Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№26 luty 2008

Chodzący aniołowie po prostu… — rozmowa z Maciejem Wacławem (Maxem Horrorem) o 666 Aniołach Jarosław Bytner

Jarosław Bytner: Czy oksymoron w nazwie ma utrudnić identyfikację z kim mamy do czynienia: czy zespół to bardziej anielski czy diabelski?

Maciej Wacław: Po pierwsze: wymyślaniu nazwy nie towarzyszyły takie przemyślenia. Jeśli jednak ktoś chce się doszukiwać, to jest to dość trafny kierunek. Elementy, które należą do pierwszej części oksymoronu, takie jak mrok, diabelskość, na pewno są istotne, ale nie są w 100% traktowane poważnie, nie chodzi tu przecież zagłębianie się w okultyzm czy satanizm. A anielskość… muzycy są tacy anielscy, chodzący aniołowie po prostu… Cała nazwa jest mrugnięciem oka: tak jak żaden dobry film grozy nie może się obyć bez elementu ironii, niepowagi.

Czyli nie wszystkie cztery anioły są upadłe na amen?

Na amen nie. Jest jeszcze dla nas jakaś nadzieja…

To proszę jeszcze o słowie o poszczególnych aniołach: kto w jakiej jeszcze formacji grywa?

Max Horror (voc, git), Bruiser (dr, voc), Vanstein (voc, git) grają w Schizmie, dla Laczo Only (bass, voc) Anioły są jedynym zespołem, w którym gra, choć kiedyś grał w In Spite Of razem z Maxem i Bruiserem, ale ostatnio ten zespół raczej słabo funkcjonuje. Poza tym Max i Bruiser grają w bydgosko-morąsko-pułtuskiej formacji The Cuffs. Jak widać trochę więcej nas łączy poza anielskością.

Zaczynaliście jednak jako trio. Pamiętam (dobrze, bo nad głowami latały od czasu do czasu krzesła) występ na pierwszej edycji bydgoskiego Halloween w „Wiatraczku”, to był, zdaje się, rok 2000? Pamiętasz ten koncert? Kto jeszcze z obecnego składu poza Tobą wtedy grał?

To było w 2001. Tylko perkusista. Pamiętam bardziej latające kurze łapki niż krzesła.

Jakie kurze łapki? Prawdziwe?

Prawdziwe. Z rzeźnickiego sklepu, ktoś je przyniósł, gdzieś koło kilograma, w reklamówce, miały służyć jako element dekoracji. A potem ktoś je znalazł i zaczęło się rzucanie pomiędzy ekipą znoszącą ze sceny sprzęt a publicznością.

Nikt na nich potem nie ugotował zupy?

Ani nie odprawił voodoo. Zbezczeszczenie odbiło się jednak potem głośnym echem wśród środowisk wegańskich.

Weganie chodzą na horrorpunkowe koncerty?

Nie. Nikogo z nich pewnie nie było…

Ale to właśnie w tym czasie zespół zaczął działać czy początki sięgają jeszcze głębiej — XX wieku?

Tak. W październiku 2001. Pamiętam, że wszystkie koncerty były wówczas planowane w cieniu 11 września. Nie było wiadomo, czy nie wybuchnie wojna…

Czy są jakieś wyjątkowe — poza oczywistym oddaniem i sympatią dla The Misfits — powody, że gracie właśnie ich muzykę?

Na pewno fakt, że nikt w Polsce przedtem tego nie robił. Nie tylko nie grał The Misfits, ale w ogóle nie było cover bandów. Ktoś tam może grał Lady Pank, jakąś klasykę polskiego rocka czy Hendrixa. Także na scenie h/c-punk, ale na pewno nie było zespołów grających tylko covery. Ważna była także potrzeba oryginalności.

A jak w graniu coverów odnajdywać oryginalność?

Jeśli ktoś chce tylko dokładnie odtwarzać pierwowzór to w perfekcji wykonawczej. My chcielibyśmy grać po swojemu, jednak bez wprowadzania nadmiernych eksperymentów, bo w takiej muzyce specjalnie nie ma to sensu. Powiedzmy też, że element mroczny był mało widoczny w polskiej scenie punkowej. Podobnie zresztą jak w innych dziedzinach sztuki, także w muzyce, np. gotyckiej.

A Closterkeller…

No tak, to jest taki zmetalizowany gotyk, który może jest nawet popularny w naszym kraju, ale nie istnieje scena która łączyła by gotyckość z klimatem punkowym. Chwilowa popularność takiej muzyki przyszła na fali psychobilly.

Myślisz o chwilowej popularności Miguel And The Living Dead?

Miguel to chyba bardziej deathrock, może trochę horrorpunk. Do klimatu, o którym myślę ważna była pierwsza płyta Komet, ale teraz grają oni już zupełnie inną muzę. Chodzi mi o okres aktywności zespołu Robotix, chwilową reaktywację zespołu Stan Zvezda… był nawet moment zainteresowania się tym klimatem przez media, ale bardzo krótki. Dziś jest spora grupa fanów psychobilly i kilka fajnych kapel, ale nie wiem czy można to nazwać sceną… Zresztą dla tych, którzy lubią ten styl szykuje się w naszym mieście nie lada gratka: 9 kwietnia w klubie Estrada wystąpi jedna z najpopularniejszych kapel tego nurtu, kalifornijski Rezurex.

Corocznie występujecie na wspomnianym bydgoskim punkowym Halloween [od 2007 roku impreza w klubie „Estrada”], nie słyszałem jednak o innych formach waszej koncertowej aktywności. Jest w ogóle w Polsce zainteresowanie takim horrorpunkowym emploi?

Faktycznie od 2007 w klubie „Estrada”, tam też impreza będzie na stałe, jeśli spełnią się zamiary organizatora.

Gdzie więc jeszcze gracie?

Poza Bydgoszczą tradycyjnie zawsze na Halloween w Warszawie.

Nie na Old Skullu jednak?

Nie, jest taka impreza organizowana przez Pietię: Rock’n’roll Horror Night, także odbywająca się w czasie Halloween. Poza tym jesteśmy aktywni cały rok, nie jest to jednak jakaś aktywność wybitna. W zeszłym roku graliśmy np. na festiwalu Gotyk na dotyk w Toruniu, gdzie byliśmy chyba najbardziej gotyccy… W tym roku, w związku z wydaniem płyty, na pewno trochę mocniej ruszymy z koncertami. Na 100% mogę np. powiedzieć, że we wrześniu zagramy na popularnym w Bydgoszczy Muszlafeście i myślę, że przygotujemy w związku z tym coś specjalnego.

The Misfits jest na pewno popularny w Polsce; horrorpunk jest jednak u nas zjawiskiem bardzo niszowym, niewiele osób w Polsce się nim fascynuje. Ale miejmy nadzieję, że to się zmieni.

Po tej właśnie waszej płycie?

Jeśli nie po tej, to po następnej, która będzie już autorska, przynajmniej w większości.

Przy okazji — dyskografia 666 Aniołów to dwie płyty: „Vol. 138” [nagranie 2004, wydana w 2005] oraz „Czarcilok”, nagrany w październiku zeszłego roku i dystrybuowany od początku tego roku. Na pierwszej płycie śpiewacie teksty w oryginale, na drugiej po polsku. Jest w tym jakiś zamysł?

Dlaczego po polsku? Z chęci małego eksperymentu: takiego ich przetłumaczenia, by można je było z powodzeniem zaśpiewać po polsku. Także z chęci dotarcia do szerszego kręgu odbiorców. Jest to również taki krok w kierunku oryginalności. Pierwsza płyta była w całości z tekstami angielskimi, druga cała po polsku, coraz bliżej więc jesteśmy własnej autorskiej twórczości.

I z drugiej strony jest to na pewno również jakaś odskocznia dla twórczości Schizmy.

To także odpowiedź, dlaczego gramy utwory The Misfits; to klimaty których na pewno w Schizmie nie ma.

Obie płyty zostały nagrane w toruńskim Black Bottle Studios, ale powiem, że „Czarcilok” brzmi zdecydowanie lepiej. Na pierwszej jakoś nie ma mocy, dźwięk jest zdławiony, taka trochę jakość demo. „Czarcilok” to już zupełnie inna jakość; płyty słucha się naprawdę z przyjemnością: wszystkie instrumenty brzmią jak trzeba, jest moc, energia. Sądzisz, że kwestia sprowadza się do podejścia osób realizujących nagranie tych płyt?

Na pewno w dużej mierze tak, z tym, że nie chciałbym tu w żaden sposób krytykować człowieka, który nagrywał pierwszą płytę. Osoba nagrywająca drugą płytę, czyli tzw. marianesku, na co dzień gitarzysta toruńskiej Butelki, znacznie lepiej czuje taką muzykę. Ale jest to także kwestia zupełnie innej dostępności do oprogramowania, możliwości nagrywania płyty, których te 3-4 lata temu, z przyczyn finansowych, po prostu nie było.

Czy 666 Aniołów bawi, straszy czy edukuje? Albo w jakich proporcjach poszczególne z tych aktywności można by ująć? Wymieniając edukowanie, powiem od razu, mam na myśli kulturową, pesymistyczną refleksję zakorzenioną tak w przesłaniu The Misfits, jak i horrorach George’a A. Romero, twórcach nie mających złudzeń co do oblicza współczesnego społeczeństwa wyzbytego wszelkich wartości z wyjątkiem, oczywiście, konsumpcjonistycznej chuci. I które z żywych trupów stanowią poważniejsze zagrożenie: te z naszych blokowisk czy te polujące w Galerii Pomorskiej?

Bawi — tak! To niezwykle istotne, bo muzyka to zabawa, rozrywka, nigdy nie miałem problemu z uznaniem tego nawet w przypadku najbardziej ambitnej muzyki, nieważne czy to na koncercie, czy słuchając jej w domu. Bawi także przez teksty.

Jeśli ktoś oczywiście ma elementarne poczucie ironii…

Tak, jeśli jest w stanie wyłapać ironię w nazwie, to także i w tekstach…

Straszy — dla wielu osób w ogóle muzyka h/c-punk jest nie do przyjęcia, a przeniesienie estetyki horroru do muzyki to dla społeczeństwa już naprawdę musi być szok!

Edukuje — bo pokazuje odbiorcom muzyki, że taki gatunek w ogóle istnieje. Nie wszyscy przychodzący na koncert o tym wiedzą.

Z tą edukacją to miałem jednak na myśli przede wszystkim to, czy czujecie w sobie taką misję, posłannictwo odnoszenia się do tego, co wokół?

Nieszczególnie się nad tym zastanawialiśmy. Oczywiście interpretacja idei horrorpunku jest trafna. W punku zawsze jest zawarta jakaś krytyka społeczeństwa. Jeśli chodzi o taki kontekst, to możesz go odnaleźć w niektórych tekstach. Dlatego też te teksty tłumaczę tak, by móc je odnosić do polskich realiów.

Co do zombi, to te z blokowisk są często tymi samymi co w Galerii. Ale zombi ja się w ogóle nie boję. Porównywanie społeczeństwa do zombi to jedno, ale porównywanie zombi do tego społeczeństwa jest obraźliwe dla zombi…

Kiedy zatem ta autorska płyta?

Lada dzień zaczynamy nad nią pracować. Chciałbym ją nagrać jeszcze w tym roku. Formuła będzie horrorpunkowa, będzie znacznie więcej inspiracji, także tekstowych, już nie tylko genialna twórczość Glena Danziga. Ale szczegółów nie zdradzę…

© 2008 Jarosław Bytner

Linki

myspace.com/138angels
Profil zespołu
burningchords.pl
Strona wydawcy

mroczna.art.pl > Muzyka > Wywiady > Chodzący aniołowie po prostu…

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput