Oczami wyobraźni ujrzałem muzyków DEP, znanych z widowiskowych koncertów, jak próbują układy taneczne godne New Kids On The Block (podobno nastąpiła reaktywacja tego zacnego boysbandu) tudzież Justina Timberlake’a, którego kawałek „Like I Love You” grali zresztą na żywo wespół z Mikiem Pattonem. Skąd takie imaginacje? Otóż wywołało je całkiem spore stężenie popu na najnowszym albumie DEP, zatytułowanym „Ire Works”. Ci miłośnicy zespołu, którzy szczególnie upodobali sobie „Calculating Infinity”, mogą uznać, że przekroczone zostały normy w tym zakresie.
Wydanie w 1999 r. wspomnianego wyżej debiutanckiego albumu zaliczono do najważniejszych wydarzeń w środowisku muzycznego undergroundu. Zespół z Morris Plains w stanie New Jersey zaprezentował na nim muzykę szybką, intensywną i pełną agresji, a zarazem niezwykle wyrafinowaną technicznie. „Calculating Infinity” stanowi porażającą kombinację grind-core’u spod znaku Napalm Death, metalu, muzyki eksperymentalnej i jazzu. Dodatkowo młodzi, wówczas dwudziestoparoletni członkowie DEP potwierdzili swoje nieprzeciętne umiejętności podczas występów na żywo, na których godzili szaleństwo i żywiołowość w scenicznym zachowaniu z precyzją wykonania utworów. Swymi występami zrobili również wrażenie na Mike’u Pattonie, co zaowocowało współpracą. Najpierw grali jako support na trasie koncertowej Mr. Bungle, a następnie, po odejściu z zespołu frontmana Dimitri Minakakisa, Patton wsparł DEP w tworzeniu EP-ki zatytułowanej „Irony Is a Dead Scene”, na którą nagrał wszystkie wokale. Lepsza promocja nie mogła się młodemu bandowi przytrafić. Trzeba jednak podkreślić, iż zasłużyli na rozgłos, bowiem „Irony Is a Dead Scene”, dziś legendarne już wydawnictwo, to dzieło wybitne. Krótki ów album zawiera mnóstwo zapierających dech w piersiach pomysłów i jest przy tym równie agresywny, mocny i fenomenalnie zagrany, co poprzednia płyta. Trudno zgadnąć, czy to wkład Pattona, czy raczej większe doświadczenie samych muzyków DEP sprawiło, że ich muzyka nabrała oddechu, a z pogmatwanych strukturalnie utworów można odczytać spójną, przemyślaną wizję całości, o której trudno mówić w przypadku „Calculating Infinity”. Wszystko co najlepsze na „Irony Is a Dead Scene” zostało przeniesione i rozwinięte na kolejnej płycie, zatytułowanej „Miss Machine”. Wydany w 2004 r. longplay sprzedawał się doskonale, choć należy odnotować, iż wśród miłośników zespołu nastąpiła polaryzacja w ocenie dzieła (m.in. z powodu wzbogacenia materiału tu i ówdzie o chwytliwe melodie).
„Miss Machine” jest uznawana za największe osiągnięcie kapeli z New Jersey i „Ire Works” chyba tego nie zmieni. Problemy kadrowe nie pozostały bez wpływu na twórczość zespołu. Gdy bowiem DEP uporał się z brakiem stałego wokalisty — w konkursie wybrali osiłka o swojsko brzmiącym nazwisku Greg Puciato — szeregi zespołu opuścił bębniarz Chris Pennie. To właśnie on wraz z gitarzystą Benem Weinmanem — ostatnim z założycieli grupy, którego mamy okazję usłyszeć na „Ire Works” — był liderem DEP i twórcą większości materiału. Ponadto jego niepowtarzalna i oszałamiająca gra na bębnach, operująca wzorcowo w matematycznej estetyce, trzymała wszystkie kompozycje w ryzach. Brak Chrisa Pennie — szczególnie w roli autora utworów — jest zauważalny na „Ire Works”. O ile w przypadku poprzednich albumów możemy mówić o ewolucji muzyki DEP, zwieńczonej urozmaiconym, ale spójnym dziełem „Miss Machine”, o tyle najnowszy krążek ukazuje nam grupę utalentowanych mathcorowców będących na etapie poszukiwań, bez jasno sprecyzowanej wizji. Jest bowiem „Ire Works” zbiorem bardzo dobrych utworów, co i rusz zaskakujących niebanalnymi pomysłami. Jak zawsze są to kompozycje zagrane po mistrzowsku, trzeba przyznać, że nowy perkusista technicznie nie ustępuje poprzednikowi. Wydaje się jednak, że podczas nagrywania płyty panowie z DEP dreptali po omacku. Jakby po zarejestrowaniu każdego kolejnego kawałka pytali samych siebie: Co teraz? Może zmierzmy się z industrialem? Może zaczerpnijmy z muzyki klasycznej? Na płycie nie zabrakło agresywnych fragmentów o zmieniających się tempach i skomplikowanych podkładach („Nong Eye Gong”); są i melodie ciążące ku rasowemu popowi („Black Bubblegum”); eksperymenty z elektroniką („When Acting as a Wave”); bliski klasycznych dokonań heavy-metal z popowym refrenem i kulminacją opartą na podwójnej stopie („Milk Lizard”); aranżacje przywodzące na myśl Nine Inch Nails („Dead as History”); a także jazzowe nastroje w stylu Esbjörn Svensson Trio z domieszką nu metalu („Mouth of Ghosts”). W rezultacie zróżnicowanie materiału na „Ire Works” — choć przecież obecne także na „Miss Machine” — jest tak duże, iż — powtórzę — pozostawia wrażenie, że DEP tym razem działał bez planu.
Co jeszcze? Ważna informacja: otóż „Ire Works” to znakomity album. Od tego oświadczenia powinienem był zacząć recenzję i zamilknąć. Ale któż by mi wówczas uwierzył? Kto wierzy teraz?
Czy moim fantazjom o tanecznych choreografiach należy się miano proroczych, przekonamy się już w Dzień Kobiet na festiwalu Metalmania, na którym DEP będzie promował swoją nową płytę.
© 2008 Lech Głowacki
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Bez planu
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput