Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№23 listopad 2007

Drżę o los PJ Harvey — pisze Robert Panowicz po wysłuchaniu nowej płyty Artystki pt. „White Chalk” Robert Panowicz

Nie ukrywam, że bardzo ucieszyłem się z publikacji nowego albumu Polly Jean Harvey. Na przestrzeni kilkunastu lat ta brytyjska Artystka uraczyła nas kilkoma wartościowymi krążkami, które w mojej opinii cechowała niezwykła szczerość przekazu oraz zdumiewająca artystyczna pewność siebie połączona z niebanalną propozycją dźwiękową. Piosenki Polly ubrane w szaty charakterystyczne dla niezależnego rocka zwyczajnie chwytały za serce — czasem ostrym słowem, niekiedy rozbrajającą melancholią, zawsze jednak dało się odczuć, że to co chce nam powiedzieć Artystka, jest dla Niej wyjątkowo ważne.

Ufność, z jaką sięgnąłem w październiku po nowy krążek PJ Harvey, była niemal bezgraniczna. Nie bałem się rozczarowania, bo nigdy go ze strony Polly nie zaznałem. W tej materii „White Chalk” nie zawodzi — to świetny, piękny album, którego walorów audialnych nie sposób nie docenić. Po kilku przesłuchaniach coś jednak nie dawało mi spokoju, wkradł się we mnie niepokój, byłem jakby nieswój. Zacząłem odczuwać dyskretny, choć wyraźny lęk podszyty obawą o los bohaterki niniejszego felietonu. To uczucie nie opuściło mnie do dziś.

Napisałem wyżej, że „White Chalk” to znakomita płyta. W istocie, w warstwie wykonawczej nie sposób jej nic zarzucić. Piękna to muzyka, świetny i jak zawsze intrygujący głos Polly, tym razem wyższy niż zwykle, subtelniejszy, czasem wręcz wycofany. Jednak nowy album Harvey to także propozycja przerażająca i obezwładniająca. Słowa, które w konfesyjny sposób kieruje w stronę słuchacza Polly Jean, są niemal monochromatycznie pesymistyczne i gorzkie. Nie pamiętam albumu, który byłby aż tak dojmująco smutny. Nie pamiętam, by ktoś w podobny sposób wyeksponował lęki skrywane z zakamarkach własnej duszy. Nie pamiętam w końcu, bym kiedykolwiek słyszał podobny skowyt ludzkiej samotności.

Literackie właściwości nowego albumu Artystki wyraźnie wpłynęły na warstwę muzyczną „White Chalk”. W tej materii album przynosi znaczące zmiany w stosunku do wcześniejszych propozycji PJ Harvey. Rolę podstawowego instrumentu w miejsce gitary przejęło pianino, przez co album jest znacznie spokojniejszy, co nie znaczy, że ascetyczny brzmieniowo. W tle słychać bowiem oprócz tradycyjnego rockowego instrumentarium liczne dodatkowe instrumenty: harmonijkę, harfę, skrzypce, banjo, mellotron, mini-moog, czy nawet butelki po winnym trunku. W produkcji tego raptem trzydziestokilkuminutowego krążka pomogli Polly jej stały współpracownik John Parish oraz Flood.

Omawiając „White Chalk” nie sposób pominąć dwóch wyjątkowych, poruszających fotografii zdobiących okładkę i obwolutę krążka, autorstwa Marii Mochnacz. Siedząca w ciemności Polly z dłońmi złożonymi na kolanach oświetlona jest mocnym światłem, wydatnie eksponującym białą stylizowaną suknię z bufiastymi długimi rękawami. Jej twarz nie wyraża żadnych emocji. Jest nieobecna, jakby jej nie było.

„White Chalk” to wyzwanie. Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chce je podjąć. Tylko potem nie mówcie, że Was nie ostrzegałem.

© 2007 Robert Panowicz

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Drżę o los PJ Harvey

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput