Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№29 maj 2008

Śmierć Krecika („Gottland” Mariusza Szczygła) Martyna Lemańczyk

Czechy to nie tylko knedliki, piwo i Karel Gott — głosił Antoni Pawlak we wstępie do książki Andrzeja S. Jagodzińskiego, „Banici (Rozmowy z czeskimi pisarzami emigracyjnymi)”. Mariusz Szczygieł akurat tę lekturę podczas swych bohemistycznych poszukiwań prawdopodobnie ominął. Przeczytał wszakże przy pracy nad swoją ostatnią książką, „Gottland”, z pewnością multum innych. Sam przecież twierdzi, że stara się stosować do zasady swojego mistrza, Kapuścińskiego: na stronę tego, co się pisze, powinno się przeczytać 150 stron tego, co napisali inni. I jego „Gottland” to z pewnością nie tylko knedliki i piwo, a co więcej, nawet nie tylko Gott.

Reportaże Szczygła rzeczywiście zdradzają świetny warsztat, rzetelność i podparcie wiedzą źródłową, zdobywaną przez autora nierzadko z poświęceniem, sporym nakładem czasu i wysiłku w poszukiwaniach zapomnianych — często celowo — miejsc, wydarzeń, ludzi i emocji. Szczygieł z wyczuciem operuje wszelkimi możliwymi technikami relacjonowania: raz jest słuchaczem, raz dynamicznym świadkiem-uczestnikiem; najczęściej stosowaną przezeń metodą jest fabularna rekonstrukcja wydarzeń, często korzystająca z dialogu, co sprzyja tworzeniu wielopłaszczyznowych, panoramicznych historii. Swobodny i naturalny styl narracji z jednej strony doskonale się przyswaja, z drugiej — podwaja już i tak mocne wrażenia z czytanych treści. Bo te historie nie są zmyślone. Rzeczy, które się wydarzyły, naprawdę były jeszcze straszniejsze.

Gottland to państwo, w którego stolicy powstała pierwsza kubistyczna rzeźba ludzkiej głowy, w którego stolicy można zwiedzić muzeum kubizmu i odnaleźć przykłady kubistycznej architektury; Gottland to państwo, w którym nawet małe dziewczynki rysują kredą na asfalcie kubistyczne portrety (a przynajmniej robiły tak za czasów Hrabala). Jego obywatele miewają bowiem, jak się okazuje u Szczygła, kubistyczne osobowości, których nie sposób ująć przy pomocy tradycyjnych metod. Kubizm bazuje na wiedzy o danym obiekcie; gdy ją zdobywamy, okazuje się, że aby ów obiekt ogarnąć i przedstawić, konieczne jest zastosowanie swoistej poliperspektywy — gdzie każdy element wchodzi w jednoczesne relacje i zależności z wszystkimi innymi. Brak niezmiennego punktu odniesienia, gdyż obraz jest ciągłym procesem, interferencją. Obraz pełen to zespół wyglądów uzyskanych z kilku stron.

I tak właśnie skonstruowane są „kubistyczne reportaże” Mariusza Szczygła. Niemal dla każdej prezentowanej postawy można odnaleźć zaprzeczenie, zwykle jednak pojawia się jeszcze coś, co relatywizuje oba przypadki i skutecznie rewiduje początkowe czytelnicze skłonności do ich oceny. Opisywane postawy bohaterów, choćby dzięki koincydencji wątków, coraz to zyskują nowe oświetlenia, analogie, kierunki interpretacji. Co ciekawe, owa kompozycja, oparta na napięciu pomiędzy diachronią a synchronią, nie ogranicza się tylko do pojedynczych szkiców, ale jest kunsztownie przeprowadzona od deski do deski. Założona — pozornie — linearność czasu (książka rozpoczyna się rokiem 1882, a kończy na 2003) staje się polem, na którym, niczym skomplikowana układanka, nabudowuje się wieloaspektowy, wielowymiarowy — ale zarazem spójny i syntetyczny obraz Czechów, uwikłanych w historię XX wieku.

Przekrój ten, oparty na partykularnych historiach ludzkich losów, obnaża schemat funkcjonowania totalitaryzmu, poczynając od skali mikro (choć o światowym zasięgu) — kuriozalnej przeszłości firmy obuwniczej Bata, łączącej utopijne idee ze sprawnie (po dziś dzień) rozwijającą się produkcją, poprzez hitlerowski Protektorat Czech i Moraw, po socjalistyczną Czechosłowację. Obnaża makabryczny system totalitarnego terroru: bezustanną inwigilację — począwszy od szklanego gabinetu-windy szefa Baty, po wszechobecne „ucho” i podstawianych „przyjaciół”-tajniaków; odnajdujemy tu stosowaną na porządku dziennym technikę orwellowskich „ewaporacji” — preparowanie kompromitujących materiałów i „zamilczanie na śmierć”. Czym różni się czechosłowacka SB wysadzająca w powietrze budynki, w których grał koncerty undergroundowy zespół The Plastic People of Universe od hitlerowców równających z ziemią (łącznie z demolowaniem cmentarza, wyrąbywaniem drzew i zmianą koryta rzeki) rodzinną wieś grupy czeskich zamachowców-antyfaszystów, Lidice?

I w takich realiach poznajemy ludzi — tych, którzy są gotowi na największe ofiary i tych, którzy „czują się zwolnieni z myślenia o rzeczach ważnych”; tych, którzy pragną sławy i popularności za wszelką cenę oraz tych, którzy za wszelką cenę pragną jej uniknąć; tych z pierwszych stron gazet, którzy są rozpoznawani z łatwością także u nas oraz tych, których nazwiska i losy dawno przestały obchodzić kogokolwiek. Lecz tam, gdzie szpital dla psychicznie chorych jest jedynym normalnym miejscem, bo wszyscy mogą tam bezkarnie mówić, co naprawdę myślą, nie ma czarno-białych podziałów.

Gottland to miejsce, w którym ciemiężony przez lata naród wypracował specyficzną metodę oporu — „filozofię przebiegłej uległości”, której najdoskonalszym teoretykiem i praktykiem była postać Dobrego Wojaka Szwejka, sprytnego mądrali, który potrafił wywieść w pole swych przełożonych. Lecz podczas gdy u nas montowało się sławiące socjalizm hasła z neonów i dykty, Czesi stawiali „dowody miłości” z żelazobetonu. Albo granitu: weźmy największy na świecie pomnik Stalina. Nasuwa się więc pytanie, kiedy gradualizm zaczyna się przeradzać w oportunizm, w stopniowe przystosowywanie się do panujących warunków. Szczygieł cytuje celną uwagę czeskiego publicysty, Josefa Jedlički, który wskazuje na zasadniczy rys tej postawy: Szwejk niczego nie szanuje, oprócz samego życia. Ewentualnie jeszcze oprócz tego, co czyni życie wygodniejszym, przyjemniejszym i bezpiecznym. (…) Dlatego dla Szwejka żadna cena, jakiej od niego zażądają za możliwość przeżycia, nie będzie zbyt wielka. Lecz Jedlička w dalszej części swojego eseju „O Szwejku i szwejkowaniu” mówi jeszcze coś: owa „szwejkowska” technika oporu w gruncie rzeczy sprzyja dyktaturze, co więcej, totalitarna władza doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Nawet po transformacji w pewnym sensie niewiele się zmieniło. Lata inwigilacji, strachu i ostrożności każą ludziom na wszelki wypadek trzymać język za zębami, żeby nic nie zakłócało z takim trudem osiągniętego spokoju. Rozgrzebywanie starych ran jest więc, na dobrą sprawę, niemożliwe — niektórzy bohaterowie tamtych czasów dawno nie żyją, inni w domach starców mylą obcych z własną matką, a jeszcze inni po prostu wyparli tamte wydarzenia ze świadomości, aby z przeszłości pamiętać tylko to, co chcą — blichtr i powierzchowność, takie jak te z czeskiego Graceland.

Lecz Gottland to nie tylko Szwejkowie.

I o tym jest ta książka.

Ponoć jeden z czytelników napisał do Szczygła w e-mailu, że po przeczytaniu „Gottland” jego Krecik umarł. A ja dodam: nareszcie.

© 2008 Martyna Lemańczyk

Pierwodruk: „Czas Kultury”, nr 1-2 (136-137)/2007, s. 188-189.

mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Śmierć Krecika

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput