Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№53 październik 2011

Escape The Day. Hymny rozpaczy Marta Zabojszcz

Na wstępie pragnę opisać swoje pierwsze spotkanie z Escape The Day. Do dziś pamiętam ten wieczór, kiedy ich poznałam. Siedziałam zajęta mnóstwem rzeczy, także wyszukiwaniem nowej muzyki. Po przeczytaniu krótkiej notki, traktującej o aurze tego niemieckiego zespołu, postanowiłam sprawdzić jak opis ma się do rzeczywistego odbioru. Miałam całkiem dobry humor i nic nie wskazywało na to, aby mogło mi coś przeszkodzić w dobrym samopoczuciu. Kiedy włączyłam płytę Ghostless od razu uderzyło mnie coś w rodzaju nostalgii. Pierwszą piosenkę przesłuchałam jeszcze będąc chwilową optymistką. Drugi natomiast utwór, o takim samym tytule jak cały krążek, zmiażdżył dosłownie całe słońce, które świeciło we mnie; powalił mój optymizm i zatopił go falą słonej wody.

Zespół Escape The Day już nie istnieje, a jego krótką żywotność zakończyła samobójcza śmierć gitarzysty Floriana. Została tylko płyta na której wyryto głeboko ludzkie męki psychiczne. Puszczona w ruch przeszywa na wylot serce i płuca słuchacza. Dzień zmienia się w noc, radość zmienia się w smutek, a człowiek zmienia się w ruinę. Esencja smutku i rozpaczy, podmuch z krainy wieczystych cieni, wiekuistna samotność.

Niewielu zna tego niemieckiego anioła śmierci, który wychodzi poprzez głośniki. Gatunek wokół którego oscyluje to sadcore/slowcore – odmiana rocka alternatywnego charakteryzującego się wolnym tempem i sennym, depresyjnym nastrojem. Czuć tu również silnie wpływ post-rocka. W przypadku tego zespołu nietrudno o klasyfikację, gdyż wszystko jest przejrzyste i proste, niczym sztylet, który trzyma w ręku nasz morderca.

Włączam z lękiem Ghostless, by móc się zagłębić w temacie. Boję się tego, że wrócą wszystkie chwile spędzone właśnie przy słuchaniu tej płyty, a jeśli wrócą, to popłynę wraz z nimi wprost do Hadesu. Nie wiele słów jestem w stanie napisać, ponieważ słowa, które znam nie potrafią oddać tego co czuję/czułam. Smutek zespołu Escape The Day wkrada się w nas doskonale – bez znajomości angielskiego doskonale wiemy, czym to „grozi”. Nietrudno zgadnąć, że nie będzie to ani lekkie, ani przyjemne, lecz bardzo mroczne, rozpaczliwe i dogłębnie penetrujące dusze przeżycie muzyczne.

We wszystkich utworach głównie słychać gitarowy lament na tle spokojnego taktu wystukiwanego na perkusji oraz szarpnięć basu. Zdarza się, że równie rozpaczliwie zastukają klawisze pianina, bądź zawyje nisko wiolonczela. Wszystko to dopełni wokal męski, czasem i damski. Całość jest stłumiona, spowolniona od miażdżącej z ogromną siłą depresji. Jedynie pod koniec The Hour Undone spokój wymyka się na chwilkę spod tego głazu apatii, by zakrzyczeć na całe gardło o swym bólu. Trwa to zaledwie minutę, może dwie, i znów wszystko wraca do swojego dusznego, ciasnego, flegmatycznego nastroju żałoby. Istotne jednak jest to, że żałobnicy zdają się być jednocześnie nieboszczykami, samych siebie opłakującymi, umarłymi jeszcze za życia.

Jednym z najbardziej bliskich mi swego czasu utworów był Ghostless. Ten sam, który powalił mnie za pierwszym razem, stał się mym osobistym hymnem żałoby przez ponad rok. Tekst Ghostless przemówił do mnie nie z zewnątrz, lecz właśnie z wewnątrz. Być może każdy znajdzie na tej płycie swój własny fragment, mówiący w tajemniczym, a tak wiele znaczącym języku. Śmiało stwierdzę, że Ghostless w całości i fragmentarycznie zawiera mnóstwo osobistych hymnów, które tylko czekają na swoich właścicieli.

Escape The Day stało się projektem in memorian Floriana, a jego przyjaciel i współzałożyciel zespołu Lars rozpoczął samotnie nowy projekt - Late-Night-Static. L-N-S w swym nastroju jest podobna do ETD, jednak forma jest bardziej akustyczna i minimalistyczna. Słychać tylko wokal Larsa, jego gitarę, pianino i ewentualne efekty dźwiękowe, które pojawiają się zaledwie kilka razy. Płyta zatytułowana jest po prostu Untitled Album i również nie została wydana. Słuchając utworów L-N-S ma się wrażenie, że panuje tam jeszcze większy smutek i samotność niż na ETD. Prawdopodobnie wynika to z tego, że po śmierci Floriana, Lars został sam, i tę zdwojoną samotność przekazał światu.

Pomimo, że na portalu muzycznym nie widać aż tak dużego zainteresowania, jeżeli chodzi o liczbę odtworzeń, to mimo wszystko wiele osób, które tam poznałam, uważały te zespoły za jedne z najważniejszych w swojej muzykotece. Któż uważałby rozpacz uniwersalną, za coś nieprzydatnego, kiedy właśnie rozpacz jest jednym z głównych elementów naszego życia? Właśnie wtedy L-N-S i ETD mają tę moc, która pozwala nam na konfrontację z własną rozpaczą. Stajemy oko w oko z pierwiastkiem nieszczęść i wiemy, że nie jesteśmy z tym zupełnie sami, że jest to rzecz, która istnieje pastwiąc się także nad innymi. Nawet, jeśli czasem myśli czarne biegną przez głowę, podczas słuchania owych lamentów, odciążamy się po czasie. Smutek ucieka wraz z kolejnym dźwiękiem pianina, z kolejnym przesłuchanym utworem, aż na w końcu nadchodzi swoiste katharsis.

Zdobycie albumów Late-Night-Static czy Escape The Day w wersji płytowej jest niemożliwe, gdyż jak już wspomniałam, żaden z nich nie został wydany. Nie można ich także kupić w wersji elektronicznej, ale można za darmo ściągnąć. Wtedy, gdy nadejdzie dzień i godzina, w której smutek pochowa nas żywcem głęboko pod ziemią, gdzie nasze wołanie staje się nieme, zostanie z nami muzyka, która pozwoli przetrwać, w oczekiwaniu na erozję depresyjnej gleby.

© 2011 Marta Zabojszcz

mroczna.art.pl > Muzyka > Eseje > Escape The Day

z Google

© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput