„Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki” powiedział kiedyś Benjamin Franklin. Tak było kiedyś. Współcześnie dodać by można pewien element zamieniający ów odwieczny duet w trio. Elementem tym jest oczywiście fakt, że nowy rok to także nowe dzieło Woody'ego Allena. Nie inaczej było i teraz.
O północy w Paryżu to dotychczas najbardziej kasowy film genialnego nowojorczyka. Nasuwają się więc liczne pytania: Co, a może kto, stoi za owym sukcesem? Czy jest to genialny scenariusz? Nietuzinkowe podejście do tematu? Świetny reżyser? Wspaniała gra aktorska?
Obawiam się, że nic z wyżej wymienionych. Nie podważam tu oczywiście zdolności kreacji i specyfiki kina allenowskiego! Jednakże śmiem twierdzić, że na powodzenie dzieła składają się dwa czynniki. Oba zaś są nazwiskami. Pierwsze z nich brzmi Woody Allen. Drugie – Carla Bruni. Aczkolwiek według mnie to za mało. Nie rozumiem też, kto i dlaczego okrzyknął O północy w Paryżu najlepszą komedią Allena.
Początek filmu bombarduje widza ogranymi do znudzenia najpopularniejszymi miejscami Paryża. Do tego ckliwa muzyczka i obraz miasta kochanków według Amerykanina gotowy. Niestety, ciąg dalszy wcale nie napawa optymizmem, że być może, będzie lepiej. Gil i Inez. Kompletnie niedobrana para. Fabułka czysto allenowska. On – niespełniony scenarzysta z głową w chmurach, szukający natchnienia dla swej twórczości w Paryżu, tudzież magii owego miasta. Ona – twardo stąpająca po ziemi kobieta, dbająca o pozory i określająca Gila mianem nieznośnego romantyka. Dwie skrajności. Więcej ich dzieli, niż łączy. Jednymi słowy, wszechogarniający dysonans.
Gil (w tej roli niesamowicie drażniący Owen Wilson) jest początkującym pisarzem, który tak bardzo kocha się w przeszłości i latach 20. Paryża oraz jego bohemy, że cierpi katusze żyjąc w teraźniejszości. Inez (nijaka do bólu Rachel McAdams) to córka bogatych rodziców, zafascynowana Paulem (Michael Sheen), wykładowcą na Sorbonie. Paul jako jeden z nielicznych daje powód do uśmiechu podczas oglądania O północy w Paryżu. Jego drażniąca 'wszechwiedza' oraz elokwencja w dywagacjach na różnorodne tematy, są zaprawdę urocze.
Ci z widzów, którzy spodziewają się tak charakterystycznych dla Allena intertekstualnych szeptów pomiędzy jego dziełami, srodze się rozczarują. Bez wątpienia jednak, znaleźć można w najnowszej komedii reżysera-klarnecisty obraz przedstawiony przez różowe okulary. Dlatego też, starałam się odnaleźć głębię, tajemny przekaz, który mówił: a czego się spodziewałaś? To przecież ja, Allen. Puszczam do Ciebie oko, to wszystko nie do końca jest takie, jakim się wydaje.
Z pewnością jednak, gdyby film ten, wyreżyserowany został przez kogoś innego, nie starałabym się z takim zapałem i wytrwałością doszukiwać owej głębi. Potraktowałabym go niewątpliwie jako obraz Paryża, który jest utopią – ta drażniąca wręcz doskonałość widoczków, szczęśliwi ludzie na ulicach, zakochani, zapatrzeni w siebie turyści...
Do plusów zaliczyć mogę techniczną stronę, która poświęcona została przenoszeniu się w lata 20. głównego bohatera. Żadnych typowych klisz sennych, które krzyczałyby wręcz: to nierzeczywistość, to fikcja, to banał! Poprzez brak użycia tego typu projekcji, obraz zyskuje na jakości. To jeden z niewielu momentów, kiedy przemawia Allen w swej czystej formie. Jeden z tych momentów, który sugeruje nam i naszej podświadomości, że Woody patrzy z drugiej strony ekranu, uśmiecha się szelmowsko i mówi: 'tak, tak, to nadal ja. A teraz pomyśl o tym co widzisz'.
Wracając do powtarzających się o północy wędrówek Gila w czasie. Za każdym razem, kiedy Pender poznawał jednego ze swoich idoli, (bez względu na to czy byli to Fitzgeraldowie, Hemingway, Dalí, T.S. Elliot czy nanosząca poprawki do jego książki Gertrude Stein), Owen Wilson robił głupawe miny, naśladując samego Allena. Jednak co za dużo, to niezdrowo. Nie inaczej było w tym wypadku. Bez dyskusji zaletami filmu są bardzo dobre, często przecież 'przegadane' (znów gratka dla fanów) dialogi, jak na przykład ten w muzeum, kiedy to role odwracają się: teraz to Gil daje wykład Paulowi (miny słuchaczy – bezcenne). Poza tym, najlepsza kreacja aktorska w tym filmie – przecudownie, przesympatycznie, z wdziękiem i bezpretensjonalnością zagranie Salvadora Dalí przez Adriena Brody'ego. Tak surrealistyczny w swym bycie mógł być wielki mistrz projektujący m.in. biżuterię dla samej Coco Chanel. Adrien odnalazł się w tej roli fantastycznie, a jego 'nosorożec' i sposób w jaki naśladuje akcent jest doprawdy majstersztykiem w czystej postaci!
Cóż jeszcze poza tym nam zostało? Pozostało pytanie, które uparcie i głęboko przebija się przez najnowsze dzieło Allena. Dlaczego człowiek ma tendencję, do zastanawiania się ' co by było gdyby' i uporu w wierzeniu, że gdzieś tam, wcześniej, było lepiej? Choć Allen balansuje w swym dziele między kiczem, a typowym dla siebie poczuciem humoru, boję się, że stary, poczciwy mistrz zrobił o jeden krok za dużo. Jednakże pragnę wierzyć, że pomimo tego, iż w O północy w Paryżu jest mniej Woody'ego niż bym sobie tego życzyła, to film uważam za godny polecenia. Być może dlatego, że ostatnimi czasy coraz mniej dobrego kina, być może zaś, głęboko liczę na to, że ten przebiegły, bawiący się z nami w kotka i myszkę nowojorczyk, jeszcze nie raz pokaże nam, na co naprawdę go stać.
© 2011 Małgorzata Junkiert
mroczna.art.pl > Film > Recenzje > Nie taka tajemnicza, jak ją malują (O północy w Paryżu Woody'ego Allena)
© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput