Od śmierci Wojciecha Wiszniewskiego upłynęły prawie dwadzieścia cztery lata. Dwadzieścia cztery lata — to prawie ćwierć wieku. Dwudziestu czterech lat — jeszcze nie mam (urodziłam się w roku orwellowskim). Tak, to być może dziwne, że zafascynował mnie i Wojciech Wiszniewski, i jego twórczość, podczas, gdy moje pokolenie konsekwentnie uskutecznia oglądanie kolejnych wielkobudżetowych produktów zza wielkiej wody. W roku 1983 wyszła w Łodzi książka, a właściwie książeczka doktora Macieja Łukowskiego o Wiszniewskim, a potem krótko wspominały o reżyserze różne wydawnictwa przekrojowe o polskim kinie i parę artykułów prasowych, bo wypadało. I zdawać by się mogło, że temat został wyczerpany, że czas zaciera ślady, jakie pozostawił po sobie Wiszniewski, że sprawa uległa przedawnieniu, że kino idzie na przód i trzeba wybiegać myślą filmową w przyszłość. Tymczasem ja znowu grzebię w historii, nie mogę pominąć tak ważnych spraw, czuję, że muszę zwrócić się ku przeszłości i pokazać ją współczesnemu odbiorcy nie mającego bladego pojęcia o tak niezwykle istotnych przecież kwestiach. Tak, to dziwne, że po blisko ćwierć wieku przedstawicielka przegranego pokolenia ignorantów pisze o człowieku, który zmarł nim się ona urodziła.
Wiszniewskiego interesowała tak zwana historia najnowsza. Sięgał zatem m.in. po tematy stachanowców i innych ludzi uwikłanych w historię PRL. Zawsze przedstawiał jednostkę na tle ogółu, jej życie osobiste czy wewnętrzne na tle górnolotnych, propagandowych założeń państwowych. …polemizuję z tradycyjnym, aklamacyjnym modelem filmu zaangażowanego, na rzecz racjonalnych argumentów i otwartego dialogu. Tylko taki model przynieść może pozytywne efekty społeczne. Obserwuję masowy proces poszukiwania wspólnych korzeni, wspólnych dla wszystkich pojęć podstawowych typu — etyka, historia, obowiązek, naród, dążenie do usytuowania Polski w konkretnym i znaczącym miejscu historii powszechnej, próby uzewnętrznienia tego wszystkiego, co nazwać można metafizyką i transcendencją państwa i narodu. Ta problematyka stanowi centrum mojego zainteresowania.1 Często jego filmy dokumentalne były nieobecne powszechnie, lecz znane tylko w kręgach ludzi wtajemniczonych. Niebezpieczne, stawały się automatycznie „półkownikami”. Funkcjonowały jedynie na tajnych pokazach. Chciał przecież Wiszniewski pokazać prawdę (polemizował nawet w swej pracy dyplomowej z aktualnym modelem polskiego filmu dokumentalnego, mistyfikującym rzeczywistość), chciał ją też wyłożyć możliwie jak najprościej, chciał być zrozumiałym nawet dla prostych ludzi, a także docenionym przez tych wybrednych, o wyszukanym smaku. Dlatego jego twórczość była wielowarstwowa. Łączyła w sobie oryginalną i ciekawą w wyrazie estetykę z pewnym przerysowaniem, celem uniknięcia jakiejkolwiek dwuznaczności. Jego postaci były pokazane często nazbyt przesadnie, w sposób kreacyjny, ale nadal prawdziwie. Paradoksem jest, iż kreacja nie burzy tu poczucia autentyzmu, lecz przeciwnie — dodatkowo jeszcze je wzmaga. To świadczyło o genialnej recepcie Wiszniewskiego na film, to też cała tego filmu esencja. Był on także zwolennikiem Polskiej Szkoły Filmowej, która budziła przecież zainteresowanie powszechne, polemizował natomiast z „kinem moralnego niepokoju”, zarzucając mu naiwność, własne niedookreślenie, histeryczny wręcz wydźwięk, typowość i adekwatność dla wąskiego grona odbiorców.
„Opowieść o człowieku, który wykonał 552% normy” była pierwszym filmem z najbardziej charakterystycznego nurtu w twórczości Wiszniewskiego, w którym potem powstały kolejno: „Wanda Gościmińska — włókniarka”, „Stolarz”, „Sztygar na zagrodzie”, „Elementarz”. We wszystkich tych filmach interesowała Wiszniewskiego historia najnowsza. W „Bugdole”2 sięgnął po nią właściwie wyłącznie w warstwie treści, formę oparł o tradycyjne doświadczenia dokumentu, potem stworzył już zupełnie własny styl kreacyjny, inscenizacji treści, żywych obrazów, które uzyskiwały wielopoziomowy wymiar symboliczny. — i dalej — Tu najmniej ważne jest to, co zwykle powinno być najważniejsze — ruch w kadrze. U Wiszniewskiego jest statyka, bezruch znaczący, zatrzymanie akcji, nadnaturalne wytrzymanie momentu poprzedzającego wypowiadaną kwestię. Podobnie jak w „Gościmińskiej” zabiegi te tworzą tu podwójną płaszczyznę znaczeń. Anegdota jest pretekstem i początkiem uogólnienia, estetyka obrazu, stylizacja sytuacji — sferą symboliki.3 Łukowski bardzo trafnie spostrzegł i wyodrębnił elementy charakterystyczne stylu Wiszniewskiego. „Wanda Gościmińska”, „Stolarz”, „Sztygar na zagrodzie” — to były inscenizowane filmy dokumentujące historie autentycznych osób — „ludzi z marmuru”, w których to filmach Wiszniewski wypracowywał tę konwencję, która dopiero w „Elementarzu” osiąga swój stan perfekcji. Ten film nie przedstawia konkretnego zdarzenia, nie opowiada o jednej danej osobie. W sposób znakomity i dotkliwy obrazuje za to portret zbiorowy społeczeństwa polskiego. Stawia także pod znakiem zapytania jego przyszłość. „Elementarz” wszedł do historii polskiego filmu krótkiego, przez swą syntetyczną formułę przekazu, poprzez zakodowanie w wielokrotnych symbolach treści bogatych i żywo dotykając źródła świadomości społecznej. Zakończył cykl krótkich filmów Wiszniewskiego, które ułożyły się w logiczny ciąg doskonałości formalnej znajdując w „Elementarzu” najpełniejszy wyraz.4
Wiszniewski zrobił tylko jeden pełnometrażowy film fabularny, lecz jeszcze w szkole filmowej, pod patronatem Kutza — „Historię pewnej miłości” (1974, na podstawie powieści Leszka Płażewskiego), o tematyce może nie najoryginalniejszej, bo filmów takich było wiele, ot chociażby „Człowiek z M-3” Jeannota (1968) — tyle że tutaj wydźwięk jest zupełnie inny, a tymczasem film Wiszniewskiego przeleżał 7 lat na półce. Miał za to Wojciech przygotowany scenariusz do „Porwania króla”, traktującego o uprowadzeniu Stanisława Augusta Poniatowskiego przez konfederatów barskich. Nie zdążył go jednak zrealizować. Porównują go z Krzysztofem Kieślowskim. (…) Dlaczego Wiszniewski jest dziś tak słabo obecny? (…) Pewnie dlatego, że nie doczekaliśmy się jego filmów fabularnych. „Porwanie króla”, nad którym pracował, byłoby ważnym dziełem dyskutującym z rzeczywistością społeczno-polityczną lat 80. „Szajbus” — jak twierdzi Tomasz Wiszniewski5 — mógłby jako pierwszy zrobić taki film jak „Dług” Krzysztofa Krauzego.6
Nie straciliśmy tylko świetnie zapowiadającego się reżysera. Straciliśmy też aktora. Wojciech Wiszniewski pojawił się w niejednym filmie. Wystarczy rzut oka na nazwiska reżyserów, u których na wstępie swej działalności zagrał, i już wiadomo, z jakim poziomem artystycznym mamy do czynienia: Marczewski, Kieślowski, Bajon, Zygadło, Idziak, A. Krauze. To bynajmniej nie są twórcy kina lekkiego, łatwego i przyjemnego. To mistrzowie ciężkich, zawiłych tematów, zwolennicy pesymistycznych zakończeń, prowodyrzy smutnej refleksji, po prostu polscy realiści. Przypatrzmy się krótkometrażowemu telewizyjnemu „Debiutowi” Sławomira Idziaka z 1979 roku. To jest zarówno film o Wojciechu, jak i o każdym początkującym, młodym reżyserze. Dlatego właśnie Wiszniewski tak dobrze wczuł się w swą rolę — bo najzwyczajniej się z nią zidentyfikował. To obraz nieustannego starania się, zabiegania o zezwolenie na realizację filmu, poniżania się, płaszczenia, proszenia, w końcu — uciekania się do skrajnych środków jego realizacji, „za wszelką cenę”. Żeby było tak, jak bywa w życiu — wszystko i tak spełza na niczym. Ale zdeterminowany reżyser nie poddaje się. Co tu dużo mówić, tak samo było z Wojciechem Wiszniewskim w rzeczywistości. I chwała mu za to.
Zaraz po śmierci reżysera nie powstał żaden godny uwagi film o nim. Śmierć Wiszniewskiego pobudziła działania informacyjne, ale właściwie nie przekroczyły one bariery tradycyjnych wspomnień żałobnych.7 Dopiero cztery lata później powstał dokument — „Szajbus8 — film o Wojtku Wiszniewskim” — utrzymany tym samym tonie, w tej samej atmosferze i estetyce, jakimi posługiwał się Wiszniewski i jakie świadczyły o jego oryginalności. Reżyserem był jego współpracownik i przyjaciel, a także odtwórca głównej roli w „Historii pewnej miłości” — Andrzej Mellin. Nie jest to jednak konwencjonalny dokument. Owszem, łączy w sobie wypowiedzi bliskich Wiszniewskiemu osób, obrazy miejsc, w których żył i tworzył, zdjęcia itd. Ale w symbiozie z fragmentami jego gorzkich filmów, cały wydźwięk zmienia się diametralnie. Genialnie zastosowane przejścia między tymi właśnie fragmentami, a resztą materiału filmowego, sprawiają, iż życie i twórczość, rzeczywistość dnia codziennego i ta filmowa, częściowo wykreowana, stają się jednością, zlewają się w jedną płynną masę koloru sepii. Cała pasja, zaangażowanie, z jakimi tworzył Wiszniewski, sprawiały bowiem, iż życie osobiste i praca łączyły się w jedno, a może były nawet i tym samym. Dlatego właśnie kawałki filmu stały się również kawałkami życia reżysera. Mellin doskonale znał Wiszniewskiego i dlatego udało mu się stworzyć genialny jego portret filmowy. Nie ma tu miejsca na żenadę, lekkie rozrzewnianie się, sztuczność. To jest wycinek rzeczywistości wraz z wszystkimi jej przypadłościami i mankamentami ujętymi w kadrze. To jest prawda.
Wojciech Wiszniewski kochał swoją pracę, poświęcał się jej bezgranicznie. Był perfekcjonistą w każdym calu, zawsze, w każdej sytuacji chciał wypaść jak najlepiej. Zwykł mawiać o swoich wymarzonych horyzontach działań: „suma kątów”, za którą tęsknię, jest na pewno większa od 360 stopni9 Chciał też pomagać młodym twórcom. Otworzył drogę do kariery m.in. Ryszardowi Bugajskiemu, stwarzając mu możliwość debiutu w Studiu Debiutów przy WFD. Tysiące pomysłów, wiele niewykorzystanych scenariuszy, mnóstwo planów na przyszłość. Historia polskiego kina z pewnością mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby Wojciech Wiszniewski zdążył choć część z nich zrealizować. 21 lutego 1981 — tę datę należy przez szacunek zapamiętać. To dzień, w którym zmarł tragicznie naprawdę wielki człowiek. Człowiek, który po tylu latach wciąż był w stanie mnie zafascynować.
© 2004 Emilia Walczak
1 E. Królikowska, O potrzebie powrotu do pojęć podstawowych, „Film” 1975, nr 34.
2 Autor, celem uniknięcia ciągłego powtarzania długiego tytułu filmu — „Opowieść o człowieku, który wykonał 552% normy” — zastępuje go nazwiskiem głównego bohatera, stąd: „Bugdol”.
3 M. Łukowski, Wojciech Wiszniewski. Zapis faktów podstawowych, Łódź 1983, s. 7-8, 15.
4 Tamże, s. 18.
5 Reżyser, bratanek Wojciecha Wiszniewskiego, syn aktora — Włodzimierza Wiszniewskiego.
6 P. Sarzyński, M. Wolny, Kronika śmierci przedwczesnych, Warszawa 2000.
7 M. Łukowski, dz. cyt., s. 22.
8 „Szajbus” — tak mówili o Wojciechu bliscy: przyjaciele, rodzina, także syn — Mateusz.
9 B. Słowikowski, „Suma kątów” Wojciecha Wiszniewskiego, „Życie Warszawy” 29.VIII 1979.
mroczna.art.pl > Film > Sylwetki > Wojciech Wiszniewski: więcej niż prawda
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput