Na dworze było ciemno i zimno, a ochrona z klubu Stodoła, mniej niż grzecznie kazała stać przed drzwiami, by dopiero 30 minut przed koncertem zorganizować się na tyle, by zacząć wpuszczać publikę.
Kto jednak stoi na zewnątrz, gdy można podejść nieco bliżej drugich, wewnętrznych drzwi, zza których płynie prujące zimne powietrze brzmienie gitary i słychać ten oniryczny głos Toma Smitha.
Ale to dopiero przedsmak, niewielka namiastka tego, co czeka wiernych zespołowi z Birmingham.
Kiedy już wreszcie sprawdzono nam wszystkie kieszenie, wyrzucono wszystkie aparaty i wpuszczono na salę, popłynął strumień dźwięków supportów.
Pierwszym z nich była poznańska grupa Muchy, która to właśnie w listopadzie bieżącego roku podpisała swój pierwszy kontrakt z wytwórnią płytową.
Rozpoczęli utworem „Fototapeta”, który idealnie wkomponował się brzmieniowo w prolog wieczoru. Potem już byłyutwory, które równo i miarowo rozpaliły publikę dobrze zagranymi akordami gitary i rytmem perkusji. Szło im tak dobrze, aż w pewnym momencie trzeba było wymienić jeden z bębnów.
Muchy, jak mogłoby się wydawać, niczym nie wzbudziły asocjacji z bzykiem chmary natrętnego robactwa, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że muzycznie są na tyle dojrzałe, by spokojnie konkurować z formatem muzyków uznanych u nas za kanon gitarowego brzmienia.
Żegnane okrzykami i oklaskami ustąpiły miejsca zespołowi The Boxer Rebellion z Londynu. Zespół, choć miał wejście iście z wykopem, po jakiejś chwili „rozmył” się w ścianach Stodoły. Utonął w dźwiękach na tyle, że pouciekały takty i tony, z trudem można było to schwytać w jakąś całość. Nazwałabym to jednak skazą na szlachetnym kamieniu, bo zakończenie było muzycznym majstersztykiem grupy TBR.
Supporty rozgrzały publiczność na tyle, by mogła przywitać pojawiających się wreszcie kolejno członków zespołu Editors.
Wypełniona szczelnie Stodoła oszalała.
Wystarczył gest, by fani stali się wzburzoną falą, poddającą się bezwładnie prądom muzyki.
Głos wokalisty rzucił na kolana.
Tom, którego wszędzie było pełno i gitarzysta, wtapiali się niemal w pierwsze rzędy widowni.
Podchodzili tak blisko, że niemal można było dotknąć ich tenisówek.
Kolejno padały killery z ich dwóch płyt. Kolejno też fani wykrzykiwali słowa każdej zagranej piosenki.
Boskie wykonanie „When Anger Shows” z drybblingiem Toma wokół pianina, zabójczy „Blood”, czy melancholijny „Fall” wbijały w parkiet.
Koncert samych Editorów, trwający blisko godzinę i dwadzieścia minut był odegraniem ich dwóch płyt. Podsumowany został bisem, który rozpoczął utwór dedykowany gitarzyście. Po nim jeszcze kolejno „Smokers Outside The Hospital Door” i „Fingers In The Factories”.
Wychodząc z sali Stodoły miałam wrażenie, że to najlepszy koncert, na jakim byłam w tym roku.
Przyznaję, że Editorsi swoją otwartością przebili bliskiego memu sercu Briana Molko oraz jego Placebo i ich tegoroczny, nieco sztampowy, teatralny, czerwcowy występ na Torwarze.
Wbijając sobie kołek w serce, muszę przyznać, że Placebo to niestety tylko koncertowy ersatz w porównaniu z pierwszym występem Editors w Polsce.
© 2007 Anna Bytner
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Editors po raz pierwszy
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput