Sztucznie wypreparowany otaczający nas dzisiejszy świat, jak się okazuje, może nas jeszcze wkurzać, mimo tego, że media i inne marketingowe przynęty skutecznie i sukcesywnie nas ogłupiają. Czasem znajdzie się gdzieś jakiś umysł odporny na zgubne wpływy telewizji, wrzeszczących billboardów, świątecznych promocji w hiper-marketach etc. Jakaś czarna owca w hodowli białych owiec przygotowywanych do wzięcia udziału w wielkim owczym pędzie, karmionych paszą z E330. Taki umysł męczy się niebywale z tą niewygodną świadomością i niemożliwością zmiany czegokolwiek w aktualnym i nieodwracalnym stanie rzeczy. Jedyna bronią jest dla niego wtedy ironia, czarny, acz desperacki humor. Już nie dystans, no chyba, że do samego siebie. „Zwał” nie jest stricte krytyką, owszem, teraz pewnie wszyscy mówią: ale nam nawytykał, aż w pięty poszło. Przecież Shuty nie ma potrzeby misjonarskiej, on się po prostu bardzo dobrze bawi, wyśmiewając głupotę, ślepotę i intelektualną martwicę. Wspaniała jest u niego zabawa słowem, genialne gry skojarzeniowe i słowotwórcze łączenie wyrazów, będących jednocześnie domeną współczesnej nowomowy. Wszystkie paradoksy, jakie opisuje, urastają do rozmiarów wręcz przerażających, ale co tu zrobić. Jest jak jest. Po prostu. Wszystkie próby ucieczki w inne stany świadomości i tak kończą się „zwałem”. Jest beznadzieja, z beznadziei się śmiejmy, skoro już ją zauważamy. Oczywiście, lepiej by było wkleić się w kolaż konsumpcyjno-rozrywkowo-gładkomózgiej masy, ale się nie da. To boli. O, już zaczynam pisać jak Shuty… Matko, to jest zaraźliwe!
© 2005 Emilia Walczak
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Świeży powiew fermentu rzeczywistości
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput