Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№6 marzec 2006

Wiktor z bagien („Wołkow” Krystyny Berndt) Karol Zamojski

Fotografia jest przeniesieniem rzeczywistości codziennej w zupełnie inny wymiar czasu. Nie można stwierdzić (a byłoby najłatwiej), że zdjęcie jest przeniesieniem widoku w wieczność. Jak na co dzień, tak i na fotografii czas zostawia nieubłagane piętno. Coś na zawsze odchodzi, by zwolnić miejsce nowemu, czasem lepszemu, czasem nie dorównującemu.

W pędzie dopasowywania się do rzeczywistości i normalnego przeżywania przez człowieka czasu, fotografia spłodziła film. Tu czas już bliższy codziennemu, ale nadal daleki. Tajemnicy niepowtarzalności prawdy doświadczenia nikt jeszcze nie zmógł, a tym bardziej film. Jednak jako medium metafotograficzne, film jest winien fotografii pamięć o swoich źródłach. I nie bez przyczyny powstają „Powiększenie”, „Zawód reporter” i inne. To filmy, których cel kształtuje starcie się prawdy fotografii i wyobrażeń o niej. Do ich grona dołącza wiele filmów o sztuce fotografii, zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych. I z pewnością do tego kręgu włącza się film Krystyny Berndt: „Wołkow”.

„Wołkow” jest obrazem poświęconym osobie wybitnego polskiego fotografa Wiktora Wołkowa. Rzeczą niepoślednią jest fakt, iż za dokument o nim wzięła się długoletnia przyjaciółka fotografa, również fotograf, bydgoszczanka rozumem, kresowianka sercem. Ma już za sobą debiut filmowy w Telewizji Polskiej, cykl programów przygotowywanych dla TVP Bydgoszcz i kilka nagród zdobytych na konkursach i przeglądach filmowych w całej Polsce. Jest zapaloną dokumentalistką odchodzącej Polski wschodnich kresów, w których odchodzeniu wciąż widzi odrodzenie. Zapewne wszystko to ma wpływ na najnowszy Jej film. Otrzymujemy dzieło wyjątkowe w swej formie. W gruncie rzeczy nudne życie fotografa (nieustanne codzienne, comiesięczne, coroczne wyjazdy na wschód Słońca i in.) jest zaskakująco zdynamizowane duchowym rozpędzeniem mieszkańca białostocczyzny. Bo tam akcja tego filmu, akcja życia Wołkowa. Nie znajdziesz tu spokoju, jesteś cały czas w ruchu. A goni cię piękno tych ziem i bagien!

Wołkow jest poetą fotografii. Ma ten dar widzenia więcej. Mgła jest dla Niego lekkim okryciem kochanki rzeki, Słońce przedmiotem wiecznych Jego zalotów. Wszędzie dociera, ciężką pracą zdobywa każdy kawałek widoku. Choć artysta, każdy widzi w nim człowieka, sąsiada, kompana. Taki jest Wołkow Krystyny Berndt. Autorka okrasza postać nie tylko fantastycznie sfilmowanymi przez Cezariusza Andrejczuka widokami znad Biebrzy, ale również, tak rzadkimi gdzie indziej w Polsce, krzykami Żurawi oraz genialną muzyką Kwartetu Jorgi.

Nie boję się uznać, że mamy tutaj do czynienia z nową filozofią człowieka w dokumencie. Mistrz Karabasz każe być przy bohaterze wciąż. Krysia jest przy Wiktorze, ale zarazem odchodzi od Niego. Wie, że sama wróci do Bydgoszczy, a Wiktor zostanie nad rzeką. Ten konflikt obecności rodzi przestrzeń mediacji. Odnajdujemy bowiem Wołkowa dopiero w tej różnicy. Ona jest polem gry autorki z nami. I to jest kolejnym celem Krystyny: uwodzi widzów postacią i formą. Ja nie wątpię, że Ona Go czuje; dlatego takie wykorzystanie postaci to nie gwałt, to prawda. To prawda o człowieku, który jest cały czas w drodze. I, co dodać należy, nie jest to cały czas w drodze awangardowego docierania do coraz lepszej fotografii; to droga uwielbienia widoku. Film Krystyny Berndt staje się uniwersalny. Jak mówi: Nie mam żadnych korzeni Kresowych ani kresowych. Jestem pomorską mieszczanką z urodzenia i z pochodzenia. Widocznie nie czuję się zakorzeniona tutaj, w Bydgoszczy, jeżeli gdzieś na ziemi nieznanej wybrałam swoją wioskę, prywatną Arkadię.1 Zatem idzie o arkadię osobistą, naszą własną Świętą Historię Świata. Jako żywo Wołkow wzorem, jak swą ziemię i czas uczynić Świętymi. Ten film, to nie tylko hołd złożony mistrzowi, to jeszcze podróż do człowieka. Tam, gdzie ziemia rodzinna styka się z duszą i tworzy mnie.

Nawiasem trzeba wspomnieć, że (jak mówi mi serce i rozum) film ma parę niedociągnięć. Widzimy kilka błędów montażowych, drażnią nieco przydługie ujęcia ze statywu. Całość wprowadza nas w przekonanie, że to nie koniec, że trzeba z tym coś jeszcze zrobić. Lecz czy to zarzut? Efekt niedokończenia opowieści (choć film ma piękne zakończenie więc lepiej powiedzieć: niedopowiedzenia) jest wynikiem miłości autorki ku Jej Arkadii — Biebrzy. W końcu jest amatorką, co w najpierwotniejszym rozumieniu znaczy miłośniczką.

Ostatecznie trzeba przyznać, że otrzymujemy od Krystyny Berndt kawał ciężkiej roboty wykonanej przez kobietę, o konkretnym facecie, który umie patrzeć.

Tego filmu nie zrobiłby nikt inny. W swym rozgardiaszu Krystyna dokonała cudu: pokazała nam dobry technicznie i mądry artystycznie obraz człowieka znad rzeki — Wiktora z bagien.2

© 2004 Karol Zamojski

1 Krystyna Berndt, katalog wystawy Jej fotografii pt. Chutor. Fotograficzny ogląd przygranicznej wioski białostockiej, Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy Dzielnicy Śródmieście, maj / czerwiec 2002.

2 Taki tytuł nosi wcześniejszy film o Wołkowie naszej autorki, będący bardziej impresją o fotografie i jego miejscach, niż dokumentem. Mam nadzieję, że i on ujrzy światło dzienne.

mroczna.art.pl > Film > Recenzje > Wiktor z bagien

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput