Styl bułhakowski, koronkowa konstrukcja fabularna rodem z „Mistrza i Małgorzaty”, ergo łatwo się pogubić. Wszystko to samo, nawet te same kochane biesy, czyli Woland ze swą świtą. Tylko czasy inne — bo taki był zamysł Ruczinskiego: „przenieść” bułhakowskie diabły do czasów pierestrojki i sprawdzić co tam, a właściwie co wówczas zmajstrują, albo inaczej: żeby, jak w tytule książki, Woland powrócił w czasach nam bliższych i ponownie narobił bałaganu. Ale, jak się okazuje, w Związku Radzieckim niechybnie zmierzającym do rozpadu panuje już taki nieład i wszystko trzyma się li tylko resztkami sił, że wszelkie występki szatańskiej szajki niewiele są tu w stanie popsuć. Gorzej i bardziej absurdalnie być nie może. Dowodem na to niechaj będzie bodaj najlepsza w całej tej książce historia z „powszechną ikonizacją” narodu, czyli efektem porozumienia Rady Najwyższej i Synodu, „ikonizacji”, która wprowadzana jest siłą przy użyciu środków takich jak na przykład gumowe pałki milicyjne. Ile śmiechu jest w stanie wywołać, chyba w każdym czytelniku, który odznacza się i szczyci czarnym humorem, scena, w której tłum nagich ludzi zapędzany jest w środku zimy do jeziora czy stawu, aby tam otrzymać chrzest, a nad nimi powiewa transparent entuzjastycznie agitujący: Wszyscy do Chrztu! A przecież ani Woland, ani żaden z jego pomocników nie maczał w tym rąk (ni kocich łap), władze państwowe i prawosławne dostojeństwo kościelne wpadły na ten genialny pomysł same, bez pomocy sił nadprzyrodzonych! Tak, tego typu kostyczny humor także charakteryzował Bułhakowa.
Widać zatem, że Ruczinski jest doskonale zaznajomiony z jego dziełem sztandarowym, czyli z „Mistrzem i Małgorzatą”, a na dodatek wykazuje wnikliwą wiedzę na temat małych form literackich Bułhakowa. Tym samym mamy w „Powrocie Wolanda” oczywiste nawiązanie do „Fatalnych jaj” w postaci leitmotivu zmutowanego królika Kuzi — efektu szarlatańskich eksperymentów pseudo-naukowych, a także do króciutkiego i mało znanego utworu „Przygody Cziczikowa” — w pewnej opowiedzianej w książce anegdocie, że o odniesieniu do „Diaboliady” w alternatywnym tytule „Powrotu Wolanda” już w ogóle nie wspomnę.
Po co więc taki remake? Było nie było — to ciekawy eksperyment, a na dodatek dość udany. Może to być także pewien rodzaj nie pompatycznego hołdu złożonego panu Michaiłowi Afanasjewiczowi przez Ruczinskiego. A już na pewno i ponad wszelką wątpliwość jest to nie lada gratka dla fanów Bułhakowa. A że efekciarska ta „gratka”? A na czym polegał fenomen Mistrza, jeśli nie na efekciarskich i chytrych, iście diabelskich sztuczkach, ja się pytam?
© 2006 Emilia Walczak
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Diabelskie sztuczki
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput