Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№45 listopad 2010

Mistrzyni zawodzi ("Mistrzyni Burz'' Waldemara Płudowskiego) Lech Głowacki

W ,,Mistrzyni Burz’’ Waldemara Płudowskiego przeplatają się dwie narracje. Trzecioosobowa jest w głównej mierze poświęcona postaci Esme Loe, odbywającej szkolenie w klanie czarownic, wszelako autor zmyślnie wprowadza na scenę licznych bohaterów drugoplanowych, takich jak czarodziejka Canaan czy Olfin Gothair. Narracja pierwszoosobowa to przygody rycerza Michała z Wyspy Mgieł, który swą opowieść zaczyna od zwycięskiego udziału w turnieju w Lothernelo; później młodzieniec podejmuje zadanie należące do klasycznej kategorii „misji niemożliwych”. W tle zaś rozgrywa się intryga polityczna, nieuchronnie prowadząca do wojny.

Płudowski ma dobry warsztat: liczącą ponad czterysta stron powieść czyta się płynnie i szybko. Niemniej książka nie zachwyca, bowiem opiera się na kliszach do cna wyeksploatowanych w fantasy, nie oferując żadnej wartości dodanej. Losy protagonistów są przewidywalne, fabuła pozbawiona zaskoczeń. Nie tyle jednak archetypiczne motywy stanowią o słabości utworu, co dojmujący brak pełnokrwistych, intrygujących bohaterów. Ci, którzy występują na kartach ,,Mistrzyni Burz’’, są ledwie zarysowani; przywodzą na myśl najprostsze, jeśli nie prymitywne, „modele” postaci tworzonych na potrzeby RPG. Niemal wszystkim dolega nadekspresja: zamyślając się, koniecznie marszczą brwi; w chwilach wzburzenia purpurowieją tudzież szarzeją; żaden triumf nie obejdzie się bez wybuchu śmiechu albo co najmniej kpiarskiego uśmieszku. Pewną dozą wieloznaczności charakteryzują się osoby skupione wokół Gildii Ebola (notabene, ebole to najciekawszy pomysł w powieści; szkoda, że skromnie rozwinięty). Trudno do końca uwierzyć w ich złą naturę, ponieważ rzekoma „ciemna strona mocy”, po której stoją, co i rusz zdradza znamiona „zwykłego” postępu technologicznego. W tym kontekście pozytywni bohaterowie jawią się karmionymi zakłamaniem orędownikami tradycji, rzecz chyba przez Płudowskiego nie zamierzona. Gdyby jednak kontynuacja ,,Mistrzyni Burz’’ – a takowa nie będzie zaskoczeniem – podążyła owym tropem odwrócenia ról na osi „dobry-zły”, nie żałowałbym autorowi uznania.

Jeszcze słowo o bohaterach, zarzut chyba najpoważniejszy: otóż od prologu aż do ostatniej strony utworu ani trochę nie przejmujemy się ich losami, co niestety dotkliwie antyrekomenduje tę powieść. Może problem tkwi w założeniach świata przedstawionego? Naczelnym jest koncepcja oparta o reguły bliskie predestynacji: powieściowym uniwersum rządzą gwiazdy, dola każdej postaci jest z góry przesądzona. Skoro już o tym mowa, dodać należy, iż zagadnienie roli przeznaczenia jest potraktowane w ,,Mistrzyni Burz’’ dość powierzchownie. Wbrew postulatom sformułowanym na końcu książki w Podziękowaniach, powieść nie ilustruje, w jaki sposób powszechna (czy rzeczywiście powszechna?) znajomość przyszłości mogłaby oddziaływać na rozmaite dziedziny życia: ekonomię, politykę, kulturę (interesujące, jak rozwijałyby się języki), relacje między jednostkami (miłość, przyjaźń) itd.

© 2010 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Mistrzyni zawodzi

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput