Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№8 maj 2006

Zdjęcia gorejące — cud w getcie łódzkim według Dariusza Jabłońskiego („Fotoamator”) Emilia Walczak

Powiadają, iż rozrzewnianie się nad czasami dzieciństwa jest pierwszą oznaką starości. Nie wiem jak się do stwierdzenia tego ustosunkować, bo od jakiegoś czasu, choć do starości mi raczej daleko, myślami wciąż tkwię w nie tak znowu odległej przeszłości — w czasach, kiedy dzieckiem będąc mieszkałam w Łodzi. Mój stosunek do tego miasta stał się niemalże obsesyjny. Wspomnienia, już prawie że namolnie, powracają w mej głowie i wszystko, co mnie otacza, z czym się stykam, a co z Łodzią jest związane, uderza we mnie ze wzmożoną mocą.

Tak też, gdy miałam sposobność ujrzenia dokumentu Dariusza Jabłońskiego z 1998 roku, zatytułowanego zwodniczo: „Fotoamator”, traktującego — w wielkim skrócie mówiąc — o getcie łódzkim, zrazu podeszłam do niego niezwykle emocjonalnie. I może niekoniecznie świadczy to wszystko o mej starości, lecz o pewnej dojrzałości z pewnością — bo film obejrzałam z oczami szeroko otwartymi i gardłem ściśniętym goryczą i wzruszeniem zarazem, podczas gdy wokół dały się słyszeć śmiechy pochodzące od otaczających mnie, z niejakiej konieczności, nieczułych ignorantów. Na Boga — mowa tu przecież o zabijaniu ludzi! Tu się nie ma z czego śmiać! Boję się społecznej wszech znieczulicy. Lecz odstąpmy już od tej nazbyt subiektywnej i pokracznej nieco eseistyki i przejdźmy wreszcie do meritum.

Jak się więc wkrótce po obejrzeniu filmu dowiedziałam, reżyser jego — Dariusz Jabłoński — był drugą osobą, która przystąpiła do jego realizacji. Pierwszą był bowiem Krzysztof Krauze (!). W tym momencie należałoby zadać fundamentalne pytanie: kto jest w stanie podejść do realizacji tematu holocaustu w sposób bardziej delikatny, z wyczuciem i należytym szacunkiem — twórca „twardych” filmów sensacyjnych (czyli Krauze), czy może raczej dawny asystent jednego z największych, moralnie zaniepokojonych psychologów ekranu — Krzysztofa Kieślowskiego (czyli Jabłoński)? Odpowiedź zdaje się być jasna, a pytanie retoryczne. Zresztą i tak Krauze filmu nie skończył, a Jabłoński owszem i odniósł w dodatku wielki sukces. A stało się tak dlatego, iż udało mu się znaleźć niebanalną formułę na jego realizację.

Sięgnął on po dość — nie oszukujmy się — ograny już niestety temat getta żydowskiego (tu: łódzkiego), lecz spojrzał nań poprzez niezwykle interesujący pryzmat. Tym samym: to właśnie sposób realizacji filmu uczynił dopiero sam temat wstrząsającym, choć nie oznacza to bynajmniej przerostu formy nad treścią!

Obraz getta został tutaj przedstawiony między innymi przez wykorzystanie slajdów kolorowych z dawnego archiwum niejakiego Waltera Geneweina — czyli tytułowego „fotoamatora”. I tu dopiero pojawia się intrygująco zagadkowy problem, bo z korespondencji Geneweina do wytwórni odczynników fotograficznych, bodaj AGFY i z samych zaprezentowanych slajdów dowiadujemy się, iż wszystkie zdjęcia dokumentujące życie, pracę, tudzież — nieodłącznie — śmierć Żydów w łódzkim getcie, z niewyjaśnionych przyczyn uzyskały dziwny, czerwono-żółty kolor. Opowieść staje się niesamowita i tajemnicza, a opatrzona komentarzem niejakiego Arnolda Mostowicza, zawierającym okrutne treści, niemalże niewygodne tematy tabu, przywodzi na myśl konkretne skojarzenia: że na zdjęciach Geneweina materializuje się jakiś cud, ujawnia się być może ostrzeżenie od samego Wszechmogącego, albo przynamniej jakaś krwawa symbolika martyrologiczna. Taka mogła być zresztą wstępna supozycja Jabłońskiego, której w filmie swym konsekwentnie starał się dowieść. Nie ma tu więc mowy o żadnym obiektywiźmie! Reżyser nastawia nas na konkretny odbiór, projektuje nasze reakcje, gra na naszych emocjach. W tym miejscu kończy się więc zwykły dokument przedstawiający suche fakty, a zaczyna symboliczna, wieloznaczna wędrówka do wnętrza sumienia; otwiera się dyskurs, do którego wciągnięty zostaje sam widz. Uruchomione zostają w co wrażliwszym odbiorcy mechanizmy współodpowiedzialności, czy chociaż zwykłego ludzkiego współczucia.

To już i tak wiele, a pomyślcie Państwo co przyszło mi przeżywać podczas oglądania filmu, gdy na zdjęciach w filmie ukazanych dawała się rozpoznać ulica Piotrkowska, gdy padały nazwy innych, dobrze znanych mi ulic, jak na przykład Młynarska i gdy te dziwne czerwono-żółte zdjęcia Geneweina przenikały się z czarno-białymi zdjęciami obecnych terenów po getcie w Łodzi. A w tym obrazie pogettowym odbija się bezsprzecznie jego historia — tu było getto. Mury starych kamienic pamiętają jeszcze tragedie, jakie się w nich rozegrały. Lecz w świadomości ludzi dziś weń wpisanych pozostało doprawdy niewiele. Dajmy na to taka sytuacja: pod ścianą domu czynszowego na łódzkich Bałutach dokonano ongiś egzekucji Żyda — wszystko jedno, jakie było jego imię — człowieka anonimowego, ale zawsze: Człowieka. A dziś jakiś osiedlowy łapserdak z Centrum, w pijanym widzie oddaje na tą ścianę mocz. To sytuacja kompleksowa, typowy łódzki obrazek. Przepraszam więc, czy to ja jestem nadwrażliwa, czy świat nazbyt okrutny?

© 2005 Emilia Walczak

mroczna.art.pl > Film > Eseje > Zdjęcia gorejące

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput