Książki wydawane „po Noblu” zawsze spotykają się z wielkimi czytelniczymi oczekiwaniami. Niezaleznie od tego, co czy nagrodę uznaje się za słusznie, czy niesłusznie przyznaną, wymagania wobec laureata rosną w postępie wręcz geometrycznym. Dotyczy to również nowej powieści Herthy Müller, która spotkała się z bardzo różnymi recenzjami, także wśród polskich krytyków (od zdecydowanie pozytywnej w „Polityce” po negatywną w „Dzienniku”).
Jest to kolejny utwór noblistki, w którym dotyka tematyki losów jednostki wpisanych w skomplikowane dzieje wschodniej Europy. Nie dzieje się tak oczywiście przypadkiem. Biografia pisarki należy do takich „życiowych historii”, które same w sobie, nawet bez literackiego naddatku, wydają się fascynujące. Müller urodziła się w 1953 roku, w rumuńskim prowincjonalnym Banacie. Należała do niemieckiej mniejszości w tym komunistycznym kraju, a jej rodzinę spotykały rozliczne prześladowania, takie jak pobyt matki w radzieckim obozie. Przyszła pisarka „państwowego” języka nauczyła się dopiero w szkole, i to na tyle dobrze, że dostała się na studia. Müller studiowała literaturę w Bukareszcie i już w tym czasie zaangażowała się w działalność opozycyjną, co stało się później przyczyną rozmaitych komplikacji życiowych. Traciła kolejne stanowiska pracy, a jej debiutancka powieść została znacznie okrojona przez cenzurę. Ostatecznie wyjechała do Niemiec.
Jednak można powiedzieć, że zabrała Rumunię ze sobą. Problematyka bycia członkiem mniejszości, obcym w swojej ojczyźnie (zarówno tej pierwszej, jak i drugiej – nie roztrząsając, która właściwie jest która) ciągle w jej twórczości powraca . Müller tak naprawdę poza ten zaklęty krąg nie wychodzi. Nawet gdy stara się podejmować inną tematykę, to i tak wraca do swojego rumuńskiego doświadczenia. Ale jest to tworzywo literackie, które wystarczyło na kilka przejmujących książek.
Ostatnia z nich miała być w zamyśle zapisem wspomnień Oskara Pastiora, rumuńskiego Niemca, który jako „faszysta” i wróg ZSRR trafił do radzieckiego obozu pracy. Zmarł on w trakcie pisania książki i to, co ostatecznie powstało, jest w dużej mierze wariacją na temat tych przeżyć i spisanych notatek. Pisarka zrezygnowała więc z używania jego nazwiska (główny bohater nosi inne), co wyraźnie zaznaczyła w posłowiu: Po jego śmierci byłam jak zmartwiała. Bliskość z notatek czyniła stratę jeszcze większą. Dopiero po roku przemogłam się, pożegnałam „My”i zaczęłam pisać powieść sama. Jednak bez szczegółów, które opowiedział mi Oskar Pastior, nie umiałabym (s. 276).
Pisano o tej powieści jako o „politycznej”, ale wydaje mi się, że to przesadzone stwierdzenie – Müller z pewnością nie stworzyła jakiegoś manifestu przeciw wsadzaniu ludzi do obozów, ani przeciw totalitaryzmom wszelkiej maści. Nie same wydarzenia są tu ważne – w dziedzinie opisywania okropności wojennych nic już chyba zaskoczyć nie jest w stanie i noblistka do tego wyścigu nie staje. Müller zresztą nie tworzy szerokiego tła historycznego, nie jest też zainteresowana wyjaśnianiem zawiłości politycznej sytuacji Niemców rumuńskich.
Polski czytelnik, z licealnym jeszcze doświadczeniem „literatury obozowej”, odczuwa w obliczu tej historii zaskoczenie. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o niemożność ubrania w słowa swojego doświadczenia, przekazania go tym, którym było oszczędzone. Bo choć podobne do milionów innych, jest wyjątkowe. Główny bohater ma w chwili rozpoczęcia akcji siedemnaście lat. Trwa jeszcze wojna, ale oczywistym już jest, że zwycięży ZSRR i alianci. W Rumunii jest już Armia Czerwona i instaluje się nowa komunistyczna władza. Postanawia ona „ukarać” mniejszość niemiecką za wspieranie Hitlera i wysyła część, przede wszystkim ludzi młodych i zdrowych, do radzieckich obozów pracy. To właśnie spotyka Leopolda, który jako jedyny z całej rodziny znajduje się na tajemniczej „liście” i trafia do ZSRR. Tam spędza pięć lat. Jest to też pięć lat skrywania tajemnicy – bohater jest homoseksualistą. Gdyby wyszło to na jaw, jego szanse przeżycia zmalałyby do zera. Tak bardzo odpycha tę myśl od siebie, że w końcu naprawdę o tym zapomina. Strategia mimikry przynosi sukces. Bohater wychodzi w końcu na wolność i wraca do domu, w którym już nikt na niego nie czeka, a jego rodzice sprawiają sobie „zastępcze dziecko”.
Bohater sam przed sobą nie przynaje się do swoich myśli, a gdy powraca – jest bezradny, gdy chce choć częścią podzielić się z rodziną. Udaje mu się przetrwać dzięki samooszukiwaniu, ale jednocześnie przez to nie powraca już do „normalnego” życia. Znamienny jest opis jego poobozowych posiłków, kiedy to towarszyszy bohaterowi przekonanie, że każdy z nich może być ostatni, że nie należy jeść „tak sobie”, towarszysko-restauracyjnie, ale walczyć o każdy kęs. Obsesja głodu, obsesja zmęczenia i umierania ciągle mu towarzyszą. Wszystko co robi, robi w swoistym odniesieniu do obozu, każda czynność podporządkowana jest wspomnieniom. Nie ma ucieczki.
Nowa powieść noblistki jest więc bardziej opowieścią o niemożności wyrażenia doświadczenia niż o samym doświadczeniu. I o tym, jak niewypowiedziane determinuje przyszłe życie.
© 2010 Joanna Szwechłowicz
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Ćwiczenia z głodu (i) języka
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput