Emil Cioran napisał kiedyś, że każda cywilizacja zaczyna się mitem, a kończy wątpliwościami. Obserwując otaczającą nas rzeczywistość, nie można się z nim nie zgodzić. Współczesność tworzy coraz to nowsze prawdy, ukazując zarazem coraz bardziej niejasną, mroczną twarz. W relacjach polis – człowiek wyczuwa się raczej konflikt. Prawda więc i możliwość jej zrozumienia staje się trudnym wyzwaniem, a uporządkowany i zamknięty opis rzeczywistości, ciągle prawdopodobnie będąc pragnieniem każdego umysłu, jakże rzadko daje się uchronić przed złudzeniem, że pełnię syntezy w ogóle można osiągnąć. Stąd też coraz częściej, zwłaszcza w literaturze najnowszej, pojawia się model świata, który określić by trzeba kreacją wątpiącą – tak w możliwość uchwycenia obiektywnej wiedzy, jak i w możliwość wyrażenia jej (jakakolwiek by nie była) w skończonym kształcie. Uwikłanie człowieka w przestrzeń urbanistyczną przypomina labirynt skojarzeń i znaczeń, stanowiących nierzadko prawdziwą barykadę dla jego wypełnienia i zamknięcia.
W „Niskich Łąkach” Piotra Siemiona jest właśnie tak. Otwarte drzwi wyimaginowanego w twórczym zamyśle świata pozostają niedomknięte.
„Niskie Łąki” to opowieść o mieście, o Wrocławiu, którego historia i teraźniejszość stają się trudne do oddzielenia od losów jego mieszkańców. Fabuła to pasmo pomyłek, nieco komicznych i jednocześnie dramatycznych nieporozumień, a w ich świetle ukazane zostaje zetknięcie kilkorga ludzi – młodego bezimiennego Anglika z grupką polskich politycznych dysydentów. Historie ich wzajemnych relacji, tło obserwacji polskiej skomunizowanej rzeczywistości niepojętej dla cudzoziemca, przybyłego zza żelaznej kurtyny, wpisane zostają w obraz Wrocławia ukazanego w dwóch odsłonach – w obraz miasta z początku lat 80. i początku lat 90. XX wieku, złożywszy się na barwną, choć umiejscowioną w realiach brudnego i mrocznego miasta opowieść o miłości, o pragnieniu wolności, o dywersji i o walce z policyjnym systemem, o życiu na marginesie społeczeństwa, a raczej o życiu w podziemiu. Jest to też dość tajemnicza opowieść o twierdzy (Festung Breslau), o rzece oraz o niszczących i ocalających skutkach ognia. A wszystko to zaprezentowane z przymrużeniem oka, z niemałą dozą ironii, podane bez liryzmu, choć go niepozbawione.
W kreowaniu obrazu miasta i swoich bohaterów Piotr Siemion wykracza w wielu aspektach poza schemat literacki: w sferze budowania uczuciowych relacji międzyludzkich, w sferze języka, a na pewno ogólnie mówiąc w sposobie patrzenia na świat. Niby jego powieść to nic odkrywczego, bo przecież w literaturze wszystko już odkryto, obnażono, podważono, a jednak „Niskie Łąki” zaskakują i fascynują inaczej. Obnażając absurdalność systemu policyjnego i stanu wojennego, dokonując rozrachunku z mitami (naszymi własnymi, polskimi, i tymi powszechnie akceptowanymi, jak choćby mit Ameryki jako ziemi obiecanej), ukazując upadek wszelkich wartości we współczesnej nam rzeczywistości, Siemion ostatecznie... ocala świat od zagłady. Jakby ciągle wierzył w najbardziej pierwotny instynkt dobra, obecny w człowieku i w miejscu, które człowiek naznaczy swoim dotknięciem. Miejsce dla Piotra Siemiona jest nośnikiem magicznych sensów. To ono formuje człowieka, nadaje kształt jego egzystencji, wpływa na światopogląd i stanowi metaforę celowości i docelowości wszelkich dążeń.
Miasto u Siemiona ma zdecydowanie polifoniczną tożsamość i ową polifoniczność można tu rozważać na co najmniej kilku płaszczyznach. Są ulice śródmieścia Wrocławia lub uliczki poniemieckich dzielnic willowych, czyli świat, którym rządzi aktualna polityczna nomenklatura, ukazana w mocno wykrzywionym zwierciadle, bo chętniej strzegąca bezpieczeństwa kurników, aniżeli obywateli. Są też jednak zakamarki jazu nad Odrą, ruiny zamku czy podziemia Festung Breslau, gdzie z kolei swój marginalny świat organizują ci, którzy manifestują bunt i wyobrażenie o innej, mniej złożonej politycznie rzeczywistości.
Można by tę wzajemną relację wrocławskich światów zamknąć w krótkiej syntezie: jest w powieści Siemiona miasto i jest twierdza; w mieście panuje marazm, trudno w nim żyć, natomiast twierdza, wyraźnie odbierana jako metafora jedynie możliwej niezależności, w podziemiu tętni życiem. Dwa światy – rzeczywistość oficjalnie akceptowana i ta ukryta; ulice miasta, czyli realność codzienności, oraz podziemie postrzegane jako negatyw tej jawnej, choć naprawdę przecież fałszywej twarzy miasta jako architektonicznego układu wzajemnych zależności.
Wrocław, którego tajemnice odkrywamy przez pryzmat doświadczeń cudzoziemca z zachodniego świata, obskurny, brudny, nocą nieoświetlony, jest u Siemiona wzorcowym i nawet nieprzerysowanym okazem politycznej złożoności, a zarazem trywialności systemu, jakim był komunizm w Polsce. Anglik jako obcy, flâneur2 , będąc uwikłanym w te realia wraz z „tubylcami” – Gipsonem, Lidką, Kicią czy Bozią, czasami utożsamia owo miejsce jedynie z ciemnym kręgiem twarzy prawie jeszcze nastoletnich, twarzy wczorajszych dzieci urodzonych w mieście zatrzymanej wędrówki ludów, w mieście porozwłóczanych cegieł, złuszczonych fasad, wygasających świateł (...)3.
Skąd taka wizja? Gdyż Anglik obserwuje bezkierunkowy świat zamknięty w pętli miejscowych możliwości, ostatnio jakby ciaśniejszej, mniej wybaczającej, niosącej razem z późnym latem pewniki kolejnych zim, błotnego brudu, powolnego dogasania.4
Jednak istnieje w „Niskich Łąkach” jeszcze inna perspektywa spoglądania na rzeczywistość. Wrocław początku lat 80., uwikłany właśnie we wszelkie konsekwencje ustroju politycznego, dla nielicznych więzieniem w dosłownym tego słowa znaczeniu n i e j e s t. Przewrotnie dla kogoś takiego jak Carlos, Kuhna albo Bozia, wyłamujących się prowokująco z obwarowań otoczenia, przestrzeń miasta może stać się enklawą wolności. Bo choć na co dzień koncentrują się oni na przetrwaniu, wybierając świat pijackich melin jako jedyny względnie bezpieczny azyl, chroniący przed całkowitym upodleniem, to fascynująca jest ich beztroska i kpina z pozorów normalności, jakie narzuca władza. Właśnie ono – miasto – ocala w nich prawdziwą tożsamość (mimo że ci ludzie są bardziej zżyci ze swoimi ksywami niż autentycznymi imionami). Oni znają jego tajemne przejścia, magiczne miejsca, dające gwarancję bezkarności i możność bycia sobą.
Wrocław u Siemiona skrywa więc w sobie pewną tajemnicę. Jest światem, w którym można się schować albo umrzeć5. Pozornie spektrum działań Kuhny, Carlosa i innych stanowi choćby... kurnik, z którego wykradają kury, gdyż mięso jest reglamentowane. Ale to jaz nad Odrą jako synonim politycznego podziemia i niezależności, czyli Festung Breslau, uwydatnia najistotniejsze cechy i emocje bohaterów. Spełnia też szczególną funkcję w historii o Angliku i poznawaniu przez niego środkowo-wschodnich realiów życia.
Jaz nad Odrą to fragment krajobrazu Niskich Łąk, dzielnicy Wrocławia, która rozciąga się wzdłuż rzeki, przepływającej przez miasto. „Jaz nad Odrą” to również tytuł ostatniego rozdziału części I powieści Siemiona. Jest to z pewnością najistotniejszy fragment tej części utworu, kończącej pierwszy epizod wrocławski, ale odgrywa on także bardzo ważną rolę w kontekście odczytywania całości. Prawda o ludziach z powieści Siemiona jest jak noc w twierdzy Breslau, kiedy współistnieją ze sobą przeszłość (powiązana z niemiecką historią miasta), oraz teraźniejszość (zdominowana przez realia polskości, najpierw tej totalitarnej z 1983 r., a w puencie powieści tej z 1991 r., czyli formującej się w nowych politycznych uwarunkowaniach).
Festung Breslau, miasto w podziemiu, stanowi tu na pewno opozycję wobec wszystkiego, co w policyjnym państwie może być jawne i oficjalnie akceptowalne. Jest to świat nie tylko utożsamiany z uwolnieniem od narzuconej nomenklatury, bowiem wyraża on coś znacznie głębszego – jest jak zetknięcie z wiarą, przypomina owoc zakazany, którego sens skosztowania prowadzi do poznania wszystkiego, co niedozwolone, a co pozwala czuć się człowiekiem z krwi i z duszy. Bo – jak twierdzi Gipson – człowieka... trzeba szukać w dolinie.6
Twierdza ukryta pod dnem Odry przypomina święte miejsce, a gromadzą się tutaj prawdziwie gorący jak „lawa”. Jednoczy ich w niezwykłą gęstą harmonię muzyka, która jest dla nich niczym karma – nieważne czy w postaci dźwięków reggae w wykonaniu Dyzia i jego kompanów grajków, czy pod postacią chorału i mistyki psalmów. Już Bergson postrzegał ruch jako pierwotny twór świata, uznając poruszanie się człowieka w przestrzeni za epicentrum całej życiodajnej energii, której dopełnieniem i rezultatem stają się głosy, włączone w płynną, twórczą i witalną rzeczywistość. U Siemiona więź między twierdzą a rytmem, ruchem i ludźmi jest oczywista. Muzyka rozprasza ciemność podziemi i odsuwa na dalszy plan przyziemność, karmi to piwniczne stado, gromadę młodych ludzkich śmieci z ulic, szkół, blokowisk, rój pcheł z sierści miasta, które coraz bardziej upodabniały się do kundla z przetrąconym kręgosłupem – miasta (...), a wszystko to byłoby wschodnim surrealizmem, gdyby nie to, że odbywało się naprawdę ...7
Bezimiennemu Anglikowi, przypadkowemu świadkowi wydarzeń, niezwykłe przedstawienie wydaje się jedyną wiarygodną odpowiedzią na groteskę wszystkich tutejszych dni...8
W tajemniczych zakamarkach Niskich Łąk odbywa się więc coś istotnego, coś na podobieństwo dawnego misterium, gdzie liturgia to prawdziwe zaklęcie, a uczestnicy zdarzenia to aktorzy w niecodziennym teatrze. Taki spektakl niczym nie przystaje do piaskowej nędzy ulic (...), do kolorytu tutejszych twarzy.9
Taki teatr zaskakuje spontanicznością, na jaką światło nie daje zgody. Taki spektakl więc, choć nieco przypomina iluzję, jest jak wszystko, jak świat, przycupnięty w atramentowym roztworze nocy10, który przecież w niczym nie przypomina tego, który o osiemnastej kończy swoją działalność na ulicach miasta. Anglik, sam będąc reżyserem teatralnym, który chyba w skutek splotu dziwnych dla niego nieporozumień uwikłany zostaje w inscenizację Witkacowskiej „Kurki wodnej” (a niepogodzony z myślą, iż to nie „Dzika kaczka” Ibsena), jest mocno zagubiony nie tylko w abstrakcyjnej surrealności teatru rodem z Witkacego, ale także w groteskowej absurdalności realiów Europy Wschodniej. Nie pojmując ich, a jednocześnie uczestnicząc w spektaklu nocy w twierdzy, zastanawia się, skąd w szczerym polu wzięła się ta długa betonowa sala, żelbetowy sarkofag, w którym zalęgli się rozkołysani żywi.11
Jest więc odzwierciedlone w powieści Siemiona miasto jako realna przestrzeń i jako przestrzeń zamaskowana, wykreowana w konwencji sztuki, swoistego spektaklu z jednostką w tle. A właściwie nie tylko z jednostką, gdyż jest „ich wielu”, imiennych i bezimiennych. Brak tu światła, jawności. W scenografii życia bohaterów światło to jedynie znikomy płomień; ważniejszy bywa tu raczej cień rzucany w tle niż konkretne źródło jasności.
Życie bohaterów Siemiona toczy się w nocy i tak też pisarz zupełnie świadomie konstruuje przestrzeń, w której egzystują wykreowane przez niego postacie. Ich działanie, wypadki, przestępstwa i sabotaż – ich aktywność życiowa – wszystko odbywa się za opuszczoną kurtyną, a dosłowniej – w ciemności. Wtedy wychodzą z podziemia, z meliny, gdzie flaszka wódki jest cenniejsza niż prawdziwe imię, i żyją... bezpiecznie. Nawet w twierdzy Breslau podczas koncertu, kiedy nie muszą się kamuflować, w pewnym istotnym dla uczuć bohaterów momencie zabraknie prądu. Ta mroczność świata pod jazem potęguje niezwykły nastrój, natomiast meliczność psalmów wprowadza czytelnika w „przestrzeń” wzajemnych relacji między Carlosem, Lidką i Anglikiem, kluczowych postaci „Niskich Łąk”. Światło lub też jego brak w powieści to więc na pewno kategoria ważna, odgrywająca w życiu bohaterów istotną rolę. To choćby lampka, dzięki której Gipson ratuje z opresji Anglika, Carlosa i Kuhnę, ale również błyskawice podczas burzy nad jazem. W tym drugim przypadku światło ma także inne niż powszechnie akceptowane znaczenie – nie przynosi rozładowania emocji, lecz stanowi uzewnętrznienie energii iskrzącej pomiędzy Carlosem i Anglikiem, staje się akustyczno-iluminacyjnym tłem zderzenia walczących ze sobą o kobietę rywali.
Ale blask lampki czy poświata gromu to jedynie sekwencje, epizodyczne (konieczne) wtrącenia, rozpraszające ciemność, która stanowi jedyny synonim enklawy bezpieczeństwa w świecie bohaterów. Ciekawe że także Anglik, doświadczający bez wątpienia wszystkich typowych dla egzotyki obcego miejsca odczuć, światło i mrok zaczyna traktować w sposób dotąd mu nieznany. To nocą właśnie, zagubiony w obcym i dziwnym mieście Europy Wschodniej, zyskuje azyl w pijackiej melinie. Natomiast w wyniku różnych dziwnych zdarzeń i perypetii, witając dzień na przystanku tramwajowym, czuje się samotny i nagi (gołonogi), ląduje na komisariacie milicji, skąd nocą znowu wybawią go z opresji ci z marginesu. I choć wśród nich życie przybiera bezkształt absurdu, to właśnie być może w związku z tym, na zasadzie pozbawionych sensu reguł nieznanego mu dotąd świata, Anglik bezpieczniej czuje się w mrocznych realiach życia dysydentów niż na ulicach miasta w świetle dnia.
Anglik zatem Wrocław poznaje przede wszystkim przez pryzmat nocy. Jest to bez wątpienia dla niego świat tak niezrozumiały, tak odmienny, jak z kolei pozbawione tajemniczości i intymności może stać się doświadczenie rozświetlonych neonami ulic Londynu. W gruncie rzeczy Anglik ma świadomość (albo raczej dopiero ją zdobędzie), że każde miasto jako autonomicznie pojmowany wytwór ludzkiej organizacji, bez względu na usytuowanie w planie kontynentów i systemów politycznych, wszędzie właściwie przypomina swoisty spektakl. Siemion udowadnia, że albo jest to po prostu codziennie odgrywana w blasku wszechobecnych świateł wielkomiejskiej dzielnicy Nowego Jorku komedia pomyłek, albo pantomima, czyli dokładnie to samo – po omacku szukanie jakiegoś punktu zaczepienia i potrzeba wyjścia z mrocznych zakamarków zaściankowej egzystencji w politycznej grze pozorów wschodnio-europejskiego miasta.
Jedno nie podlega dyskusji – między światem Anglika a światem wrocławskich dysydentów istnieje wyraźny kontrast, ściśle mający swe korzenie w zawiązku z miejscem urodzenia i pochodzeniem. Nie podlega jednak dyskusji również inna prawda – jest coś, co tych ludzi łączy. Wszyscy bohaterowie „Niskich Łąk” pragną identyfikacji z miejscem, jakimś miejscem. Anglik znalazłszy się w tej nowej wrocławskiej (wschodnioeuropejskiej) rzeczywistości, będąc bezdomnym, bezradnym i bez paszportu, wyraźnie doświadcza konsekwencji „inności”, Polacy natomiast, niby u siebie, ale egzystujący bez jawnej tożsamości, jak obcy, wyobrażają sobie ocalenie w ucieczce i w poszukiwaniu świata świateł identyfikowanego z Zachodem.
I tak oto w powieści Piotra Siemiona wrocławskim Niskim Łąkom przeciwstawiona zostaje wyspa Kimset na Manhattanie. Noc żywych Polaków12 w Nowym Jorku to prawdziwie gorzka tragifarsa. To spotkanie dawnych przyjaciół po latach, rozgrywające się tym razem w nowoczesnej oprawie rodem z amerykańskiego snu o lepszym życiu, którego bijącą wręcz po oczach jasność aluminiowych konstrukcji podkreśla nawet blask klucza do nowojorskiego mieszkania Anglika.
Na Manhattanie zmieniają się ludzkie priorytety, na Manhattanie w związku z tym diametralnie ulegają zmianie kolorystyka i odcienie pejzażu jako tło dla ludzkich intryg i dramatów. No właśnie. Światło, biel, srebro, czyli nazbyt bezpośredni, wręcz oślepiający kontakt z ulicami Nowego Jorku – o dziwo również nie odzwierciedlają doświadczenia szczęścia i nie stają się synonimem obiecanej ziemi, lecz reprezentują jedynie zewnętrzną politurę bez wartości i trwałości. Nawet Carlos, dawniej w latach walki z „komuną” zadziorny polityczny recydywista, chodzi po ulicach Manhattanu w srebrnym kombinezonie jak kosmita z obcej planety, zaś Anglik, studiując w Ameryce, zdradza teatr i scenę dla celuloidowej taśmy filmowej. Tutaj, co dzień jednakowo, jak w niezawodnym mechanizmie albo jakby powtarzając wciąż te same ujęcia na planie filmowym, w świetle nieskończonej ilości poranków dziesiątki i setki ludzi, z teczkami, w krawatach, szelkach i apaszkach Hermēs [ruszają] hurmą przez drzwi (...) ku wąskim szczelinom zejść do kolejki podziemnej, bezwiednie i prawie bezkrwawo odtwarzając Eisensteinowską scenę masakry na odeskich schodach.13
Dlaczego w powieści Piotra Siemiona ciemność Wrocławia wydaje się mniej przerażająca niż jasność Manhattanu? Z jaką wyobraźnią tworzą związek nachalne wręcz nawiązania Siemiona do Transylwanii, którą zafascynowany jest w Nowym Jorku podczas studiów nad tajnikami sztuki filmowej Anglik?
Cóż, od wieków wiadomo, że realność i mit nierzadko stają wobec siebie nie jako konkurencja, lecz przeciwnie – jako dopełnienie. Otóż wątek Transylwanii jest wykorzystany w „Niskich Łąkach” przewrotnie, bo choć jako topos wywodzi się ze Środkowo-Wschodniej Europy i początkowo na pewno w wyobraźni Anglika stanowi stosowne odniesienie do horroru pierwszych przeżytych przez niego dni w realiach Wrocławia, to w kontekście syntezy doświadczeń jego i pozostałych bohaterów powieści bardziej odzwierciedla okrucieństwo praw Manhattanu, przyobleczone w kostium rodem z groteskowej maskarady, z Halloween.
Tak nawiasem mówiąc, ciekawa jest postać Anglika jako kreacja literacka. To jedyny bezimienny wśród ukrywających się w świecie Siemiona bohaterów z przedziwnie brzmiącymi, w większości nieco dziecinnymi i śmiesznymi pseudonimami, który – choć odgrywa w powieści rolę obcego i do końca zupełnie anonimowego – scala wszystkie części „Niskich Łąk”. To jedyny aktor – reżyser, nieco rozdarty pomiędzy tradycyjną sztuką sceny a modernistyczną magią taśmy filmowej. To wreszcie jedyny spośród wszystkich ocalony romantyk, ukierunkowany ostatecznie na uczucie do dziewczyny skrajnie skażonej realizmem, potrafiący jednakże dość jednoznacznie określić topografię przestrzeni, do której mógłby przynależeć na stałe.
Dlatego powraca do Wrocławia, do tego miasta dawnych, przed laty, niepojętych miejsc i ludzi, tak jakby ważne było, iż tam właśnie zetknęły się ich wspólne drogi. Powraca więc do Wrocławia, w pobliże jazu, z dala od ulic śródmieścia, na Niskie Łąki, nad Odrę, miejsce zdecydowanie sentymentalne, zyskujące po latach tożsamość intymną, jednoczące na nowo powiązanych z nim ludzi i na pewno wykreowane tu przez Siemiona w poczuciu ocalenia wyższej wartości – odszukania celu i zrozumienia tej najistotniejszej do odegrania w trudnym do pojęcia scenariuszu roli, współistnienia z innymi i dzielenia z nimi losu.
Świat w powieści Piotra Siemiona istnieje na zasadzie ścierania się antytez. Bez wątpienia temu kryterium podlega przede wszystkim przestrzeń w utworze jako najistotniejszy klucz do odczytania znaczeń. Ową przestrzenią jest miasto, funkcjonujące tu jako terytorium o naturze hybrydycznej: tekstowo-semiotycznej i śladowo-palimpsestycznej zarazem.14 Wrocław (czy też Nowy Jork) z „Niskich Łąk” nosi na pewno znamiona świata odbieranego impresyjnie, identyfikowanego ze słowem, obrazem lub dźwiękiem, które dają się odczytywać i wymazywać. Lecz przestrzeń miejska u Siemiona to również świat nacechowany ontologicznie, bardzo wyraźnie identyfikujący się ze sferą ekspresji, życia wewnętrznego, które z kolei podporządkowane jest (z pozoru tylko) zasadzie incydentalności, a (tak naprawdę) zdeterminowane sensem przeżywania wpisuje się w trudną do racjonalnego rozważenia istotę trwania w śladach i miejscach naznaczonych ludzkim doświadczeniem. I tak doświadczanie z kolei zaczyna wiązać się z przekraczaniem, a umownie miejskie pojęcia, takie jak logos czy ratio, otwierają drogę do rozpoznania tajemnic kompozycji miasta jako przestrzeni życiowej i stworzenia relacji z tymi, którzy w jego orbicie zostali umiejscowieni. Dlatego Wrocław w powieści Piotra Siemiona utożsamiony może zostać z czymś na kształt portu, do którego dobijają, a raczej powracają okręty mocno poturbowane podczas przeprawy przez ocean, ale jednak ocalone.
Już Italo Calvino twierdził, że miasto nie zacierające się w pamięci jest jak rusztowanie czy sieć, w której okach każdy może umieszczać to, co chce zapamiętać.15 Doświadczenie miejsca jest więc chyba zawsze jak spektakl przeżyty w o b e c n o ś c i – choćby była to obecność w nieobecności, gdy weźmiemy pod uwagę doświadczenie śmierci lub wygnania.
Jeśli przestaje się wierzyć w Boga, w ojczyznę, w prawdę, można wierzyć w człowieka i w powroty do minionego czasu i świata. Bo każdy, nawet najbardziej sam ze wszystkich wokół siebie, ma swoje miejsce na ziemi. Nieraz trzyma się go kurczowo, wiedząc dzięki jakiejś trudnej do zdefiniowania intuicji, że poza sobą i nim (tym miejscem) niczego w świecie nie znajdzie. Inny natomiast musi odejść, aby szukać. I aby móc powrócić, dostrzegłszy coś, czego nie dostrzegłby, gdyby nie odszedł.
© 2010 Beata Czechowska
1 Filozofia miasta to pojęcie raczej umowne, choć powszechnie wykorzystywane przez teoretyków kultury postmodernizmu, w tym zwłaszcza urbanologów; kwestię paradoksu, iż nie znalazło ono dotąd swego miejsca jako oddzielna dziedzina nauki, podejmuje m.in. Ewa Rewers, badająca zjawisko ponowoczesnego miasta w kulturze, w: Post-polis. Wstęp do filozofii ponowoczesnego miasta, Kraków 2005, s.5-17.
2 Flâneur (obcy) to nierzadko kluczowa figura w filozofii ponowoczesnego miasta, co stanowi opozyci do np. starożytnych teorii, choćby Arystotelesa, które zakładały, że miasto należy do jego obywateli.
3 Piotr Siemion, Niskie Łąki, Warszawa 2004, s.36.
4 Ibidem, s.36.
5 Ibidem, s. 55.
6 Ibidem, s. 39.
7 Piotr Siemion, Niskie Łąki, op. cit., s. 69.
8 Ibidem, s. 69.
9 Ibidem, s. 55-56.
10 Ibidem, s. 32.
11 Ibidem, s. 68.
12 To tytuł pierwszego rozdziału II części „Niskich Łąk”, ukazujący życie emigrantów z Europy Wschodniej w Ameryce.
13 Piotr Siemion, Niskie Łąki, op.cit., s. 91.
14 Pisze o tym m.in. Ewa Rewers w Post-polis..., op.cit., s. 30-34, spoglądając na problem przestrzeni miejskiej z ontologicznego punktu widzenia.
15 Italo Calvino, Niewidzialne miasto, tłum. Aliny Kreisberg, Warszawa 1975, s.13.
mroczna.art.pl > Literatura > Eseje > Rozstania i powroty
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput