Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№40 kwiecień 2010

Poza systemem („Beats of Freedom - Zew wolności” Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty)
Maciej „Max Horror” Wacław

W jednej z ostatnich sekwencji filmu dokumentalnego „Beats of Freedom - Zew wolności” (reż. Leszek Gnoiński i Wojciech Słota), Kazik Staszewski w taki sposób podsumowuje granie rocka w PRL: Buntu nie było, było odrzucenie systemu i skuteczna działalność poza nim (cytat z pamięci). Towarzyszy temu wyznaniu archiwalny fragment koncertu, na którym Kazik wyprasza ze sceny kamerzystę sądząc po rozmiarach sprzętu, pracującego dla oficjalnej telewizji. Zgodnie z tezą stawianą przez twórców filmu, to właśnie takie odrzucenie PRL-owskiej rzeczywistości przez polskich muzyków i ich publiczność przyczyniło się w sposób znaczny do zmiany historii i obalenia najkrwawszego z systemów. Teza o tyleż ryzykowna, co bez wątpienia znakomicie przez film i jego bohaterów przeprowadzona i udowodniona.

Jest w tym dokumencie wiele rzeczy fascynujących, jest też kilka nieco irytujących. Znakomitym zabiegiem było zatrudnienie narratora z zewnątrz. Jest nim Chris Salewicz, znany brytyjski dziennikarz muzyczny polskiego pochodzenia, który po świecie komunistycznej rzeczywistości i naszego rodzimego rockandrolla porusza się jak (nieco podstarzała) Alicja w krainie czarów, czy raczej koszmarów. Podczas rozmów ze świadkami tamtych lat często wydaje się szczerze zaszokowany, czasem mocno rozbawiony. Snuje (po angielsku) swoją opowieść z entuzjazmem odkrywcy nieznanego lądu. Po angielsku mówią też niektórzy z jego rozmówców (Tomek Lipiński mógłby uczyć akcentu królowej niejednego brytyjskiego punkowca, za to Piotr Nagłowski jawi się jako polskie wcielenie Borata). Nie wiemy czy film faktycznie trafi do widza poza naszym krajem. Gdyby tak się stało, wielu buntowników w krajach nie dotkniętych plagą sowieckiej dominacji mogłoby się przekonać co oznacza prawdziwa walka z wrogim systemem. Zatrudnienie fachowca z Zachodu wywołuje efekt oddalenia, spojrzenia z zewnątrz, co po pierwsze zapewnia świeżość ukazania najbardziej nawet błahych i oczywistych faktów, a po drugie usprawiedliwia pewne uproszczenia. Właśnie te uproszczenia są równocześnie Zewu wolności największą siłą i pięta achillesową.

Opowieść jest poprowadzona w sposób niezwykle wartki i logiczny: w 1967 przyjeżdżają do nas Stonesi, rok później Niemen śpiewa o dziwności świata, milicja obywatelska (civic militia) zaczyna aresztować pierwszych hipisów, 10 lat później zaczyna się punk rock, Tilt gra koncert w Pałacu Kultury, Jaruzelski wprowadza stan wojenny, ale pozwala młodzieży słuchać rocka i jeździć do Jarocina, żeby tylko nie wychodziła na ulice, SB rozpoczyna inwigilację punków, metalowców i skinheadów („skinn hettów” jeśli zachować pisownie z oryginalnych dokumentów), Skiba z Big Cyca zostaje aresztowany a potem mści się na władzy ludowej współorganizując Pomarańczową Alternatywę, młodzież i tak wychodzi na ulice, a nawet strajkuje, władza i Solidarność organizują okrągły stół, mur berliński pada, historia zostaje zmieniona. Punki to tak naprawdę trochę bardziej radykalni hipisi (ilustruje to zestawienie zdjęć z napisami na kurtkach jednych i drugich), a polska rzeczywistość lat 80-tych to jedna wielka zadyma uliczna inspirowana Brygadą Kryzys, Republiką, Maanamem i „Listą przebojów” Niedźwieckiego. Kora paliła marihuanę (i to „niesamowite ilości”), Lech Janerka przekomarzał się z cenzurą i zrobił sobie instrument z kwietnika, Muniek nie został punkiem ale miał u punków szacunek, za to najbardziej pojechane fryzury miała Stan Zvezda. Wszystko to okraszone jest mieszanką archiwalnych materiałów z IPN i innych źródeł, pokazujących co bardziej dramatyczne fragmenty PRL-owskiego absurdu oraz klipów i koncertowych archiwaliów z epoki. Te ostatnie w znakomitej większości pochodzą z szeroko znanych, kultowych filmów z lat 80-tych (Fala, Moja krew twoja krew), co z jednej strony jest mocno rozczarowujące, z drugiej jednak może wielu młodszych widzów tamtymi dziełami zainteresować. Miałem okazję obejrzeć Zew (swoją drogą nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem w kinie na polskim filmie dokumentalnym, co samo w sobie jest już wielkim osiągnięciem autorów) właśnie w towarzystwie osób z generacji, dla której tamte czasy to historia zamierzchła. Było to dla nich przeżycie niemal tak samo odkrywcze, jak dla narratora filmu, zatem niewątpliwie tzw. aspekt poznawczy, mimo, że oparty na uogólnieniu, jest tego dokumentu wielką zaletą.

Film jest dynamiczny, choć nie ucieka w tanią efektowność. Widać, że wzorcem są tu solidne produkcje jakie można obejrzeć na Discovery czy Planete, a nie miałkie błyskotki à la VIVA czy MTV. Wypowiedzi „gadających głów” są ograniczone do niezbędnego minimum, podziwiać należy fakt, że twórcy dotarli do tak wielu tak różnych osób, z których każda ma coś ciekawego do powiedzenia. Właściwie nie ma zupełnie nachalnego kombatanctwa, co byłoby pójściem na łatwiznę. Drażnią jedynie uwagi dotyczące stanu materialnego ówczesnych gwiazd: dla większości społeczeństwa mały fiat i mieszkanie w bloku były wtedy szczytem marzeń, a wolność i koniec komunizmu przyniosły znakomitej większości PRL-owskich tuzów kontynuację sławy, a co za tym idzie zdecydowany przypływ środków finansowych. Poza tym nie wszyscy byli tak pokrzywdzeni przez los: śp. Grzegorz Ciechowski niejednokrotnie mówił o tym, jak wydanie pierwszej, „pasiastej” płyty Republiki (pamiętam, że kosztowała 700 złotych, co stanowiło straszny cios dla portfela moich rodziców) podniosło jego status materialny do poziomu nieosiągalnego dla zwykłych obywateli (można by rzec, obywateli-nie-G.C.). Niestety, z przyczyn oczywistych, Ciechowski nie mógł powtórzyć tej wypowiedzi dla Salewicza. Pozostali albo nie są na tyle szczerzy, albo mieli mniej obrotnych menadżerów.

Brak nawiązania do współczesności to również słabsza strona „Beats of Freedom”. Trudno nie zauważyć, że praktycznie wszyscy występujący w filmie artyści skorzystali nie tyle na wywalczeniu wolności, co na fakcie, że początki ich sławy przypadały na czas komuny. Przecież to tamten, szczątkowy rynek muzyczny, tamte, działające w sposób odbiegający od jakiegokolwiek profesjonalizmu, sterowane przez partię i służby wytwórnie płytowe za państwowe pieniądze wydawały Brygadę Kryzys (nigdy nie zapomnę wijącej się przez kilkaset metrów kolejki do EMPiKu na ul. Gdańskiej w Bydgoszczy, w którym właśnie „rzucili” nową produkcje Izabeli Trojanowskiej i…słynną „czarną płytę” Brygady), Janerkę i Klausa Mitfocha, Kult, T. Love, a nawet singiel Dezertera z całkowicie jak na tamte czasy obrazoburczymi tekstami, co potem zdecydowanie ułatwiło tym zespołom funkcjonowanie w nowej rzeczywistości. Mówię tu o artystach mniej mainstreamowych, a przecież „Beats of Freedom” opowiada również o Lady Pank, Maanamie, Perfekcie czy Budce Suflera. Trudno oczywiście oczekiwać po dokumencie bądź co bądź historycznym demaskowania swoich bohaterów poprzez wypominanie im zdrady ideałów czy przejścia na pozycje komercji. Nie takie zadanie postawili sobie jego twórcy i jest to dla widza zrozumiałe. Natomiast u kilku z wypowiadających się osób przydałaby się odrobina autoironii i dystansu do samych siebie.

Jedną z najbardziej pozytywnych stron filmu jest muzyka, a więc tak naprawdę prawdziwa bohaterka „Zewu wolności”. Broni się ona nie tylko treścią, ale też formą. Nie należę do osób w tym temacie zbyt dobrze poinformowanych, aczkolwiek mam podejrzenie graniczące z pewnością, że brzmienie na potrzeby filmu zostało poddane jakiejś formie remasteringu i właściwie wszystkie piosenki brzmią jakby były nagrane najwyżej kilka, a nie kilkadziesiąt lat temu. Chyba, że to system audio multipleksu, w którym film oglądałem potrafi czynić cuda. Ukazała się zresztą dwupłytowa składanka z muzyką wykorzystaną w filmie, tak więc można się będzie o tym przekonać na własne uszy bez wycieczki do kina.

„Beats of Freedom”, mimo pewnych niedociągnięć, to film zdecydowanie wart obejrzenia, zarówno ze względów nostalgicznych, jak i poznawczych. Dobrze, że powstał, dobrze, że trafił do dystrybucji kinowej. Na moim seansie sala co prawda nie była wypełniona do ostatniego miejsca, jednak nie było też pustek, co pozwala sądzić, że produkcja obroniła się również pod względem komercyjnym. Jej największą zasługą może jednak być nie to, że w pigułce podaje nam obraz historii części polskiej pop kultury, ale to, jak wpłynie na naszą kinematografię. Na zachodzie od wielu już lat powstają fascynujące filmy o muzyce, zarówno fabularne, jak i dokumentalne. Koncentrują się one nie na uogólniających tezach, ale na poszczególnych postaciach, zjawiskach, stylach muzycznych. Do kin trafił przecież choćby „Control” o Ianie Curtisie, w telewizji pojawiło się kilka świetnych dokumentów o Sex Pistols (np. „Filth and Fury”), czy też znakomity „American Hardcore” o radykalnej amerykańskiej scenie punk rockowej z drugiej połowy lat 80-tych. Z niecierpliwością czekam na rodzime rzeczy w tym stylu, wiem zresztą, że kilka jest już na wstępnych etapach produkcji. Jeśli film Gnoińskiego i Słoty doprowadzi do rozkwitu twórczości o podobnej tematyce, będzie to ich największym sukcesem.

© 2010 Maciej „Max Horror” Wacław

mroczna.art.pl > Film > Recenzje > Poza systemem

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput