Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№36 grudzień 2008

Dwa ważne tegoroczne projekty muzyczne, które zewsząd (czytaj: z zagranicy) zbierają pochwały i pewnie zmierzają po gronostaje, koronę i berło płyty roku. Jak dokonania Fleet Foxes i Bon Ivera ocenia nasz recenzent Robert Panowicz? Robert Panowicz

Bieżący ro(c)k muzyczny nie rozpieszcza melomanów rozkochanych w alternatywnych brzmieniach. W potopie szwedzkim, tudzież zalewie śledziowej, serwowanej przez pismaków z lanserskich, pseudoeksperckich magazynów drukowanych oraz wortali internetowych, prym wiodą mdłe i przeterminowane mięsne podroby rodem z lat osiemdziesiątych. Wbrew pozorom były to zaprawdę piękne lata dla muzyki alternatywnej, lecz pokusa współczesnych grajków idzie jednak w stronę tego, co wówczas pływało na powierzchni, czyli plastikowego gówna, za przeproszeniem. W ogólnej niemocy, jaka trawi mnie jako słuchacza w tym roku, dwie pozycje są jednako godne polecenia. Obie wyrastające z tradycji folkowej, jednej z dwóch najsilniejszych nóg (druga to blues), na których wyrosła współczesna muzyka rockowa, czy też może popularna w ogóle.

Fleet Foxes, bo od tej kapeli zaczniemy, po wydaniu EP-ki „Sun Giant” i studyjnego debiutu „Fleet Foxes” z miejsca stali się pupilkami krytyki. W sytuacji, w której starsi koledzy z My Morning Jacket zdecydowanie zbyt mocno i nieprzewidywalnie odlecieli w kosmos swoim tegorocznym dziełem „Evil Urges”, Fleet Foxes w naturalny sposób zajęli ich miejsce na scenie americana. Skojarzenia z grupą z Kentucky są zbyt natrętne i choć sam zespół odżegnuje się od porównań, to jednak nasuwają się one same. Oczywiście dostrzegalne są różnice pomiędzy oboma bandami, bo bez nich mówilibyśmy o Fleet Foxes wyłącznie jako o kiepskich epigonach. Kunsztowne i wycyzelowane aranżacje to jedna z najsilniej słyszalnych cech charakterystycznych stylu amerykańskiego kwintetu, wyraźnie odróżniająca grupę od reszty peletonu. Podobnie jak wyraźny i czysty, niemal klasyczny śpiew Robina Pecknolda, zupełnie niepodobny do przybrudzonej maniery wokalnej współczesnych bardów, zwykle mamroczących coś pod nosem, czasem nawet kojąco i intrygująco (vide: Mark Lanegan).

Fleet Foxes są programowo staromodni i na tej nucie zdają się wygrywać u krytyków. Mnie jednak nieco odstręcza akademicki sznyt kompozycji zespołu. Miło jest, jak ansambl ze znawstwem sięga po wzorce i klasyczne już dokonania przodków, lecz tym razem mamy do czynienia z czymś na kształt eksperymentu znanego z jakże sympatycznego filmowego dziełka pt. „Powrót do przeszłości” z Michaelem J. Fox’em i niezrównanym Christopherem Lloydem. Słuchając „Fleet Foxes” czy „Sun Giant” EP dosłownie i w przenośni przenosimy się w przeszłość, w odległe lata sześćdziesiąte. Tu dopadają nas skojarzenia z amerykańskimi bandami pokroju Crosby, Stills & Nash (harmonie wokalne!), czy też twórcami brytyjskiej rewolucji folkowej w rodzaju Berta Janscha, Johna Renbourne i Pentangle. Zamieszczona na okładce albumu „Fleet Foxes” reprodukcja obrazu renesansowego holenderskiego malarza Pietera Bruegela Starszego pt. „Przysłowia holenderskie” (1559 r.) tylko przydaje racji powyższym przemyśleniom. Przytoczone wyżej słowa zdają się umniejszać wartość muzyki Fleet Foxes. Coś jest tu na rzeczy, proszę jednak wziąć pod uwagę subiektywny charakter mojej opinii. Jestem przekonany, że wielu czytelnikom „Mrocznej” oba recenzowane albumy bardzo się spodobają. Nie sposób bowiem nie dostrzec kunsztu tworzenia pięknych, urzekających kompozycji, czystych w swym wyrazie oraz przekazie, i mam tu na myśli raczej purity niż cleanliness. Niemniej w mojej ocenie całość sprawia wrażenie dzieła w przemyślany sposób wycofanego, by nie powiedzieć chłodnego, którego klasycyzującą formę można raczej obserwować i podziwiać z dystansu, niż grzać się w jej przyjemnym cieple. Nie oznacza to rzecz jasna, że nie zobaczymy „Fleet Foxes” na wysokich miejscach w tegorocznych plebiscytach na krążek roku, publikowanych przez prestiżowe brytyjskie i amerykańskie magazyny muzyczne.

Na deser pozostawiłem sobie krótką recenzję projektu Bon Iver, pod nazwą którego kryje się Amerykanin Justin Vernon. Młodzieniec ten trapiony miłosnymi rozterkami postanowił odizolować się od świata zewnętrznego, by odnaleźć utraconą życiową harmonię. Na przełomie 2006 i 2007 roku, srogą zimą wybrał się w towarzystwie gitary do myśliwskiej samotni swego ojca, znajdującej się w gęstych lasach stanu Wisconsin. W trakcie pobytu na odludziu zdążył upolować i spałaszować dwa jelenie (sic!), a w międzyczasie pisał i nagrywał nowe kompozycje. Teraz mamy okazję posłuchać ich na płycie „For Emma, Forever Ago”. Przyznam bez ogródek: to jeden z moich faworytów do płyty roku. Ten piękny w każdym calu krążek jest wszystkim tym, czym nie są tegoroczne dokonania Fleet Foxes. Osobisty, intymny charakter i intrygująca wymowa poszczególnych kompozycji, ubranych w poetyckie metafory nie tylko przykuwa uwagę, ale wręcz otula swym czarem.

Otwierający płytę utwór „Flume” w moim przypadku wywołał nie tylko mrowienie w okolicach pleców, lecz wręcz potok słonych i gęstych łez spływających po policzkach. Tak poruszającej kompozycji nie słyszałem dawno. Potem jest równie ciekawie, choć emocji, których dostarcza „Flume” nie udało się już powtórzyć. Warto wzmiankować cudownie melodyjny „Skinny Love”, ale tak naprawdę każda z kompozycji opublikowanych na „For Emma, Forever Ago”, jest swego rodzaju małym arcydziełem, które przy kolejnym odsłuchu można odkrywać z radością na nowo. Mimo folkowej proweniencji, która cechuje się przecież oszczędną instrumentacją, zadziwia gęste, pełne brzmienie tego albumu. Pikanterii dodaje fakt, że całość kompozycji została nagrana przy udziale jednej zaledwie osoby i jednej tylko gitary. W dwóch raptem kompozycjach Justin Vernon skorzystał z pomocy innych instrumentalistów, a i to w skromnym wymiarze zamykającym się na dęciakach i bębnach. Tu i ówdzie słychać niezbyt nachalne wtręty elektroniki, czy też głosu przetworzonego przez vocoder (vide: „The Volves. Act I and II”). Podstawą i tajemnicą pełnego brzmienia słyszanego na krążku jest multitracking, wykorzystany w szczególności w partiach wokalnych. Głos Vernona jest raczej wysoki, momentami ocierający się to wręcz o falset, lecz przy tym zaskakuje ciepłą, przyjemną barwą. „For Emma, Forever Ago” to album absolutnie wyjątkowy. Na polu artystów wykonawców działających w pojedynkę, zostawia o milę praktycznie wszystkie współczesne dokonania. Mamy tu do czynienia z klasykiem, który za kilka lat będzie wymieniany jednym tchem z „Stormcock” Roya Harpera, czy „Bless the Weather” Johna Martyna.

Spośród dwóch recenzowanych projektów, zdecydowanie stawiam na Bon Ivera. Szanuję dzieła Fleet Foxes, jednak uważam, że ich znaczenie historyczne oraz przyjemność z odsłuchu są znacznie mniejsze niż w przypadku „For Emma, Forever Ago”. Czytelników „Mrocznej” zachęcam natomiast do poznania obu recenzowanych albumów i EP-ki. Być może Państwa ocena będzie zgoła odmienna od mojej.

© 2008 Robert Panowicz

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Dwa ważne tegoroczne projekty muzyczne

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput