I tak my wszyscy kiedyś przejdziemy przez świat nadzy,
do skóry
i –nikt nas żałować nie będzie.
Będziemy szli jeden za drugim, bez przepychania się,
bez żadnego pośpiechu, niepewnie,
zawstydzeni, ze wzrokiem utkwionym w ziemię.
Wiatr będzie niósł piasek i niegdysiejsze nasze życie, w górze,
ponad naszymi głowami.
Kondukt, który pochłania i rodzi niesie czas; nie niesie kobiety (która rodzi) i nie niesie mężczyzny (który pochłania); niesie się; czas, czas, czas; nie tego, nie tę, nie kobietę, nie mężczyznę; kondukt -czas.
Czas, który jest w poetyce Andjelka Vuleticia wszystkim; sprawcą samego siebie i zabójcą samego siebie, kołem samonakręcającym się, rodzicielką i zabójcą, kołem samonakręconym; nie może przestać nieść się.
Niesie się, panoszy się, jak przystanie i jak się rozpędzi, rozpanoszy się po ludzkim kołowrocie, który musiał niegdyś przynieść nagość rodzimego życia (kobiety i mężczyzny), który musi dziś przynieść nagość rodzimej śmierci (kobiety i mężczyzny, wody i ognia, krwi i osocza, drzew i zgliszcz, wsi i miasta, Bośni i Hercegowiny, ojczyzny i obczyzny).
Vuletić nie nazywa czasu po imieniu, nie musi; jego płomienna poetyka (w sensie dosłownym i przenośnym) przenika do głębi; z głębi czyni ogień; przyrównuje go do miary ludzkości, którą uosabia kobieta, ta, która w jego poetyce prochu wyznacza, i rozpoczyna ziemiobycie; kobieta ziemia kobieta matka (rodzi z prochu ziemi, z siebie Ciało w płomieniu str. 161/ 162, Modlitwa str. 40); przyrównuje go do miary ludzkości, w którą wciela się mężczyzna, który wyznacza i kończy ziemiobytowanie; mężczyzna ojciec (pochłania, zostaje pochłonięty, wchłonięty Od źródła do ujścia str. 46, Pochodnia str. 47).
Ta, która rodzi, i ziemia i kobieta i matka jest, - w wizji Andjelka Vuleticia, - (skazana na rodzenie i na pochłanianie, na kołowrót rodzenia i na kołowrót śmierci po wiek wieków).
Jej konduktem jest ten, który rodzi się z niej (ten, który ją pochłania Królowa dróg str. 77, I tak do dnia dzisiejszego str. 31); mężczyzna; ten, co ostatecznie zostaje pochłonięty, wchłonięty przez nią samą, tę, co go na ziemię wydała; matkę ziemię. Śmiertelna wraca do swojej śmierci; wraz z nią powracają do jej śmierci żywi (tak rodzi się wiersz, tak umiera wiersz Ręce mojej matki str. 178).
Przeto zwie ją Vuletić stworzoną z cierpienia, odwiecznie. Tak ją właśnie nazywa, nazywa po imieniu Podkowy str. 15/ 16, Poczekalnia dla matki z dzieckiem str. 24/ 25.
Kondukt, który pochłania i rodzi, niesie czas; jest pochodem pochodnią symbolu i płynącej piekącej konieczności przechodzenia w proch; o ile kobieta jest poetyckim odniesieniem Andjelka Vuleticia jako ta, która podlega czasowi, i jako ta, która rodzi z mężczyzny źródła takie, jak woda, krew, drzewo, wieś, Bośnię i Hercegowinę, ojczyznę (symbole i archetypy początku), o tyle w mężczyźnie źródła te (archetypy końca) wysychają od ognia, osocza, zgliszcz, miast, obczyzny; innymi słowy; w kobiecie symbole te płyną; w mężczyźnie płoną.
Gdy wysycha ziemia, kobieta, matka; usycha mężczyzna żołnierz niczyj, z torbą żebraczą na kiju klonowym, ze zgniłym brzuchem, bez współczucia… Nikt mu nie będzie współczuł, gdy wyschnie w nim ziemia, pierwsza i ostatnia łza, kobieta, pierwsza i ostatnia łza, matka, pierwsza
i ostatnia łza; wyschnie jego źródło ziemiobycia; pozostanie mu ziemiobytowanie nagie i chrome. Ziemia, kobieta, matka; podniesiony jak matczyna ręka wiersz i wiersz jak jej utrudzona ręka opadły; tematy, które podniesie AndjelkoVuletić, zamiast nadziei, nadzieją dusze na kije klonowe.
Poetycka wyobraźnia Andjelka Vuleticia nie grozi, ale oskarża trzech winowajców; czas, który niesie kondukt, a wraz z nim przymus odwieczny cierpiętniczy (ziemi, kobiety, matki); przymus kołowrotu narodzin i śmierci; przymus ulegania temperamentowi (mężczyzny); podpalania ziemi, kobiety, matki (ulega mu człowiek; mężczyzna, ojciec).
Dzieje się tak wskutek oddziaływania czasu; podążania za pożądaniami ziemi, kobiety, matki, nadmiaru cierpienia. W jego poetyckiej wizji człowiek, mężczyzna zdany na cierpienie popada w kołowrót doświadczania i zadawania cierpień Trzeba umieć słyszeć str. 32, Między dwoma błękitami str. 30.
Człowiek, który jest zdany na kołowrót cierpienia w czasie; skażony świadomością konduktu,który rodzi i pochłania sam siebie; wydany na pastwę samotności między niebem i morzem, skazany na samotność, wydany na pastwę samotności między wodą i ogniem, skazany na samotność, wydany na pastwę samotności między krwią i osoczem, skazany na samotność,
wydany na pastwę samotności pomiędzy wsią i miastem, skazany na samotność, wydany na
pastwę samotności między między ojczyzną i obczyzną, skazany na samotność, wydany na samotność pomiędzy Bośnią i Hercegowiną; ostatecznie odkrywa, że przez cały czas był i jest sam; nie potrafi inaczej; nie umie żyć poza samotnością; niszczy ziemię, kobietę, matkę, siebie;
nie potrafi, nie umie, nie może inaczej; skazany na samotność.
Andjelko Vuletić jako człowiek i jako mężczyzna wie, że nie może powstrzymać pochłaniania, umierania, jak nie mógł powstrzymać rodzenia; tego jest świadomy.
Pisze o duszach, bo od dawna nie ma ciała; na kartach jego tomu ciało pierwsze trawił ogień; tylko dusza wyskoczyła z pożaru Sarajewa A gdy tak się znalazłem str. 19/ 20/ 21, Popiół str. 45. Pisze o duszach na kiju klonowym, bo od dawna nie ma ciała; na kartach jego tomu ciało kobiety, z którą był odeszło Królowa dróg str. 77; na kartach jego tomu ciało matki, która go rodziła odpłynęło Ręce mojej matki str. 178. Pozostało w nim tylko jedno jeszcze ciało, to najwierniejsze, ciało ziemi Dusze na kiju klonowym str. 132/ 133.
Nie grozi jednak w swojej poetyce; zdaje się na inną kobietę, matkę, -ziemię. Nie kocha jednak, nie ma kogo kochać, nie nienawidzi jednak, ma kogo… Odgraża się jednak; powiada; w sam środek ziemi, w sam środek ognia, w sam środek nienawiści zrzucę kamień węgielny ze swoich barków, z którym przyszedłem z gór; tu zacznę budować; tu buduję Kamień węgielny str. 34
Będzie nam dokuczać nieznośny skwar i głód-ale,
nikt z nas nie podniesie rąk
w stronę nieba, ani ust do źródła. Pierwszy raz
zapanuje zapomnienie i –pogodzenie
z drogą
której nie rozpoznajemy, z przemijaniem,
które, oto nastąpiło.
Cisza jak o północy: nie będzie ani płaczu, ani pieśni,
ni pozdrowienia, ni pożegnania;
ciągnąć się będą szeregi
od świtu do zmierzchu, do
mroku i jeszcze
dłużej, z jednego na drugi koniec świata.
Jak niczyje wojsko, bez wtóru, bez sztandaru,
będziemy nieśli –żeby każdy mógł zobaczyć –swoje dusze niczym torbę
żebraczą na kiju klonowym i pchać
będziemy przed sobą swoje zgniłe brzuchy,
a nikt… a nikt ani nam współczuć,
ani drwić z nas nie będzie.
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Kondukt
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput