Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№27 marzec 2008

A Night Like This (The Cure, Torwar, Warszawa, 18/2/08) Lech Głowacki

18 lutego 2008 r. na warszawskim Torwarze zagrał zespół The Cure. Był to pierwszy „polski” koncert w ramach europejskiej trasy „The Cure 4 Tour”; drugi odbył się następnego dnia w Katowicach. Grupa w ciągu 3 h i 10 min zaprezentowała 37 utworów, trzykrotnie bisowała. Potem wraz z kolegą, wielkim miłośnikiem zespołu, popijając piwo dyskutowaliśmy niemal do świtu o koncercie, o The Cure i o muzyce w ogóle. Nic, może poza religią, nie daje większego poczucia wspólnoty niż muzyka. Później, zastanawiając się jak zrelacjonować występ dla Mrocznej, postanowiłem zaprosić Jacka do kolejnej rozmowy. Nie odbiega ona dalece od owej nocnej dyskusji, choć tym razem nie zakrapialiśmy piwem. Nie jest nasza relacja pogłębioną analizą kolejnych utworów; zagorzali wielbiciele twórczości Roberta Smitha nie znajdą tu najpewniej informacji, których by nie znali. Przedstawiam poniżej swobodną rozmowę o warszawskim koncercie i o samym zespole, rozmowę naznaczoną emocjami, a przez to zawierającą garść opinii całkiem subiektywnych i nieco chaotyczną. Liczę, że miłośnicy dobrej muzyki, wzruszający dotąd ramionami na nazwę The Cure lub nazwisko lidera, zapoznawszy się z tekstem, zainteresują się grupą, którą śmiało można dziś określić mianem jednej z najważniejszych w muzyce rockowej.

Lech: Na początek trochę wspominek. Poznaliśmy się w liceum i z pierwszych spotkań pamiętam twoje natapirowane włosy i czarną koszulkę z wizerunkiem Roberta Smitha. Byłeś już wtedy od dobrych kilku lat zaangażowanym Curowcem. Co było / jest takiego w muzyce The Cure, że zafascynowałeś się zespołem?

Jacek: Włosy nie były natapirowane tylko umiejętnie nażelowane :) Mój pierwszy kontakt z The Cure nastąpił dzięki mojemu młodszemu o rok koledze z podwórka (trudno w to uwierzyć, ale on miał wtedy 10 lat, a ja 11). Przekazał mi fatalnie nagraną kasetę informując, że jest to fragment „Pornography”, jednej z najlepszych płyt zespołu. Było to zupełnie inne od muzyki, której wtedy słuchałem, czyli Dire Straits i Foreigner (wpływ listy przebojów „Trójki”). Zafascynowany, pobiegłem do sklepu muzycznego i nabyłem moją pierwszą w życiu piracką kasetę (innych wtedy w sklepach nie było, przynajmniej jeżeli chodzi o The Cure). Po przesłuchaniu stwierdziłem, że poznane dzięki koledze fragmenty nie pochodzą z „Pornography”. Później odkryłem, że stanowiły one dodatek do składanki „Standing on the Beach”. Przyswoiwszy natomiast „prawdziwą” „Pornography”, uznałem, że muszę mieć wszystkie nagrania zespołu.

Czyli trafiły ci się na początek rarytasy, a następnie płyta dziś uznawana za kultową. Mocny początek. Ja zacząłem przygodę z The Cure dużo później, właśnie w liceum, kiedy to wyszło „Wish”. Gdy potem wpadła mi w ręce „Faith” i wspomniana „Pornografia”, nie mogłem uwierzyć, że to ten sam zespół. Powiedziałeś, że urzekła cię inność ich muzyki. W czym się konkretnie objawiała?

No cóż, nie trudno wskazać różnice pomiędzy Dire Straits a The Cure :) A mówiąc poważnie — jest jakaś magia w tej muzyce. Członkowie zespołu mieli po prostu talent do pisania udanych piosenek. Każda z płyt jest różna i przez to ich twórczość się nie nuży; gdy nasłuchasz się np. „Pornography”, możesz wrócić do wydanej rok wcześniej „Faith”, która pomimo podobnego ciężkiego klimatu, jest płytą zupełnie inną. Ci, którzy choć trochę znają The Cure, wiedzą o czym mówię.

Markowi Knopflerowi też nie można odmówić talentu do tworzenia niezłych kawałków:) Ale fakt, trzeba przyznać, że Smith ma dar godzenia piosenkowości z nierzadko mroczną estetyką utworów. Podobna sztuka udała się później np. Nirvanie — serwowanie alternatywy w piosenkowych ramach. The Cure grają już dobre 30 lat. Za chwilę ma się ukazać kolejna płyta. Dla mnie ich twórczość nie zestarzała się, a ty jak uważasz — czy The Cure może zaoferować coś młodym słuchaczom, czy raczej po nowe wydawnictwo sięgną tylko fani z siwizną na skroniach?

Mam nadzieję, że nie będą na siłę starali się przypodobać młodej publiczności, bo mogłoby się to skończyć katastrofą. Ich muzyka jak najbardziej broni się dzisiaj. Dowodem na to są „młode” zespoły, które otwarcie przyznają się do inspiracji The Cure (Deftones, Korn). Z tą siwizną też bym nie przesadzał. Ci, którzy słuchają dłużej The Cure mają dziś po 30-40 lat. To jeszcze nie jest wiek emerytalny.

No, może nie był to najlepszy dowcip. Kontynuując kwestię zespół a młodzi słuchacze: nie wyobrażam sobie, by Smith usiłował schlebiać młodzieży, czy też nagrywać coś pod określoną publikę. Zastanawiam się raczej, czy przy okazji nowej płyty jest szansa, że nowe pokolenie zauważy grupę, a być może nawet odkryje dla siebie stare perełki, takie jak choćby „Seventeen Seconds” czy „Faith”. I już sobie odpowiadam: otóż mam dziś The Cure za niezły alternatywny band, jeden z niewielu w gronie tych „zasłużonych”, który może jeszcze namieszać na rockowej scenie.

Oni już namieszali. Ich muzyka od początku była bardzo nowatorska i byli, jak już wspominałem, inspiracją dla innych. Zespół jeszcze na płytach wydanych po 2000 r. stara się dokonywać zmian, ale polegają one bardziej na operowaniu nastrojem niż na rewolucyjnej zmianie stylu. Uważam, że jeżeli ktoś nie był do tej pory przekonany do ich twórczości, to nowy album tego nie zmieni.

Ja pozostanę optymistą, przynajmniej w tej sprawie. Do młodzieży zachwyconej Nową Rockową Rewolucją tudzież nurtem emo apeluję: posłuchajcie choćby „Primary” albo „Hey You!”:) Z drugiej strony ortodoksyjna opinia głosi, że „prawdziwe” The Cure skończyło się po wydaniu „Pornografii”. Jak Ty uważasz? I kolejne pytanie, tym razem z gatunku tendencyjno-prowokacyjnych: czy można dziś powiedzieć o zespole Roberta Smitha, że jest najważniejszym reprezentantem post-punka/new wave? Czy na to miano zasługuje, mimo skromnego dorobku, Joy Division? A może inna kapela?

Co do pierwszego stwierdzenia to mogę tylko odpowiedzieć: co kto lubi. Oczywiście żadna z wydanych później płyt nie przypominała czterech pierwszych („Boys Don’t Cry” nie traktuję jako odrębnego albumu). Ja należę do tych fanów zespołu, którzy kolejne płyty traktują jako następny etap rozwoju grupy. Moim zdaniem na każdej płycie Robert Smith i pozostali muzycy dawali z siebie wszystko. Weźmy np. płytę (lub, jak kto woli, zbiór singli) „Japanese Whispers”, którą Robert Smith nagrywał tylko z Laurencem Tolhurstem. Mimo że nie została nigdy doceniona przez krytyków, to jednak przypadła do gustu publiczności. Hity takie jak „Love Cats” czy „Let’s Go To Bed” są do dziś grane przez stacje muzyczne. Jeżeli ktoś wysłuchał jej w całości, to odnajdzie na niej również mniej komercyjne perełki, jak np. „Lament” albo „Just One Kiss”. Świadomie podaję przykład tej płyty, ponieważ właśnie ją swego czasu najbardziej znienawidzili starzy fani (później szokiem były jeszcze album „Mixed Up” i piosenka „Friday I’m in Love”). Jeśli chodzi o drugie pytanie, to sądzę, że nigdy nie ma jednego najważniejszego reprezentanta danego nurtu muzycznego. Nowofalowych zespołów oprócz The Cure i Joy Division było mnóstwo w tym czasie, wspomnę chociażby o Siouxie and the Banshees i wszystkich zespołach skupionych wokół wytwórni 4AD (Cocteau Twins, This Mortal Coil, Dead Can Dance). Każdy był na swój sposób inny. Poza tym sądzę, że do dziś nie ma zespołu, który grałby jak The Cure, niewiele zespołów też potrafi zagrać dobrze covery ich utworów.

To się nazywa dyplomatyczna odpowiedź:) Joy Division to legenda, której istotną częścią jest jednak śmierć Iana Curtisa. Ciekawe, jakie płyty nagrywałby dzisiaj. Mnie osobiście odpowiada, że The Cure tworzą nadal. Porozmawiajmy wreszcie o koncercie. Dla mnie fakt, że zespół zagrał przekrojowo, materiał z wielu płyt, pozwala uznać występ na Torwarze za koncert marzeń. Swoją drogą ciekawe, że w przededniu wydania nowej płyty Smith nie pokusił się o szersze zaprezentowanie nowych nagrań. Usłyszeliśmy bodajże dwa: „Please Project” i „A Boy I Never Knew”. Czy było to dobre posunięcie?

Wydaje mi się, że The Cure są już na takim etapie swojej kariery, że do promocji nowego albumu nie jest im potrzebne granie nowych piosenek. Ja odbieram to też jako ukłon w stronę publiczności, dla której wysłuchanie „M” z „Seventeen Seconds” albo „Jumping Someone Elses Train” z „Boys Don’t Cry” było spełnieniem jak powiedziałeś koncertowych marzeń. Należy też pamiętać, że obecny skład The Cure (poza perkusistą) to wszyscy „starzy” członkowie zespołu. Porl Thompson (gitara) występował jeszcze w składzie „Easy Cure”, potem dołączył do nagrań płyty „The Top”, a Simon Gallup (bas) jest w składzie od czasów „Seventeen Seconds” (z drobną przerwą w latach 1983-1984).

Dodam, że dla mnie świetna forma, jaką zaprezentowali grając stare utwory, jest największą zachętą, by sięgnąć po nadchodzący album. Czy zgodzisz się ze mną, że klasyczny rockowy skład, w jakim wystąpili, niejako sprzyjał utworom z takich płyt jak „Seventeen Seconds”, „Faith” i „Pornography”? Te kawałki wypadły w moim odczuciu najlepiej.

Nie uważam, że wypadły one lepiej od innych. Mogły zrobić na większości starych fanów największe wrażenie, ponieważ (może poza utworami z „Pornography”) były rzadko ostatnimi czasy grywane na koncertach. Rockowy skład, w jakim wystąpili The Cure w Warszawie, uczestniczył także w nagrywaniu mniej rockowych płyt tego zespołu :)

Mnie te kawałki podobały się najbardziej, mimo iż było to moje pierwsze spotkanie z bandem na żywo, więc nie pasuję do twojej hipotezy:) Chodziło mi o to, że bez klawiszowca Robert i spółka doskonale oddali oryginalną szorstkość i oszczędność takich utworów jak „Play for Today” czy „The Hanging Garden”; w przypadku innych piosenek, którym niczego nie ujmuję, mieliśmy okazję usłyszeć, jak ciekawie instrumenty klawiszowe zostały zastąpione gitarami, choćby w „Lullaby”. Ponadto — tu chcę udowodnić, że poruszyły mnie również utwory z innych albumów — po usłyszeniu koncertowych wersji „Push”, „In Between Days”, „Close to Me” i „A Night Like This” uznałem, że muszę z większym szacunkiem wsłuchać się w album „The Head On the Door” (mam nadzieję, że nie pominąłem żadnego utworu z tej płyty, który zabrzmiał na Torwarze). Ale wróćmy jeszcze do pierwszych chwil koncertu. Po nie najlepszym jeśli chodzi o nagłośnienie występie supportu 65daysofstatic, do ostatniego momentu zastanawialiśmy się, jak wypadnie The Cure. Zaczęli, jak przewidziałeś, od „Plainsong” i pomyślałem wtedy, że jest bardzo dobrze. A już moc drugiego kawałka, „Prayers for Rain”, wzbudziła we mnie niemalże euforię. Jakie były twoje odczucia?

„Prayers for Rain” jest jednym z najlepszych kawałków na „Disintegration”. Jest to jeden z najbardziej gitarowych utworów z tej płyty, bez syntezatorów na koncercie wyszedł jeszcze ostrzej i faktycznie mógł robić wrażenie. Po występie 65daysofstatic również bałem się o dalsze losy koncertu (grupa nie była zła, tylko to fatalne nagłośnienie). Na szczęście The Cure wypadło wspaniale.

Nie jestem zbytnio zorientowany w nagraniach zespołu, które nie trafiły na longplaye. Przypomnij, które z tych kawałków usłyszeliśmy w Warszawie i powiedz coś na ich temat.

Nigdy na „normalnych” płytach nie znalazły się „Never Enough” i „Wrong Number”. Są to utwory z późniejszego okresu działalności grupy. „Never Enough” ukazał się na składance „Mixed Up” z 1990 r., na której oprócz tego utworu znalazły się remixy największych przebojów, a „Wrong Number” to dodatek do składanki „Galore” z 1997 r., która jest zbiorem największych hitów grupy z lat 1987-1997 (możemy tam też znaleźć „Never Enough”).

Gdy po godzinie 23.00 opuściliśmy Torwar, przyznaliśmy na gorąco, że koncert nie miał słabych punktów. Czy dziś podtrzymujesz tę opinię, a jeśli tak, spróbujmy może wskazać najlepsze momenty koncertu.

Rzeczywiście słabych punktów nie było. Przez ponad trzy godziny grania ani razu nie czułem się znużony. Jeżeli chodzi o najlepsze momenty koncertu, mogę wymienić te, podczas których zespół wykonywał moje ulubione utwory, czyli, jak już wcześniej wspominaliśmy: „Prayers For Rain”, „Play For Today”, „Figurehead”, „A Strange Day” i absolutnie przeze mnie ukochany „At Night” z „Seventeen Seconds”. Wrażenie robiły też slajdy wyświetlane na olbrzymim telebimie (doskonale komponowały się z muzyką; część była odniesieniem do teledysków grupy) i to, że zespół trzykrotnie bisował (podziwiałem ich, że w wieku blisko pięćdziesięciu lat mają nadal tyle energii).

Wszystko z „Seventeen Seconds” było świetne, szczególnie, że te utwory złożyły się na cały pierwszy, mroczny bis. No i otwarcie trzeciego bisu, czyli: „Boys Don’t Cry”. A w trakcie zasadniczej części koncertu z największym zaangażowaniem kiwałem głową podczas „A Strange Day”, „One Hundred Years” i „Disintegration”. Czytałem gdzieś, że aktywność Roberta Smitha na koncertach z reguły nie jest daleka od katatonii:) Wziąwszy to pod uwagę, trzeba odnotować, że na Torwarze rozpierała go energia. W trakcie niektórych kawałków przechadzał się po scenie, wychylał w stronę publiczności, raz nawet wykonał podskok. Poza tym między utworami kilkakrotnie zagadywał przybyłych fanów. Wydawał się rozluźniony. Zaryzykuję stwierdzenie, że granie na żywo wciąż sprawia mu wielką radość i że nie mamy do czynienia tylko z zarobkowaniem. Podobne zaangażowanie widać było też po stronie Porla Thompsona i Simona Gallupa. Zresztą basista wg mnie prezentował się najbardziej „rasowo”: w „ognistej” fryzurze, podkoszulku i obcisłych spodniach — przygarbiony, kołyszący się na szeroko rozstawionych nogach.

No fakt, podskok był bardzo efektowny :) Generalnie The Cure mają swój niezmienny styl również na koncertach. Mimo upływu lat, ich zachowanie sceniczne pozostało bez zmian i chwała im za to.

Jakich utworów zabrakło? Ja wspomnę tylko o dwóch: „A Letter to Elise”, który zagrali następnego dnia w Katowicach, i „The Holy Hour”, moim ulubieńcu z „Faith”.

W Katowicach zagrali jeden z moich ulubionych utworów „To Wish Impossible Things”. Zazdroszczę tym, którzy mogli dotrzeć tam na koncert i wysłuchać go na żywo. Ponadto dużą ciekawostką mogłyby być utwory ze stron B ich singli, takie jak rewelacyjny punkowy „Plastic Passion” albo „Splintered in Her Head”. Świetnie wkomponowałyby się w część „historyczną” :) koncertu. Zdaję sobie jednak sprawę, że występ musiałby wtedy trwać o wiele dłużej. Generalnie na te 3 godziny grania dobór utworów był znacznie powyżej moich oczekiwań.

Na koniec słowo o wspomnianym wcześniej supporcie, czyli 65daysofstatic z Anglii. W trakcie półgodzinnego występu zagrali utwory, które wydały mi się całkiem interesujące. Miałem skojarzenia z Mogwai, trochę z The Mars Volta. Jednakże nie było ich dobrze słychać. Gitary zostały pochłonięte przez mocno podkręcone bębny i dźwięki z komputera.

Tak jak już wcześniej powiedziałem, zespół ciekawie się zapowiada, ale promocja (przedstawienie swoich utworów szerszej publiczności) przed The Cure z takim nagłośnieniem jest moim zdaniem z góry skazana na porażkę. Ja jednak dam im szansę i przynajmniej zapoznam się z ich twórczością.

Dzięki za rozmowę.

Dzięki.

© 2008 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertow > A Night Like This

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput