Powiadają, iż rozrzewnianie się nad czasami dzieciństwa jest pierwszą oznaką starości. Nie wiem jak się do stwierdzenia tego ustosunkować, bo od jakiegoś czasu, choć do starości mi raczej daleko, myślami wciąż tkwię w nie tak znowu odległej przeszłości — w czasach, kiedy dzieckiem będąc mieszkałam w Łodzi. Mój stosunek do tego miasta stał się niemalże obsesyjny. Wspomnienia, już prawie że namolnie, powracają w mej głowie i wszystko, co mnie otacza, z czym się stykam, a co z Łodzią jest związane, uderza we mnie ze wzmożoną mocą.
Tak też, gdy miałam sposobność ujrzenia dokumentu Dariusza Jabłońskiego z 1998 roku, zatytułowanego zwodniczo: „Fotoamator”, traktującego — w wielkim skrócie mówiąc — o getcie łódzkim, zrazu podeszłam do niego niezwykle emocjonalnie. I może niekoniecznie świadczy to wszystko o mej starości, lecz o pewnej dojrzałości z pewnością — bo film obejrzałam z oczami szeroko otwartymi i gardłem ściśniętym goryczą i wzruszeniem zarazem, podczas gdy wokół dały się słyszeć śmiechy pochodzące od otaczających mnie, z niejakiej konieczności, nieczułych ignorantów. Na Boga — mowa tu przecież o zabijaniu ludzi! Tu się nie ma z czego śmiać! Boję się społecznej wszech znieczulicy. Lecz odstąpmy już od tej nazbyt subiektywnej i pokracznej nieco eseistyki i przejdźmy wreszcie do meritum.
Jak się więc wkrótce po obejrzeniu filmu dowiedziałam, reżyser jego — Dariusz Jabłoński — był drugą osobą, która przystąpiła do jego realizacji. Pierwszą był bowiem Krzysztof Krauze (!). W tym momencie należałoby zadać fundamentalne pytanie: kto jest w stanie podejść do realizacji tematu holocaustu w sposób bardziej delikatny, z wyczuciem i należytym szacunkiem — twórca „twardych” filmów sensacyjnych (czyli Krauze), czy może raczej dawny asystent jednego z największych, moralnie zaniepokojonych psychologów ekranu — Krzysztofa Kieślowskiego (czyli Jabłoński)? Odpowiedź zdaje się być jasna, a pytanie retoryczne. Zresztą i tak Krauze filmu nie skończył, a Jabłoński owszem i odniósł w dodatku wielki sukces. A stało się tak dlatego, iż udało mu się znaleźć niebanalną formułę na jego realizację.
Sięgnął on po dość — nie oszukujmy się — ograny już niestety temat getta żydowskiego (tu: łódzkiego), lecz spojrzał nań poprzez niezwykle interesujący pryzmat. Tym samym: to właśnie sposób realizacji filmu uczynił dopiero sam temat wstrząsającym, choć nie oznacza to bynajmniej przerostu formy nad treścią!
Obraz getta został tutaj przedstawiony między innymi przez wykorzystanie slajdów kolorowych z dawnego archiwum niejakiego Waltera Geneweina — czyli tytułowego „fotoamatora”. I tu dopiero pojawia się intrygująco zagadkowy problem, bo z korespondencji Geneweina do wytwórni odczynników fotograficznych, bodaj AGFY i z samych zaprezentowanych slajdów dowiadujemy się, iż wszystkie zdjęcia dokumentujące życie, pracę, tudzież — nieodłącznie — śmierć Żydów w łódzkim getcie, z niewyjaśnionych przyczyn uzyskały dziwny, czerwono-żółty kolor. Opowieść staje się niesamowita i tajemnicza, a opatrzona komentarzem niejakiego Arnolda Mostowicza, zawierającym okrutne treści, niemalże niewygodne tematy tabu, przywodzi na myśl konkretne skojarzenia: że na zdjęciach Geneweina materializuje się jakiś cud, ujawnia się być może ostrzeżenie od samego Wszechmogącego, albo przynamniej jakaś krwawa symbolika martyrologiczna. Taka mogła być zresztą wstępna supozycja Jabłońskiego, której w filmie swym konsekwentnie starał się dowieść. Nie ma tu więc mowy o żadnym obiektywiźmie! Reżyser nastawia nas na konkretny odbiór, projektuje nasze reakcje, gra na naszych emocjach. W tym miejscu kończy się więc zwykły dokument przedstawiający suche fakty, a zaczyna symboliczna, wieloznaczna wędrówka do wnętrza sumienia; otwiera się dyskurs, do którego wciągnięty zostaje sam widz. Uruchomione zostają w co wrażliwszym odbiorcy mechanizmy współodpowiedzialności, czy chociaż zwykłego ludzkiego współczucia.
To już i tak wiele, a pomyślcie Państwo co przyszło mi przeżywać podczas oglądania filmu, gdy na zdjęciach w filmie ukazanych dawała się rozpoznać ulica Piotrkowska, gdy padały nazwy innych, dobrze znanych mi ulic, jak na przykład Młynarska i gdy te dziwne czerwono-żółte zdjęcia Geneweina przenikały się z czarno-białymi zdjęciami obecnych terenów po getcie w Łodzi. A w tym obrazie pogettowym odbija się bezsprzecznie jego historia — tu było getto. Mury starych kamienic pamiętają jeszcze tragedie, jakie się w nich rozegrały. Lecz w świadomości ludzi dziś weń wpisanych pozostało doprawdy niewiele. Dajmy na to taka sytuacja: pod ścianą domu czynszowego na łódzkich Bałutach dokonano ongiś egzekucji Żyda — wszystko jedno, jakie było jego imię — człowieka anonimowego, ale zawsze: Człowieka. A dziś jakiś osiedlowy łapserdak z Centrum, w pijanym widzie oddaje na tą ścianę mocz. To sytuacja kompleksowa, typowy łódzki obrazek. Przepraszam więc, czy to ja jestem nadwrażliwa, czy świat nazbyt okrutny?
© 2005 Emilia Walczak
mroczna.art.pl > Film > Eseje > Zdjęcia gorejące
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput