Jako przedstawicielka post-rockersów, w wiecznej depresji, analizujących swój własny sufit po raz kolejny, niezliczony i nieskończony, słuchajacych kolejnej przejmującej sekundy drżących strun gitary w niezmąconym amoku, postanowiłam dogłębniej rozważyć kultowy, obowiązkowy, niezwykły, wrzący od emocji zespół, który zmienia format muzyki, post-rocka, gitary i wszelkich innych instrumentów. Tworzą go ludzie czasem przerażający i deliryczni - Kanadyjczycy angażujący się w różne projekty. Od Menucka, który wyje w A Silver Mt. Zion w taki sposób, że wszyscy wyjąc wraz z nim wpadają w trans (I aż chce mi się w tym miejscu bezwstydnie zafałszować Hang On to Each Other!), po innych członków, którzy w większej lub mniejszej mierze udzielają się w formacjach takich jak, Set Fire to Flames, Fly Pan Am, HRSTA czy Esmernina. W tym miejscu wydaje się słuszne podać nazwę zespołu, o którym jest ten esej. Pełna i obecnie aktualna nazwa jego brzmi: Godspeed You! Black Emperor.
GY!BE nie jest zespołem do zaszufladkowania. Określa się ich muzykę jako post-rock, space rock czy psychedelic, lecz niestety nie daje to wyobrażenia o charakterze tego tworu. Już po opracowaniu graficznym płyt kompaktowych oraz vinyli widać, że nie jest to nic banalnego. Dodajmy do tego różne niepokojące dźwięki i teksty oraz mniej więcej dziewięciu muzyków, których instrumenty czasem burzą wszystko niczym trąby jerychońskie, czasem ściskają nam gardło, czasem biją nieskończoną pustką, a niekiedy wprowadzają nas w chorobliwie radosny trans. Wszystko aż „obcieka” hektolitrami emocji, zgromadzonymi w jednym, małym opakowanku, z błyszczącym kolorami tęczy krążkiem.
Ich debiutancki album F♯ A♯ ∞ z 1997 jest dowodem na to, jak fenomenalnie może zadebiutować zespół. Od samego początku dali ujrzeć światu esencję swojego unikalnego stylu. Następnie wydali EP Slow Riot for New Zerø Kanada, a potem Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven, który na tę chwilę jest moim ulubionym albumem. Jako ostatni powstał Yanqui U.X.O a w roku kolejnym GY!BE zawiesili swoją działalność. Kilka lat wszyscy wyczekiwali ich powrotu. Nastąpił on jesienią 2010 roku. W styczniu 2011 dali jedyny do tej pory koncert w Polsce (22.01 „Eskulap” w Poznaniu), na którym, zresztą, mnie zabrakło. Zespół złączył się na trasę, więc jego przyszłość nie jest zdefiniowana.
Na samym początku poznałam Godspeeda jedynie we fragmentach. Wtedy zdawało mi się, że znalazłam zwyczajnie dobry, post-rockowy zespół. Straciłam wiele godzin, słuchając GY!BE, bez cienia podejrzenia, że paradoksalnie nic nie odkryłam! Dopiero po czasie miałam okazję przesłuchać ich album w całości. Przy pierwszym podejściu, i kilku kolejnych uznałam, że denerwują mnie mówione wstawki. Chciałam słuchać muzyki „tła”, która nie gryzie się z czynnościami życia codziennego. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bezmyślny sąd wydałam. Przypadkowo raz przesłuchałam Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven na słuchawkach, które umożliwiły mi pełne zaangażowanie. Wtedy zmienił się całkowicie mój pogląd. Dziś uważam, że GY!BE się odkrywa nieustannie. Wraz ze zmianą wieku, pogody, nastroju czy przypadku innego rodzaju, zmienia się postrzeganie, rozumienie, interpretowanie, lubienie, nielubienie i inne uczucia wobec nich.
Pozwolę sobie teraz poświęcić trochę czasu na zrelacjonowanie swoich doznań i refleksji, poczas jednego z wielu odsłuchań Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven.
Storm. Angażuję się coraz bardziej z każdą sekundą. Utwór przybiera na tempie i sile, a krew zaczyna pulsować mi mocniej. Na pozór siedzę nieruchomo, lecz wewnątrz przetacza się sztorm myśli, wizji, wpomnień, refleksji, uczuć, i trudno mi zdefiniować czego jeszcze. Serce bije jak młot w jakiejś onirycznej euforii.
Static. Przywodzi mi na myśl Kubrickowską Odyseję Kosmiczną: 2001. Zapiera mi dech w piersiach, dostaję gęsiej skóry. Robi się zimno i pusto, a po plecach niczym kosmiczne robaki biegają mi ciarki. Zaczynam drżeć czując strach przed czymś nieopisanym, kosmicznym i nieprzewidywalnym. Fred Covington, ktróry użycza swojego głosu Obserwatorium (Astronomicznemu) Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych podaje czas, potem inny głos mówi o Bogu, ciemności, o szaleństwie i śmierci przy rodzierających dźwiękach skrzypiec. Kolejnym etapem jest fragment, który znam doskonale. Zimny prąd skrzypiec plącze się wokół szarpnięć gitarowej struny. Znów wszystko przyspiesza, gnając w nieznane z zawrotną prędkością, prawdziwy Godspeed! Static nie odpuszcza, przyspiesza, zwalnia i znów przyspiesza, nie mogąc jednak dojść do apogeum, które mimo wszystko się zbliża, coraz bliżej i bliżej. Tracę panowanie nad sobą i trzęsę się wprowadzona w godspeedowy ruch, będąc już blisko apogeum i kiedy już jestem o krok, następuje przerwanie. Pogłos gitary milknie, a na jego miejsce znów wraca początkowa, kosmiczna pustka.
Sleep. Odzywa się Omar – staruszek opowiadający o dawnych czasach na Coney Island, o swojej młodości i spaniu na plaży. Kiedy pada jego ostatnie zdanie: „They don’t sleep anymore on the beach,” zawsze głęboko mnie to porusza. Jest w tych słowach żal o bezpowrotnie utraconym czasie. Smyczki wiodą w krainę smutnego przemijania i zapomnienia. Przez kilka minut zastanawiam się nad swoim własnym przemijaniem i widzę dni, które uciekły bezpowrotnie i stały się tylko mglistym wspomnieniem. Smutek szczytuje, zmienia się w coś bardziej zrozumiałego, i choć to straszne, to zaczynam się z tym godzić. Godzę się teraz ze wszystkim i czuję wzniosłość tej chwili, wynikającą z pogodzenia się z własnym losem. Lecz nagle, po tym jakże wspaniałym oświeceniu, zaczynam galopować w takt przypominający zabawę w wesołym miasteczku. Wesoło galopuję na karuzelowych konikach, śmiejąc się jak za dawnych lat, nic nie robiąc sobie z nadchodzącej śmierci. Szaleńczy optymizm włada mną w tej chwili, pchając coraz szybciej karuzelę. Wtem muzyka zaczyna skrzypieć, zjeżdżać, odjeżdżać. Optymizm znika tak szybko, jak się pojawił. Wszystko się uspokaja na kilka chwil, po których następuje daleka i niepokojąca muzyka, jakby oczekiwanie na coś, co ma się za moment zdarzyć. Zaniepokojenie zmienia się w spokój. Przyjemnie błogi nastrój następnie zaczyna przyspieszać, podnosząc tępo zawrotnie, tak jak GY!BE uwielbia robić. Mam wrażenie, że muzyka wiedzie biegiem w miejsce wiecznego spoczynku, do raju. I wcalę się nie boję, już się nie boję. Wszystko jest radosne, bezproblemowe i przyjazne. Zabawa trwa w najlepsze, nie pamiętam już, że kiedyś było smutno, że śmierć była złowroga. W ostatniej minucie zabawa cichnie. Koniec, cicho sza... Antennas To Heaven. Nie jestem jeszcze w stanie określić swoich uczuć wobec tego utworu, dlatego też pominę jego interpretację, nadmieniając jedynie o jego istnieniu.
Interpretacja, choć może i nadinterpretacja, powyższych utworów, miała ukazać rozbudowanie utworów Godspeed You! Black Emperor pod względem muzycznym, jak i możliwości interpretacyjnych. Porównywałam się z innych słuchaczami i wiem, że nasze interpretacje się mocno różnią. Każdy z nas czuje i odbiera inną cząstkę GY!BE, i dlatego też jest to nam tak bliski zespół, jeden z tych osobistych, lecz uniwersalnych. Niektóre, przejrzyste nawet przekazy rozumiemy w inny zupełnie sposób, własciwy dla nas samych. Kiedy włączamy którykolwiek utwór Godspeeda mamy nadzieję uciec w inny świat, rozmarzyć się, być może nad czymś się zastanowić, a czasem tylko po to, aby posłuchać niezwykle rozbudowanych aranżacji muzycznych, które pieszczą nasze wnętrza, nie tylko post-rockersów. Możliwe jest, że zamysł zespołu nie miał być tak uniwersalny i wielointerpretowalny jakim się stał w rzeczystości. Szukanie tego, co GY!BE jako GY!BE miało na myśli, wynika tylko z czystej ciekawości, by sprawdzić jak dalece różni się ich zamysł przekazu od tego, jak my to zrozumieliśmy.
Na sam koniec chciałabym oczywiście zachęcić do przesłuchania spokojnie Godspeed You! Black Emperor. Nawet jeśli się nie przepada za muzyką instrumentalną, post-rockiem czy innymi podobnymi gatunkami (podobnymi, dlatego że w dzisiejszych czasach prawie wszystko jest zmieszane i wynikające z siebie nawzajem), warto usłyszeć coś tak intrygującego. W swoim, nie tak znów krótkim życiu, miałam przyjemność zapoznać się z wieloma gatunkami muzyki, o których niektórzy nawet nie słyszeli, lecz nigdzie nie trafiłam na podobny zespół, którego utwory były równie mocno rozbudowane, dające odczucie jakby był to film, niesamowity film wyświetlający się w głowie na podstawie słyszanej muzyki, film który dla każdego i za każdym razem jest inny, a zarazem bardzo bliski temu, kto go właśnie projektuje.
© 2011 Marta Zabojszcz
mroczna.art.pl > Muzyka > Eseje > Sen Czarnego Imperatora
© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput