Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№53 październik 2011

Musée du Louvre Agata Malik

Ile głów, tyle skojarzeń wywołuje hasło: Louvre. Mona Lisa – dla każdego; Denon et Napoleon – dla mnie; Ingres – dla bliskiej mi osoby; The Da Vinci Code Tour – dla Amerykanów z Teksasu; „beaucoup de monde” – dla paryżan.

Samo miejsce jest obowiązkowym punktem przystankowym podczas nawet krótkiej wizyty w Paryżu. Zdarza się, że jego drzwi otwierają się dziennie 30 000 razy, aby przepuścić tyluż „miłośników sztuki”. Nie przez złośliwość, a ostrożność ujęłam to wyrażenie w cudzysłów. Nie pragnąc ujmować niczego nikomu (albo jednak odrobinę tak), zamierzam ukazać jak można i jak nie powinno się zwiedzać Muzeum.

Louvre, zbudowany docelowo, jako pałac królewski (i to nie przez byle kogo), jest budynkiem olbrzymim do tego stopnia, że u turystów dostrzegających jego bryłę z oddali, pojawia się myśl: „Mona Lisa – to już tu!?” Desolé! Trzeba poszukać właściwego wejścia, a jest ich tu naprawdę sporo. Nie wiadomo z czego wynika taki stan rzeczy, czy przyczyną jest całkowita ignorancja, lenistwo, czy to całkiem zamierzone przedsięwzięcie, około godziny 10:15 kolejka do głównego i naturalnie najmniej wygodnego wejścia osiągnęła długość równą półtorej długości obwodu podstawy przesłynnej piramidy.

Nie mam zamiaru polemizować, że urządzenie spotykane na każdym kroku we Francji – automatyczne kasy, w Polsce jest niebywałą rzadkością, o ile w ogóle można je odnaleźć. W Halle de Napoléon jest ich około 16, każda z nich oferuje cały wachlarz rodzajów biletów, ich obsługa, na dodatek wielojęzyczna, jest w rzeczywistości dziecinnie prosta. Młodzi Europejczycy, którzy nie ukończyli jeszcze 25 roku życia pozostawieni zostają bez wyboru, są zobligowani udać się do „okienka”, by tam, po okazaniu dowodu osobistego, otrzymać darmowy bilet umożliwiający wejście do sal muzealnych. Podczas gdy, automaty stoją bezczynnie, pod kasami toczą się walki na śmierć i życie. Astronomicznej długości kolejki wcale nie zachęcają pracowników Louvre do bardziej wytężonej pracy, a przy wiecznym niedoborze personelu, na jaki cierpią publiczne muzea, zdziwiłoby mnie gdyby tak było w efekcie.

Po tryumfalnym zwycięstwie odniesionym w krwawym boju, można śmiało ruszać w jednym z trzech docelowych kierunków. Trzy pary schodów wiodą do trzech wejść prowadzących do trzech połączonych ze sobą części pałacu, które to części noszą imiona trzech arcyzasłużonych mężów Słodkiej Francji: Richelieu (na lewo), Sully (na wprost) i Denon (na prawo). Armand Jean du Plessis, faktyczny rządca Francji za panowania Ludwika XIII, tak demonicznie przedstawiony przez Dumas’owskie pióro w Trzech Muszkieterach był założycielem Akademii Francuskiej – towarzystwa naukowego cieszącego się największym autorytetem we frankofońskim świecie. Mało kto jest również świadom, że smarując codzienną kromkę chleba, unika skaleczenia się ostrym końcem noża dzięki pomysłowości Jego Eminencji. Maximilien de Béthune de Sully to prekursor polityki kontynuowanej przez Richelieu. Będąc przyjacielem Henryka IV i walcząc po jego stronie, został mianowany rządcą finansów królestwa, popierał merkantylizm, a równolegle usilnie zabiegał o rozwój gospodarki. Dominique Vivant Denon, jakże inny wobec dwóch poprzednich, czy to zwyczajnie przez przypadek pochowano go w przesławnej ziemi na Cimetière du Père Lachaise? Turyści pędzący do Chopinowskiego monumentu, nie zwracają uwagi na pokrytą równomierną warstwą patyny, podobiznę starego i zmęczonego człowieka. Zaraz potem biegną co tchu do bram Louvre, by wpaść na korytarze Grande Galerie, a następnie do sali nr 6, sali Gioccondy. Najsmutniejsze, że w ogóle nie zdają sobie sprawy, że jej obecność oraz pozostałych 35 000 arcydzieł arcymistrzów zawdzięczają właśnie jego staraniom.

Najbardziej imponujące skrzydło dawnego królewskiego pałacu nosi jego imię, a choćby i patronował całemu Muzeum – nadal nie byłoby to godną rekompensatą za jego wysiłki. Niekwestionowany król Louvre – oto Dominique Vivant Denon. Do dziś dogląda swych skarbów: nocą, kiedy nie ma już żadnych turystów, ciszę korytarzy zmąca czasem równomierny stukot obcasów. Choć nigdy nie grzeszył urodą, kobiety go uwielbiały, a mężczyźni zabiegali o jego atencję. Rozwijał się wszechstronnie: pisał sztuki, malował, sztychował, na antyku znał się jak nikt inny, projektowania strojów uczył do wielki David. Los skrzyżował jego ścieżkę ze ścieżką Voltaire’a, którego charakterologicznie był lustrzanym odbiciem. Chyba nie przesadnie można do wkomponować w triumwirat obok Talleyrand’a i David’a. Wszyscy trzej z niezwykłą łatwością potrafili się wpisywać w ramy aktualnej sytuacji politycznej i czerpać z niej jak najwięcej korzyści. Dla siebie? O tak!, ale w ostatecznym rozrachunku dla Francji. Wlókł się wszędzie za armią Bonaparte’go, niejednokrotnie ryzykując życiem. Nie pozostając niedostrzeżonym, w 1802 roku otrzymał stanowisko generalnego dyrektora muzeów francuskich – z Louvre stworzył pierwsze ogólnodostępne muzeum świata. Podczas gdy przed wielkim Napoléon’em drżeli królowie i cesarze, syn szlachetki bezpardonowo odebrał przyszłemu Cesarzowi Francuzów Gioccondę, aby wszyscy mieli możliwość kontemplowania jej zniewalającego uśmiechu. Mona Lisa była jedną z dwóch Denonowskich kochanek, którym okazał wierność aż po grób. Odwiedzał ją po kilkanaście razy dziennie, poznał niemal wszystkie jej tajemnice. Drugą z kobiet, które ukochał prawdziwą miłością była Heloiza. Obdarł ją z mitu, w który obrosło jej uczucie do Abelarda i znalazł ideał, którego poszukiwał, a do osiągnięcia którego w realnym sobie czasie na próżno by dążył. Dzięki jego staraniom, dziś są bliskimi sąsiadami na Père Lachaise. Warto pofatygować się i odwiedzić starego kustosza, którego portret wisi na drugim piętrze w Galerie de la Peinture Française du XIXe siècle. Podziękować mu, może o coś zapytać, może pomilczeć…

Rozpoczynamy klasyczną itinéraire po tej najwspanialszej świątyni sztuki. Znudzeni strażnicy pobieżnie sprawdzają bilety wstępu, wchodzimy do łącznika, w którym, w równych szeregach, prezentują swe dumne pozy antyczne rzeźby. Usiłujemy znaleźć drogę do Mona Lisy, to strata czasu – płyniemy unoszeni przez wielojęzyczny tłum. Na szczycie schodów rysuje się okaleczona przez czas, a przez to jeszcze bardziej majestatyczna postać Nike z Samotraki, Staram się nie dostrzegać kolejki po zdjęcie z monumentem. Całą energię wkładam, usiłuję sobie przypomnieć, co mówił o niej Leopold Staff:

„W wietrznych fałdach twych wiotkich
Szat słyszę muzykę
Lotu, którego nie prześcigną ptaki […]
Pośpiech potężnych skrzydeł twych powietrze chłoszcze
Niosąc zwycięstwo sławę i liście laurowe […]”

Skręcamy w prawo, wkraczamy do prezbiterium tej świątyni – do Grande Galerie. Dlaczego tylko tak osławionej przez Brown’owski thriller, nie zaś przez faktyczne klejnoty zdobiące jej ściany? Ze wszystkich stron atakują przybysza Da Vinci, Rafaele, Rembrandty i Caravaggia. Usiłuję odnaleźć wszystkie detale różniące paryską i londyńską wersję Madonny wśród skał Da Vinci i wtem, zza moich pleców, ktoś zniecierpliwionym głosem komunikuje, że znajduję się w kadrze jego aparatu. Uznaję, że polemika nie miałaby większego sensu. Dalej, szczelny kordon otacza Piękną ogrodniczkę Rafaela. Wspinam się na czubki palców, aby dostrzec choć cokolwiek – po chwili rezygnuję. Przewodnik grupy odchodzi – widzę w tym moją szansę, ale o dziwo, wygłodniali foto-amatorzy bez opamiętania trzepią zdjęcia z flash’em. Jak mi żal pięknej Dziewicy. Jednak, podczas gdy ja gotuję się ze wściekłości, ona zachowuje anielski spokój, a wręcz promienieje nieco pobłażliwym uśmiechem. Nie takie rzeczy przychodziło jej już oglądać, gdyby tylko ta bezlitosna lampa błyskowa tak nie niszczyła jej gładkiej, olejnej twarzy.

Nie sposób, dopiero co oderwawszy oczy od płótna Da Vinci i mając je świeżo w pamięci, powstrzymać się od porównania obu przedstawień. Początkowo pojawia się frapujące niezrozumienie: jak to możliwe!? Skąd tak uderzające różnice? Przecież obaj żyli w tym samym miejscu i czasie, obaj byli poddawani tym samym bodźcom artystyczno-intelektualnym. Treść jest dokładnie identyczna, za to w formie nie można doszukać się żadnych cech wspólnych. Aby zrozumieć ten fenomen koniecznie trzeba poszperać w biogramach obu twórców oraz ustalić jaki stosunek mieli wobec swych dzieł. Rafael Santi przyszedł na świat i odszedł z niego w Wielki Piątek kolejno roku 1483 i 1520. Od najmłodszych lat otaczała go aura świętości. Umiłował klasyczną harmonię, jej doskonałą prostotę. Spoglądając na jego obrazy, widza ogarnia błogi spokój, bo odnosi wrażenie, że wszystko jest na swym miejscu, czyli tam gdzie się spodziewał. Leonardo, natomiast, był odwiecznym miłośnikiem łamania wszelkich zasad i przekraczania wszelkich granic. Jego dewizą winno być: „Aby dotrzeć do źródła, należy płynąć pod prąd”. Całe swe życie poświęcił poszukiwaniom źródła. Czy osiągnął cel swej podróży? On sam, umierając, nie był tego pewien. Od najmłodszych lat miał skłonności do homoseksualizmu, dokonywał sekcji zwłok, realizował zamówienia niezgodne z umową, bądź nie realizował ich wcale, przeczył powszechnie uznawanym prawom, kpił ze wszystkich i ze wszystkiego. Bo czymże jak nie kpiną Wielkiego Leonarda można nazwać uśmiech Gioccondy, bezpańską rękę z nożem na fresku Ostatnia Wieczerza czy wreszcie tajemnicze gesty postaci z Groty. Co jeszcze ciekawe, niemal na każdym z jego obrazów, osoby skrywa półmrok. Tak słabe natężenie światła sprawia, że ludzkie oko płata rozliczne figle: dostrzega się to, czego nie ma, nie widać tego, co jest faktycznie. To właśnie dlatego, podczas pokazów iluzjonistycznych, często jedynym źródłem światła są pojedyncze świece. Nie ujmując nic z jego geniuszu, wręcz przeciwnie, Leonardo karmi nas nieco jarmarcznym niepokojem. I tu leży powód czemu tak kochamy jego płótna – fascynuje nas to, co skrywa tajemnicę, choćby jej tam wcale nie było. Rafael będzie nas napawał podziwem, ale serce i tak oddamy Da Vinci.

Po kilkunastu krokach skręcamy ponownie w prawo wchodząc do „najważniejszej” Sali w Louvre. O ile Grande Galerie jest prezbiterium świątyni sztuki, salę numer 6 winno się uznać za jej ołtarz główny. Jest tylko jedna, za to kluczowa przeszkoda. Ludzi kłębiących się tam ogarnia jakby finalna ekstaza i do końca zapominają w jakim miejscu przyszło się im znaleźć. Na łeb, na szyję, łokciami, zębami, butami przeciskają się do barierki, aby tylko znaleźć się jak najbliżej Madame du Louvre, ukochanej Denona, królowej jego pałacu. Kiedy dotrą do upragnionego miejsca, bezmyślnie celują w nią swymi cyfrowymi aparatami, zdecydowanym ruchem naciskają przycisk migawki, wypuszczają błysk oślepiającego światła, z trudem odwracają się i czym prędzej, niczym złodzieje, ustępują miejsca kolejnym napierającym już z tyłu. Potok płynie nieprzerwanie, nieprzerwanie. Liczby dochodzą do kilkunastu tysięcy, na 20 000 odwiedzających średnio muzeum każdego dnia. Stoję z tyłu, patrzę już bez wzburzenia, próbuję przyjąć ten pobłażliwy uśmiech Madonny Rafaela. Rzucam krótki, dezaprobujący komentarz i odchodzę, raczej bez zrezygnowania. Czy to dobrze? Nie wiem. Próbuję się tłumaczyć: co to za obcowanie z dziełem sztuki przez 10-centymetrową taflę szkła i kilkumetrowy pas wolnej przestrzenie, na domiar złego ci strażnicy i turyści żądni krwi. Moje myśli wędrują gdzieindziej, usiłuję zrozumieć kuriozum, który rozgrywa się przed moimi oczyma. To zachowanie przypomina rytuał, jest finalną częścią pielgrzymki, bez której wycieczki do Paryża nie można uznać za udaną. Co z tego, że zdjęcie będzie fatalnej jakości, że będzie prześwietlone, z refleksem, ziarniste, albo z ramieniem strażnika (w najlepszym wypadku). Co z tego, że reprodukcję doskonałej jakości można kupić w przymuzealnym butiku za naprawdę rozsądne pieniądze. Oni tego nie chcą – być może to rozczulające, oni chcą zdjęcia prawdziwej Gioccondy, potwornie szkoda tylko, że nie jej samej.

En face, zawsze niewzruszony Veronese. W porównaniu z obrazami wiszącymi na bocznych ścianach Sali, nie może narzekać na brak odwiedzających. Goście z Kaany prezentują jednakże doskonałą nonszalancję. Zupełnie nie obchodzi ich czy ktoś na nich spogląda czy też nie. Każdy z nich jest całkowicie pochłonięty swoim zajęciem bądź pasjonującą rozmową nawiązaną z dopiero co poznanym gościem. Nawet lichy kot w prawym dolnym rogu płótna beztrosko bawi się wazą. Czy ktoś wcześniej porównał Wesele w Kaanie do lustra? Czy w tych postaciach nie dostrzegamy siebie samych. Przyszliśmy do Louvre, by podziwiać najwspanialsze zachowane do dziś dzieła sztuki, a pozostajemy na nie ślepi. Zupełnie jak osobistości uwiecznione na obrazie nie zwracają uwagi na najgodniejszego z gości – ukrytego w centralnym punkcie kompozycji.

Opuszczamy salę tronową Gioccondy udając się do sal równoległych Grande Galerie. Bez wątpienia to miejsce jest najbliższe mojemu sercu. W przestronnych wnętrzach znalazły sobie schronienie francuskie obrazy wielkoformatowe, bo nie tylko ich rozmiar zapiera dech, ale także podpisy na płótnach. Kiedy rozpoczynałam moją podróż przez peinture française z Delacroix, wiedziałam, że za wszelką cenę muszę tu trafić, po czterech latach nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, powodów, aby wracać i zachwycać się na nowo przybywa. Spokojnie staram się choć omieść wzrokiem wszystkie dzieła: część jest mi doskonale znana, cześć tylko z widzenia, inne czekają na poznanie. Czuję sapiący oddech czasu na swoim karku. Witam się z Napoleonami Gros’a. Obaj niezwykle czuli na cierpienie innych, ale obaj też bezradnie spoglądających na ich nieszczęście. W niedużej odległości, w jak zawsze przepysznym, niemal paradnym stroju, gotowy do szarży, w ciągłym pogotowiu, bacznie śledzi sytuację Joachim Murat. Ten syn oberżysty, dzięki swej ponadprzeciętnej brawurze i często irracjonalnej odwadze, dzięki niebywałemu szczęściu, znajdywaniu się we właściwym miejscu we właściwym czasie, i dzięki osobiście zdobytym koneksjom, z generała awansował kolejno na marszałka, z czasem otrzymał tytuł Wielkiego Księcia Kliwii i Bergu, by stać się królem Neapolu i otrzeć się o koronę polską. Po drodze, bez specjalnych wysiłków z jego strony, ofiarowano mu rękę Karoliny Bonaparte – rodzonej siostry Napoleona. Był doskonałym kawalerzystą walczącym zawsze w pierwszym szeregu, wzbudzając zachwyt u swych żołnierzy a popłoch w szeregach wroga. Faktycznym królem okazał się jeden jedyny raz w życiu: kiedy po powrocie opuszczonego przezeń Napoleona z Elby próbował się do niego przyłączyć, jego wojsko rozpierzchło się, on sam został osadzony w twierdzy i kiedy oferowano mu możliwość odzyskania wolności, krzyknął: „Jestem Joachim – król Obojga Sycylii! Precz!” Rozstrzelano go 13 października 1815 roku.

Na widok Wielkiej Odaliski Ingresa tradycyjnie, w kącikach ust pojawia się niemal niezauważalny uśmiech – umysł przenika nieco kulawa ideologia usprawiedliwiająca dodatkowe 3 kręgi w kręgosłupie kobiety. Niemniej nie wiadomo czemu, zatrzymał mnie dłużej przy sobie. Wraz z kolejną wizytą postaram się rozwikłać tajemnicę skrywaną w spojrzeniu Odaliski.

David’owe klasyczne arcydzieła: Przysięga Horacjuszy i Porwanie Sabinek to kamienie milowe w historii malarstwa. Tak, przyszłam tutaj dla David’a lecz tego dojrzalszego, bardziej uwikłanego politycznie, jeszcze zręczniej piszącego historię de novo. Nie tyle wzrok, co serce podpowiada mi, że cel mojej wędrówki już niedaleki. Wreszcie staję przed drugim co do wielkości obrazem w tym Muzeum, staję jak stawał Napoleon 200 lat temu i jak on mówię: „To jak na razie najlepszy z twoich obrazów. Je vous salue, David!” Obraz zachwyca i poraża, w pierwszym momencie rozbiegane oczy nie wiedzą na czym mają skupić uwagę, łapczywie chcą objąć wszystko, wszystko za jednym zamachem. A tu geniusz David’a szykuje niespodziankę – c’est impossible. Należy wówczas zamknąć oczy i przyjrzeć się obrazowi w naszym wnętrzu, przywołać do pamięci wszystkie powody, dla których stoi się tu teraz i nie można okiełznać zmysłów. „Wiedza uwrażliwia”, ale trudno pojąć, że wręcz do tego stopnia. Otwieram oczy, uspokajam myśli, zaczynam rozsmakowywać się w niedostrzegalnych do tej pory szczegółach, porównuję oblicza, staram się spojrzeć na scenę po kolei z perspektywy każdego z uczestników wydarzenia. Przenikam ich myśli, uderza mnie udawana pompatyczność Cesarza, wzbudza mieszankę podziwu i obrzydzenia drwiący uśmiech Talleyranda, napawa przyjemnością łagodne spojrzenie braci i marszałków. Malarstwo reportażowo-propagandowe, ciekawa gra światłocienia. Dla mnie: tryumf jednego człowieka, który samodzielnie położył Europę u swych stóp. Za mną słyszę polską mowę – oczywiście chodzi o wyjście z kadru.

Gericault jest w nieustannym konflikcie z Delacroix o to, kto bardziej zasłużył na mistrzowski laur w przedstawieniu erotyzmu i śmierci. Tratwa Meduzy wisi w bliskim sąsiedztwie Wolności, dzieli je tylko Tratwa Dantego. Naprzeciw – Masakra w Chios. Te cztery dzieła, szokujące dziś, a nie do przyjęcia ówcześnie, prezentują swe wdzięki, niczym modelki, walcząc o prym. Romantyczna ekspresja nigdy nie była mi obojętna, zawsze dawałam się porwać w wir, częstokroć sprzecznych uczuć i emocji, a przeszedłszy przez tę maszynkę zawsze wychodziłam z garścią materiału do przemyśleń. Trzy pierwsze obrazy mają zaskakująco podobną kompozycję. Śmiało można by nakreślić linię, mniej więcej w jednej trzeciej wysokości obrazu od dołu. Część dolna zawsze będzie ukazywać inferno, górna zaś – tryumf. Zwycięstwo nad morem, złem czy tyranią. Paradoksalnie, może to stanowić źródło nadziei, której winno się szukać zawsze u góry. Doszedłszy do tego wniosku, spoglądam w lewo. Widzę parę japońskich nastolatek, które z niespotykaną finezją pozują sobie wzajemnie do portretów fotograficznych na tle Tratwy Meduzy. Mdli mnie, muszę iść dalej.

Z myślą byle dalej, byle od nich, wpadam na najbliższe schody. Są wysokie – tym lepiej, nieco zdezorientowana, nie zaprzestaję wspinaczki. Po prawej ukazują się szklane drzwi, za którymi widać niepozorne wnętrze. Nieśmiało wchodzę, nie ma prawie nikogo. Parkiet delikatnie skrzypi pod moimi butami, uderza mnie zapach farby olejnej wymieszanej z pastą do podłogi. Uczucie absolutnie nie do opisania, którego doświadczyłam po raz pierwszy właśnie tu, przy okazji trzeciej wizyty w Louvre. Podchodzę do pierwszego obrazu, następnie rzucam okiem na tabliczkę pod nim, przecieram oczy ze zdumienia. Nie, to naprawdę jest Delacroix, ten następny i kolejny też. Idę jak zaczarowana, co chwila odkrywam już nie tylko przesławne nazwiska, ale też obrazy, których na próżno szukałam na dole. Pozostałe płótna Ingres’a, portrety Delacroix, Gros’a i Flandrin’a. Chardin, Colbert, de La Tour też tu są. Nie brakuje nikogo ze znamienitego towarzystwa. Nie brakuje też naturalnie Denona, który chyba także miał dość gwarnej tłuszczy i woli odwiedzać swą damę serca, kiedy nikt nie będzie w stanie im przeszkodzić.

Agata Malik, Paryż-Bydgoszcz; 18, 27 września 2010

mroczna.art.pl > Literatura > Eseje > Musée du Louvre

z Google

© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput