W drugim miesiącu europejskiego tournée Patti Smith ze swoim zespołem zagrała w Poznaniu. Dziedziniec Różany Zamku, poza tym, że sam w sobie jest niezwykle przyjemny, także pod względem przestrzennym okazał się miejscem sensownie dobranym, bo prawie akurat w całości został tego wieczora zapełniony. Prawie, bo o ścisku nie było mowy, co jak na drugi dopiero występ w Polsce1 ikony nowojorskiego undergroundu, jakimś szczególnym osiągnięciem frekwencyjnym na pewno nie było. Ciekawa, panoramicznie i przekrojowo: bo i wiekowo (od lat kilku do kilku dziesiątek), jak i sub- i kulturowo (image zróżnicowany i koszulki z idolami wielu dekad i gatunków), była za to ta publiczność, co pewnie w sposób najbardziej dobitny świadczy o tym, jak różne osoby łączy fascynacja twórczością tej artystki. Ten wielopokoleniowy i kulturowo zróżnicowany zastęp fanów pojawił się więc, by posłuchać i zobaczyć Patti & Her Band w poznańskiej odsłonie trasy promującej „Twelve”. I co by nie powiedzieć, właśnie charakter tego ostatniego albumu wpłynął, w pewnym stopniu przynajmniej, na dynamikę koncertu. W zasadzie — a co tam — palnę od razu prosto z mostu! — na zakłócanie tejże.
Jak to bowiem bywa podczas koncertowej promocji płyty, gra się utwory starsze, ale trzeba też premierowe. A problem w tym, że covery ulubionych piosenek Patti Smith, skądinąd rockowych tuzów, na „Twelve” zostały podane w aranżacjach folkowo-balladowych, co nie byłoby znów jakimś dużym problemem czy uchybieniem, gdyby nie ich naprawdę iście ogniskowe tempa. Było mniej więcej tak: dwa kanoniczne utwory amerykańskiego, artystowskiego punk rocka i przerywnik-„wymiatacz”: przynudnawa i nieznośnie przewidywalna balladka. Na szczęście rockowych evergreenów z „Twelve” zagrano tylko pięć, co ostatecznie nie miało poważniejszego wpływu na dramaturgię koncertu. Cóż zresztą — może poza odegraniem całej „dwunastki” — mogłoby źle wpłynąć na odbiór tego występu, gdy Patti i jej zespół byli tego wieczora rzeczywiście w doskonałej formie? Potężny, silny głos, młodzieńcza werwa, naturalność, świetny kontakt artystki z publicznością i grający z Patti Smith od wielu lat doskonale zgrani instrumentaliści (Lenny Kaye (gitara), Jay Dee Daugherty (perkusja), Tony Shanahan (bass, keyboards), zespół gitarą wspomagał także Jackson, syn artystki), a do tego utwory ważne dla paru pokoleń, musiały na słuchaczy działać balsamicznie. Szkoda, bo faktycznie, gdyby nie songi do grilla z „Twelve”, zrobiłby się regularny punkrockowy koncert. Ale bez przesady i narzekań: „Redondo Beach”, „Free Money”, „Ghost Dance”, oczywiście „Because the Night” i „Gloria”, wypadało przynajmniej raz w życiu posłuchać na żywo, a w Poznaniu zabrzmiały jak należy. Na deser fani dostali jeszcze dwa prawdziwe rarytasy: „Perfect Day” oraz „Rock and Roll Nigger”. A także uznanie artystki, wyrażone Polakom jako narodowi niezłomnemu i zawsze ceniącemu niezależność, na co reprezentanci tego narodu zebrani na Dziedzińcu Różanym zgotowali poetce serdeczną owację. A już na sam koniec Patti Smith rozdała publiczności (dla wszystkich, co prawda, nie wystarczyło) białe róże z olbrzymiego bukietu, który otrzymała. Bez dwóch zdań koncertowo udany, ważny wieczór.
© 2007 Jarosław Bytner
1 Pierwszy raz Patti Smith wystąpiła w Polsce 10 sierpnia 2002 roku, w Warszawie, promując kompilacyjny album „Land 1975-2002”.
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Ballady, punk rock i białe róże
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput