Ze względu na moją — jeszcze nieukończoną, a już legendarną (czemu? nie wiem) — pracę magisterską dotycząca twórczości Michelangelo Antonioniego, po śmierci podmiotu zainteresowania w zeszłym miesiącu otrzymałam więcej sms-ów z kondolencjami, niżeli dostaję ich z okazji np. urodzin. Cieszy fakt, że kojarzą mnie z kimś takim, lecz nie chciałabym być szufladkowana. Jeśli chodzi o kino (prawdziwej fikcji), wiele jest rzeczy, które na mnie oddziałują i które przeżywam równie mocno, jak np. „Czerwoną pustynię”. Nie jestem hermetycznie zamknięta w swoim pudełku z kilkoma płytami DVD, choć gust mam chyba ugruntowany. Mniejsza o to!
Jednym z tych „pozostałych”, których cenię jest Hal Hartley, który był w tym roku gościem 7. edycji Międzynarodowego Festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Oczywiście gwiazda mniej znana, zresztą co ja mówię — w ogóle nie „gwiazda”, przynajmniej nie w Polsce, toteż nie dostałam ani jednego sms-a z zapytaniem, czy wybieram się na spotkanie z Hartleyem i retrospektywę poświęconą jego dorobkowi artystycznemu.
Jest tak, że Hartleya nie zna praktycznie nikt, przynajmniej nikt z osób mi znajomych, nie licząc tych, którzy znają go dzięki mnie, czyli jakichś trzech osób plus grupki moich dekaefowiczów (bo prowadzę DKF), których, chyba bezskutecznie, próbowałam przekonać kiedyś do „Amatora” Hartleya. Tymczasem, jakby spod ziemi, na wieść o wizycie reżysera w Polsce, nagle wyrosła cała rzesza jego odwiecznych fanów i znawców niebywałych kina jego, i w ten sposób, z ich tekstów, złożone zostało dzieło: „Gesty — osoby — teksty: kino Hala Hartleya” pod redakcją Alicji Helman i Andrzeja Pitrusa. W moim mniemaniu to nie jest książka zła, co mogłoby wynikać z tonu poprzedniego zdania. Po prostu drażni mnie fakt, że w Polsce wykorzystuje się sytuacje, jak przyjazd reżysera do Polski, aby opublikować cokolwiek (to jest chyba ten tytułowy gest…). Przecież Hartley tworzy niebywałe filmy już od przeszło 20 lat! Taka jest niewiarygodna prawda. (Teraz pewnie zaleje nas fala książek o Antonionim…).
Krótko jeszcze o tekstach i o osobach. Moim ulubionym filmem Hartleya jest wspomniany wcześniej „Amator”, toteż zaczęłam lekturę od tekstu mu poświęconego, autorstwa współredaktora książki, Andrzeja Pitrusa („Amator: ludzie, którzy grają”). Oprócz tego, że na początku autor streszcza fabułę filmu (czego nie cierpię, bo przecież wiadomo, że jak się już sięga po tekst naukowy o filmie — nie mówię o profesjonalnej recenzji — to jest logiczne, że się ten film widziało!), to jest on wartościowy. Wiele tu rozmaitych tropów i porównań: Bresson, Godard… Można się zatem za jego pośrednictwem zagłębiać w historię kina. Co do tekstu drugiej współredaktorki, Alicji Helman, napisała o filmie, o którym nikt wcześniej nie pisał, bo nie jest to arcydzieło (eufemizm; film jest po prostu zły). To ciekawe, bo Alicja Helman zdaje się wykorzystywać przestrzenie dotychczas nieopisane — wcześniej debatowała np. nad „Tajemnicą Oberwaldu” Antonioniego (facet powraca jak bumerang!) w antologii wydanej przez Rabid: „Michelangelo Antonioni” pod redakcją Bogusława Zmudzińskiego. Z jednej strony chwalebne zajęcie… Ale gdyby Alicja Helman była jakąś początkującą filmoznawczynią, fakt pisania o gniotach mógłby budzić obawę, że na siłę szuka tematów, których nikt dotąd nie eksplorował i to jest jej sposób na „walkę” o publikację [dla niewtajemniczonych: w tym świecie albo ma się znajomości, albo trzeba walczyć]. Na szczęście początkująca Helman — bynajmniej! — nie jest, więc w jej przypadku pisanie o złym filmie, Hartleya czy kogoś innego (np. Antonioniego), jest po prostu chwalebne.
Co do pozostałych tekstów, wiadomo, jak to jest z pracami zbiorowymi — są teksty lepsze i gorsze (zapchajdziury?); są teksty i tekściki, a także osoby i osóbki, że się tak wyrażę. Ja na przykład jestem osóbką. Jak urosnę, będę (o!)sobą.
Lecz zanim jeszcze powstała owa polska publikacja, w 2006 roku została wydana za granicą książka „Kino prawdziwej fikcji i filmy potencjalne. Hal Hartley” — zapis rozmów, jakie przeprowadził z Hartleyem Kenneth Kaleta. Na język polski została przetłumaczona i wydana w tym roku, właśnie z okazji retrospektywy Hartleya we Wrocławiu. Chyba były w niej jakieś niedociągnięcia gramatyczno-interpunkcyjne, choć może mi się coś pomyliło z czytanym w tym samym czasie „Ulissesem” (wiem, że to niekompetencja, ale nie mogę się powstrzymać, aby się nie pochwalić, choć tak naprawdę, na dłuższą metę, chyba nie ma czym). W każdym razie, jak ktoś lubi wywiady-rzeki, to polecam. Można poznać bliżej Hartleya, jego ciekawe teorie na temat sztuki, a także poglądy na życie; można też obejrzeć kolorowe „obrazki”, czyli kadry z filmów (na stronie 111 jest np. PJ Harvey…).
Ceny książek przystępne. Obie dostępne raczej w sprzedaży internetowej, bo tradycyjne księgarnie nie-wirtualne tradycyjnie nie sprowadzają książek o gościu, o którym nikt nigdy nie słyszał. Jaki Hal?
© 2007 Emilia Walczak
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Książki festiwalowe o Hartleyu
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput