestawienia > Jak wyglądał filmowy 2007 rok
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput