Trudno w tym przypadku, gdy książka Joanny Siedleckiej jest w czytelniczym krwioobiegu już kilkanaście lat, o recenzję sensu stricto. Pisano też o niej wielokrotnie, a obecne trzecie, poprawione oraz uzupełnione wydanie, otwiera wyciąg z co celniejszych omówień pióra znanych publicystów, historyków literatury, krytyków. Nie więc recenzja, a wrażenia z lektury, impresje, przywołania.
„Mahatma Witkac” to książka przejmująca. Melancholijnie piękna i smutna. Smutek ułożony jest w niej warstwami. Opowieścią o Witkacym utkaną ze wspomnień tych, którzy go znali, żyli wokół niego, z nim. Nie zakopiańskim, metafizycznym magu i demonie, ale cudaku, outsiderze, mężczyźnie zmagającym się z ciągłymi problemami finansowymi, strasznymi wspomnieniami z rewolucyjnej Rosji, chorobami, bólem zębów. O jego skomplikowanych relacjach z innymi, a w szczególności z kobietami, które pożądał, kochał, porzucał. To opowieści kobiet Witkacego o ich powojennych losach. Historie dalekie od patosu, spisane prostym językiem, które składają się na tym bardziej przejmujące, jeszcze jedno, repetytorium z PRL-u. Świadectwa końca pewnego świata oraz narodzin innego: czasów pogardy i siermięgi, rzeczywistości blokowisk. To także relacje z życia wypełnionego samotnością, starzeniem się, obłędem, śmiercią w końcu. O jej realności ani przez chwilę nie pozwalają zapomnieć przypisy informujące o dacie zgonu ostatnich z dotąd żyjących przyjaciół i znajomych artysty. W trzecim wydaniu „Mahatmy Witkaca” — pisze Siedlecka — chciałam dodać tylko, że większość moich rozmówców już nie żyje. Tak że dziś moja reporterska książka byłaby po prostu niemożliwa. Temat „Witkacy” przeszedł wyłącznie w ręce historyków literatury. Zdążyłam naprawdę w ostatniej chwili. Reporterska książka oparta na wspomnieniach osób znających autora „Pożegnania jesieni”, wraz z ich odejściem, stała się więc w zasadzie reportażem historycznym. Biograficznie i historycznie zamkniętym rozdziałem. Refleksem nieistniejących już światów: dwudziestolecia między wojnami, Zakopanego tych czasów (jakże wspaniałym miejscem wówczas musiało być!), kolejnych dekad Polski Ludowej.
Nie sposób przecenić faktograficznej wartości tej książki. Jak też nie można nie poddać się jej melancholii. Tej ostatecznej, pojawiającej się w momentach, gdy wiemy już na pewno, że wszystko to, co ważne, zostało bezpowrotnie stracone. Że czas minął i że niczego już się nie zmieni. To melancholia „Śmierci w Wenecji” Viscontiego, pierwszych stron „Śmierci na kredyt” Céline’a, „Czarnych kwiatów” Norwida. Jak i gdzie, wobec tych wszystkich śmierci, szukać nadziei, pocieszenia? Być może, metaforyzując, trzeba starać się zdążyć przed ostatnią chwilą, by — gdy już przyjdzie — mieć pewność, że wszystko z całych sił, z przekonaniem, uczciwie. Starać się zdążyć. Czy to coś pomoże, w końcu, pewnie, zobaczymy.
© 2006 Jarosław Bytner
mroczna.art.pl > Literatura > Recenzje > Zdążyć jeszcze przed ostatnią chwilą
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput