Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№42 czerwiec 2010

Powściągliwość w służbie wynaturzeniu („Heligoland” Massive Attack) Lech Głowacki

Tegoroczny album Massive Attack nie jest dziełem na miarę wybitnego „Blue Lines” czy znakomitego „Protection”, niemniej solidnością dorównuje późniejszym wydawnictwom zespołu. W okresie wydania kompilacji „Collected” (2006) i przy okazji premiery poruszającego singla „Live with Me” muzycy wspomnieli o chęci powrotu do korzeni na kolejnym krążku, opatrzonym wówczas roboczym tytułem „Weather Underground”; wszelako zamiar ten porzucili. Organiczne brzmienie i błyskotliwa dekonstrukcja czarnej muzyki, które charakteryzowały wspomniane „Blue Lines” i „Protection”, na „Heligoland” występują śladowo („Splitting the Atom”); nadto w większości premierowych utworów twórcy dystansują się do swoistej soundtrackowej formuły ostatnich dwóch longplayów* (wyjątek stanowią: „Girl I Love You”, który mógłby znaleźć się na „Mezzanine” i „Rush Minute”, bliski dokonaniom z „100th Window”), dzięki czemu nagrania mają bardziej piosenkowy charakter. Z drugiej strony właśnie zaproponowane brzmienie stanowi o naturze „Heligoland”, czyniąc płytę frapującą. Zasługuje na pochwałę, że tym razem postanowiono wyrazić się w sposób skrajnie oszczędny, przy użyciu minimum środków. Nowe kompozycje odarto z właściwych niegdysiejszym tworom zespołu gęstych faktur i spauperyzowano aranżacyjnie do tego stopnia, iż można odnieść wrażenie, że oto obcujemy z materiałem demo. Chwilami, jak np. w „Splitting the Atom” czy „Pray for Rain” ów minimalizm jest nieledwie ordynarny; ówdzie ujmuje subtelnością („Psyche”, „Saturday Come Slow”). Co więcej, próżno szukać na krążku pięknych, pełnych elegancji tematów, które nawiązywałyby do klasyków takich jak„Teardrop”, „Protection” czy „Unfinished Sympathy”;  ponad pięćdziesiąt minut „Heligoland” zdominowały dźwiękowe odpowiedniki brzydoty i wynaturzenia. Tradycyjnie na płycie zaśpiewali goście, tym razem: Damon Albarn, Hope Sandoval, Guy Garvey, Tunde Adebimpe i Martina Topley Bird oraz, rzecz jasna, Horace Andy. Pokusiwszy się znów o porównania, przyznam, że nadużyciem byłoby uznanie ich występów za równie porywające jak choćby niezapomniany udział Shary Nelson na „Blue Lines” lub Elizabeth Fraser na „Mezzanine”. Wyróżnić wypada Hope Sandovala, który zresztą zaśpiewał najlepsze na płycie „Flat of the Blade”; w przypadku zaś Martiny Topley Bird trudno oprzeć się doznaniu, że na „Heligoland” przeniesiono fragmenty z jej skądinąd urokliwych solowych produkcji (np. „The Blue God”), co w pewnym stopniu godzi w spójność omawianej płyty.

  *Nie liczę tu wydawnictwa „Danny the Dog” z 2004 r., które w istocie jest soundtrackiem do filmu pod tym samym tytułem (znanym również jako "Unleashed")

© 2008 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Powściągliwość w służbie wynaturzeniu

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput