Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№1 październik 2005

A na Tahiti nic się nie zmienia… (KSU, Kuźnia, Bydgoszcz, 9/3/05) Jarosław Bytner

Trochę chyba jest tak, że klasyków nie doceniamy. Samo pojęcie w odniesieniu do zespołów punkowych wydawać się może zresztą nieco nietrafione. Z drugiej strony jednak jak nazywać Dezertera czy KSU, zespoły tworzące zręby punkowej sceny w Polsce i z powodzeniem funkcjonujące na niej do dziś? Mikołaj Lizut w „Punk Rock Later”, zbiorze wywiadów z muzykami Kultu, Dezertera, Brygady Kryzys, Tiltu, Armii, Pidżamu Porno i KSU, tych ostatnich określa „legendą z Ustrzyków Dolnych”. Pewnie wszystkie z wymienionych formacji, autorzy pokoleniowych, polskich hymnów lat osiemdziesiątych, na takie miano zasługują. W roku 2005 wszakże z tego onegdaj punkowego grona z undergroundową sceną nadal najbardziej związani pozostali muzycy KSU i Dezertera. Muzycy pozostałych formacji, o ile te nadal istnieją, wybrali inne drogi, przede wszystkim muzyczne, bo tekstowo — jak w swych rozlicznych formacjach Kazik Staszewski — piętnując społeczne i polityczne polskie anomalie, często pozostają blisko punkowej publicystyki.

W marcu i kwietniu KSU objeżdżało Polskę z nową płytą „Nasze słowa”. W Bydgoszczy zespół zagrał w Kuźni, znanej raczej z organizacji koncertów artrockowych. Wysmakowane wnętrze klubu, przepisowo odziani barmani — i adekwatne do tego ceny trunków wszelakich — wprowadzały w refleksyjny nastrój i skłaniały do stawiania pytań okołomuzycznych: dokąd to trafił punk i co zostanie z tych kutych przez artystę-kowala mebli po koncercie? I choć, wbrew moim przewidywaniom niskiej frekwencji, publika powoli zapełniała Kuźnię, jednak wśród tych może z 200 osób nikt się szczególnie ortodoksyjnie punkowym wyglądem czy gadżetami nie wyróżniał, co akurat przy okazji koncertu KSU mogło się zdarzyć.

Formuła koncertu okazała się tradycyjna: jeden, dwa utwory z nowej płyty i — przepraszam za określenie — przebój. Podkreślić też trzeba, że znaczna część publika znała również teksty z ostatniej płyty, co oczywiście wpływało na atmosferę koncertu. Wzajemnych grzeczności było zresztą co niemiara, a familijność sięgnęła zenitu, gdy zespół oświadczył, iż pewna z bydgoskich rozgłośni jako jedna z kilku w kraju odważyła się promować utwory z „Naszych słów”. Były więc obowiązkowe tańce oraz stage diving, w tym klubie widziany przeze mnie po raz pierwszy, był też naturalnie obowiązkowy zestaw: „Pod prąd”, „1944”, „Jabolowe ofiary”, „Liban”, „Umarłe drzewa”, „Ewolucja (w ścieku)”, „Ustrzyki”, „Jabol punk”. Bardzo dobrze zostały przyjęte także ostatnie propozycje ustrzyckiej formacji.

„Nasze słowa” posłuchałem spokojnie dopiero w domu. Od razu powiem, że KSU nigdy nie traktowałem poważnie, w tym sensie, iż doceniając ich rolę na polskiej niezależnej scenie, nigdy — może z racji pszaśnej muzyki, a może, powiedzmy, mocno młodzieżowych tekstów — nie zaliczałem ich do grona zespołów szczególnie lubianych. Ot, w najlepszym razie, muzyka nadająca się na imprezę. Zaskakujący stał się dla mnie magnetyzm tej płyty, konieczność jej ciągłego słuchania. Mówić o rewolucyjnych muzycznych czy tekstowych zmianach byłoby przesadą, płyta sprawia jednak wrażenie szczególnie dojrzałej, być może przez pewien nakreślony w niej obraz naszej rzeczywistości, któremu odpowiada jednorodna, z charakterystycznymi, powracającymi motywami rytmicznymi, muzyka. Tytułowy utwór jasno definiuje pewne sprawy: Nasze słowa znaczą to co znaczą / krzyk to krzyk, a jeden to jeden / metafory zostawiamy badaczom, co z jednego słowa zrobią siedem. By więc nie dołączyć do badaczy, tylko krótko, że zawarty na płycie sąd nad naszą codziennością jest niezwykle surowy, tożsamy z oceną przeciętnego Polaka, a mocno sprzeczny z obrazem przedstawianym przez większość polityków, rząd, media. To obraz kraju sprzedawanego i rozkradanego przez polityków („Kto cię obroni Polsko”, „Marszałkowska kosa”, „Wuje, wuje”), upokorzonych, przegranych, bezdomnych ludzi („Wygnany z raju”, „Nie miej złudzeń”), brutalnej agresji („Cjanci”). Dostaje się także „urzędnikom z Brukseli” („Bieszczady 2004”), piętnuje fatalną politykę ekologiczną („Dziwne drzewa”), wreszcie technokratyzację życia („Techno techno”).

Melodyka utworów i autentyzm przedstawianych w nich zdarzeń składają się na przykuwającą uwagę formułę. Jej największą wartością jest szczerość, prawda o współczesnym polskim życiu, której nie sposób na co dzień nie zauważyć…

Koncertem KSU potwierdziło, iż wciąż może napełniać słuchaczy witalnością, nową płytą, iż z rzeczywistością wokół naprawdę jest coś nie tak. I jakkolwiek jest to prawda smutna i gorzka, i jak w żaden sposób nie można jej zmienić, to nie pozwala też zapomnieć, że wciąż można myśleć inaczej, szukać innych lądów: Bo na Tahiti nic się nie zmienia, tańczą na plaży kobiety z Gaugine’a…

© 2005 Jarosław Bytner

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > A na Tahiti nic się nie zmienia…

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput