Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№20 sierpień 2007

Białe pasy wciąż na dobrym kursie („Icky Thump” The White Stripes) Robert Panowicz

Zacznę bez kozery: jest rok 2007, a White Stripes wciąż rządzą. Kto by pomyślał?! Pamiętam jak dziś 2002 rok, na który to można datować rozpoczęcie na dobre nowej rockowej rewolucji, która wydała na świat takie „kwiatki” jak Stripes właśnie, ale też The Strokes, Interpol, The Libertines, Franz Ferdinand, The Rapture, Hot Hot Heat, The Hives, czy nawet epigonów nurtu zżerających własny ogon w stylu Razorlight. Minęło pięć lat, a bezlitosny czas oddzielił plewy od ziaren. Dziś można powiedzieć, że ten płodny, choć nie da się ukryć, wtórny nurt pozostawił po sobie dwa arcydzieła: „Is This It” The Strokes i „Elephant” autorstwa bohaterów niniejszej recenzji. O ile w 2002 roku Strokesi ze swoim debiutem „Is This It” w moim odczuciu zdecydowanie pokonali „White Blood Cells” White Stripesów (choć na świecie opinie były mocno podzielone), to już w 2003 roku w „Elephant” pobił na głowę „Room On Fire” konkurencji i w wielu prestiżowych periodykach został albumem roku.

„Elephant” scementował doświadczenia Stripesów z poprzedzających go trzech albumów. O ile tak wychwalany na Zachodzie krążek „White Blood Cells” zadziwiał świetnymi melodiami, o tyle wyraźnie dało się czuć sznyt garażowego rocka i sceny indie. Następca „Białych Krwinek” zaproponował wyraźne rasowe rockowe brzmienie utrzymując nietuzinkowy talent grupy do tworzenia wspaniałych numerów. Wystarczy wspomnieć tu „Seven Nation Army”, bez dwóch zdań jeden z najlepszych utworów dekady. Albo „The Hardest Button to Button”, do którego powstał niebanalny teledysk. Tak, w 2003 roku świat leżał u stop Jacka i Meg White, tego domniemanego rodzeństwa, ale tak naprawdę małżeństwa (dziś już nie).

Wydany w 2005 roku „Get Behind Me Satan” dla wielu był zaskoczeniem, dla wielu też rozczarowaniem. Zniknęły silne inklinacje rockowe znane z „Elephant”. Zostały zastąpione wyciszonym brzmieniem zespołu opartym na pianinie wzbogaconym o liczne „przeszkadzajki”. W owym czasie Jack White zaangażował się ze swym kumplem Brendanem Bensonem w nowy muzyczny projekt The Raconteurs, a także wystąpił w superprodukcji „Cold Mountain” (u nas wdzięcznie zatytułowanej „Wzgórze Nadziei”), gdzie poznał i na krótko uwiódł Renee Zellweger. Był to także czas przeprowadzek dla obojga muzyków. Meg przeniosła się do Los Angeles, a Jack wylądował w Nashville, gdzie w następstwie wyprodukował świetnie przyjęty krążek weteranki sceny country Loretty Lynn „Van Lear Rose”. Bardziej kuriozalnymi wydarzeniami w życiu obojga Artystów w tym czasie była sesja fotograficzna Meg, która została twarzą kampanii znanego kreatora mody Marca Jacobsa oraz napisanie przez Jacka piosenki do reklamy Coca-Coli. To wszystko spowodowało, że fani White Stripes zaczęli obawiać się o losy swojej ulubionej formacji. Języczkiem u wagi mógł być fakt, że wydana w 2006 roku płyta The Raconteurs „Broken Boy Soldiers” zyskała aplauz zarówno krytyki, jak i publiki, a magazyn MOJO umieścił ją na szczycie rocznego podsumowania.

A jednak koniec końców ku uciesze wielbicieli formacji Jack wrócił do Meg i wspólnie przygotowali nowy album White Stripes. „Icky Thump” wyczekiwano z dużymi wątpliwościami. Czy grupa podąży śladem ostatniego albumu, czy zaproponuje dawne mocne, rockowe brzmienie, czy też może podryfuje jeszcze gdzieś indziej (country..?)? Obawy spotęgowane były faktem przejścia White Stripes do jednej z największych, czytaj najbardziej komercyjnych, wytwórni płytowych, czyli Warner Bros. Records. Czy biało-czerwone pasy zaprzedadzą się i wydadzą konfekcję albo inną jałową papkę? Czy może uda im się spacyfikować menedżerów i postawić na swoim? Czy trzytygodniowy pobyt w nowoczesnym studio nagraniowym w Nashville, niezwykle długi jak na tę parę muzyków, okaże się równie owocny co wcześniejsze, wyjątkowo krótkie sesje nagraniowe?

Pierwszy kontakt z „Icky Thump” to okładka wydawnictwa. Inna niż wcześniejsze. Utrzymana w czarno-białych barwach, bez tak istotnego i dominującego czerwonego koloru, który pojawiał się wcześniej. Na fotografii Jack i Meg wyraźnie uśmiechnięci, coś, czego do tej pory nie było. Żadnego zdjęcia z kluczem, z wieloma przedmiotami, które mają jakieś ukryte znaczenie. Po prostu fotografia szczęśliwych ludzi. No dobrze. A sama muzyka zamieszczona na krążku? Jednak żadnych artystycznych kompromisów. Ufff! Nowa płyta pod względem intensywności grania jest powrotem do klimatów „Elephant”, ale utwory są dość mocno zróżnicowane brzmieniowo. Otwierający „Icky Thump” tytułowy utwór to klasyczne gitarowe granie, które spowodowało u mnie wyraźny uśmiech na twarzy. To jest to! A jak jest dalej? Równie dobrze. Przebojowy „You Don’t Know What Love Is (You Just Do As You’re Told)” przyjemnie buja, apokaliptyczny „Conquest” natomiast wzbogacony dźwiękami trąbki w stylu mariachi wywołuje ciarki na plecach. Nie brak tu utworów spokojniejszych, jak np. „A Martyr for My Love for You”. Pomimo tego, że głównym motorem muzyki Stripesów jest wyłącznie gitara Jacka oraz bębny Meg, to brzmienie grupy jest zadziwiająco pełne, czasem tylko okraszane grzechotkami i innymi „przeszkadzajkami”, które w intrygujący sposób dopełniają ascetyczną grę liderów. W tym sensie nowy krążek White’ów ewokuje skojarzenia z legendarną „trójką” Led Zeppelin. Album „Icky Thump”, mimo że przypomina w pewien sposób dawniejsze dokonania zespołu, nie może być nazwany epigonem czy słabszym kontynuatorem. Po prawdzie muzyczna koncepcja Stripesów oparta jest na wyraźnie uproszczonym instrumentarium, ale prawdziwą siłą tej grupy są wspaniałe kompozycje, które unoszą tę muzykę wysoko ponad przeciętność. Bez talentu Jacka do pisania fascynujących melodii nie byłoby sukcesu grupy, a jedynie może lokalna sława w Detroit. Na „Icky Thump” każdy utwór skrzy się od pomysłów, a słuchanie albumu to prawdziwa frajda. Nie jest to jeden z tych martyrologicznych krążków, które bardziej się docenia, niż lubi. Państwo White szybko wciągają słuchaczy na swoją muzyczną karuzelę, która mogłaby się kręcić bez końca.

Na koniec jeszcze kilka refleksji. Jack White ponoć pracuje już nad utworami na nową płytę The Raconteurs. Jeśli zostanie podtrzymana jakość ostatnich krążków obu formacji, to jest szansa, by częściej niż kiedyś obcować z muzyką tego interesującego Artysty w dwóch różnych wcieleniach. Osobiście czekam teraz na odpowiedź w postaci nowego krążka The Strokes, jedynej grupy, która potrafiła dzielnie ścigać się o palmę pierszeństwa ze Stripesami. Na inne formacje new rock revolution już nie czekam, bo nie ma już po co.

PS

Jako że nazwa portalu zobowiązuje, to do obowiązkowej okładki nowego albumu White Stripes dołączam mroczną fotografię zamieszczoną w książeczce. I nie myślcie, że jest to słynna już fotka kolumny zygmuntowskiej, która rzeczywiście w booklecie się znajduje!

© 2007 Robert Panowicz

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Białe pasy wciąż na dobrym kursie

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput