Jak człowiek sobie usiądzie w kinie, na przykład w Sylewstra, popatrzy na mijający rok — kinowy oczywiście — to mu niechybnie pojawią się w głowie: podsumowania, zestawienia, uogólnienia. Którym dać wyraz? Ktore mają sens? Spróbujmy tym najważniejszym subiektywnie.
Są w zeszłym roku, są bo film chronologię zdekonstruował, dwa ważne filmy, ktore pachną. Jeden nasz, ten lepszy, rzecz jasna. Drugi niemiecki, wcale nie gorszy. Ten drugi u nas się dopiero pojawi. Za 7 dni. Film, którego obejrzenie polecam gorąco — Toma Tykwera „Pachnidło”.
Obraz został zrealizowany na podstawie książki Patricka Süskinda. Literacki pierwowzór odniósł sukces ogromny. Filmowa wersja już też. Tydzień otwarcia, decydujący dla sukcesu, pokazał, że nawet „Kod da Vinci” został w tyle. W końcu bycie najdroższym filmem europejskim zobowiązuje.
Co takiego jest w „Pachnidle” filmowym, co wywołuje tyle emocji i wyciąga z tylu kieszeni drobne na bilet? Myślę, że to samo co w książce. Wszak już ona była przedmiotem pożądania reżyserskiego. O prawa do ekranizacji ubiegali się: Martin Scorsese, Tim Burton, Milos Forman, Ridley Scot, Stanley Kubrick oraz, co tu najwżniejsze, Jan Jakub Kolski. Całe szczęście ten ostatni odstąpił od starań (to znaczy prawa wykupił kto inny) i zrobił film zapachowy, smaczny jak jasna cholera, na własną artystyczną rękę. Zaś „Pachnidło” Suskinda swą moc wyraziło też w twórczości znanego w pewnych kręgach Kurta Cobaina, który po przeczytaniu jej, napisał jeden z najbardziej znanych utworów Nirvany — „Scentless Apprentice”.
Co pociąga? Po prostu — zapach pociąga. Zapach bowiem (obok dotyku zapewne) jest najbardziej tajemniczym medium doświadczenia. Dlatego może być wielką metaforą niedotykalnego — siły, która warunkując, sama pozostaje poza warunkami. Pokazała to książka, ale i film nie był gorszy.
Wcześniej na naszych ekranach mogliśmy widzieć dzieło naszego rodzimego geniusza doświadczeń naddotykowych — Jana Jakuba Kolskiego „Jasminum”. Osobiście uważam, iż „Jasminum” przekracza zdecydowanie zakresem wyobraźniowym „Pachnidło”. Wiele się składa na to czynników. Dość wspomnieć o tym, że swoją „teorię zapachu” Kolski umieszcza w przestrzeni obejmującej zarówno techniczną nowoczesność konserwatorki sztuki i dojrzałość kulturową kamedulskiego klasztoru. Zaś samo odniesienie do rzeczywistości, ponoć ojciec Pio miał także pachnieć nietypowo, sugeruje aktualną ważność egzystencjalną tematu. Metafora u Kolskiego niesie po prostu znacznie bardziej, zarówno horyzontalnie, jak i wertykalnie. Przy czym, jednocześnie, pokazuje Kolski, i docenia, wagę przeciętności, jak sam mówi — zwykłej krzepkości człowieczeństwa (i świętości, która się gdzieś w niej kryje).
Zarówno Tykwer, ukazując karła Jana Baptystę Grenouille — genialnego „węszyciela”, jak i Kolski pokazując pachnących braci: Czeremchę, Śliwę i Czereśnię wskazują na potrzebę wynalezienia dla kina nowej przestrzeni metofor. Kolski powie nawet: Wierzę, że można nakręcić film tak intensywny, żeby ludzie poczuli w kinie zapach.1
Oczywiście film Kolskiego nie jest o zapachach, on jest o tym, co z zapachów, albo dzięki nim, wynika. Jednak w zestawieniu z „Pachnidłem” wskazuje na, jak wspomniałem, jeden z ważniejszych kłopotów kina współczesnego: znalezienia nowego medium metafor filmowych. Amerykanie próbowali już kina pachnącego. Ale kino nie ma pachnieć nosowo — kino ma pachnieć wyobraźniowo, czego domagają się zarówno Kolski jak i Tykwer. I za to jestem im osobiście wdzięczny: po pierwsze, że pachnie, po drugie, że się tego domagają.
Gdyby mnie zatem ktoś zapytał na ulicy, czego oczekuję od kina współczesnego, powiedziąlbym tak: Kino? Żeby pachniało.
© 2007 Karol Zamojski
mroczna.art.pl > Film > Zestawienia > Kino? Żeby pachniało
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput