Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№20 sierpień 2007

Kazanie na wakacje? („Send Away the Tigers” Manic Street Preachers) Jarosław Bytner

Trudno powiedzieć, by Manic Street Preachers ostatnimi laty mieli w Polsce dobrą prasę. „Send Away the Tigers”, raczej nieoczekiwanie, to zmienia. Oto krytycy dość zgodnie twierdzą, że najnowsza płyta zespołu to powrót do źródeł, do początków, że i rockowa i rzeczywiście niezła. Tak to jednak oczywiste, iż nie śmiem aż głupio pytać: jakie — jeśli nie rockowe — były w takim razie ostatnie albumy Walijczyków: „Know Your Enemy” (2001) i „Lifeblood” (2004)? Szczególnie „Know Your Enemy”, której prawdziwe nieszczęście polegało na 75 minutach trwania i sąsiedztwie utworów świetnych z istotnie miernymi, co czyniło (i dla mnie wciąż takim pozostaje) wysłuchanie tej płyty w całości zadaniem raczej niewykonalnym. Jednak przykrojona do normalnego, około czterdziestominutowego formatu, z chropowatym, punkowo-garażowym brzmieniem, „Know Your Enemy” miałaby szansę stać się płytą naprawdę znaczącą. Na „Lifeblood”, dla odmiany, z produkcją nieco przedobrzono, co jednak pozostaje bez wpływu na klasę zawartych na płycie melodii. W każdym razie jednak, nikt kto te dwa ostatnie albumy The Manics przesłuchał więcej niż raz, nie napisałby, że właśnie w roku 2007 wracają do rockowego brzmienia — bo to niedorzeczność.

Tyle z historii recepcji poprzednich dwóch albumów MSP i recenzentach przepisujących z katalogu wydawcy czy sprzedawcy. „Send Away the Tigers” trwa 35 minut, do tego nieco ponad trzy bonusowego „Working Class Hero”. Tak o tym czasie piszę, bo wydaje się, że akurat Bradfield i spółka nie tylko na „Know Your Enemy”, ale także na innych albumach, w tym uznanych (jak „Generation Terrorists”, 1992 czy „The Holy Bible”, 1994), czas trwania płyty znacznie przeszacowała. Pal sześć, gdyby zespół serwował 60-70 minut muzyki na dobrym, równym poziomie, ale nie: zazwyczaj rzecz miała się tak, jak w przypadku opisanym powyżej. Na „Send Away the Tigers” propozycja jest sensowna: 35 minut i to bez znaczących wahań formy.

Forma równa, tylko, co najważniejsze, jak ją ocenić? Rewolucyjnych hymnów i prób wyjścia poza elementy dotychczas wypracowanych konwencji na „Send Away the Tigers” naturalnie nie uświadczymy. Lata, wiadomo, mijają i rytualne role wciąż przydzielane są na nowo: dziś inne pokolenie brytyjskich młodych i gniewnych wykrzykuje ze sceny społeczne manifesty. A Manic Street Preachers nagrywają płytę stanowiącą wypadkową kardynalnych elementów stylistyki grupy. Łączą postpunkową energię pierwszych trzech albumów z melancholią obecną już na „Everything Must Go” (1996), a rozwiniętą do postaci niemal modelowej na świetnym „This Is My Truth Tell Me Yours” (1998). Na rozgrzewkę mamy więc utwór tytułowy i „Underdogs”, oba z charakterystycznymi dla grupy, nośnymi refrenami. Potem „Your Love Alone Is Not Enough”, singlowy i przebojowy, i z każdym przesłuchaniem, o dziwo, podoba się bardziej. Muzycznie (bo niekoniecznie tekstowo) zwiewny i lekki, przyjemny i wakacyjny, a jeszcze do wokalnych popisów Bradfielda i Niny Persson, w finałowych partiach refrenu, włącza się Nicky Wire. „Indian Summer” to już wzorcowy patos i melancholia jak z landszaftu Kornwalii czy południowej Walii. Podobnie jak „Autumn Song” i „Winterlovers”, pełne podniosłego nastroju i emocji w śpiewie Jamesa Deana Bradfielda. Opcję postpunkową reprezentują „Rendition” oraz „Imperial Bodybags”. I gdyby doszukiwać się potwierdzeń przedpłytowych zapowiedzi muzyków MSP, że na „Send Away the Tigers” pojawi się duch dawnych brytyjskich punkowych mistrzów, właśnie tu mamy z tym nawiedzeniem do czynienia.

Wydaje się, że „Send Away the Tigers”, w przeciwieństwie do poprzednich albumów, może u nas (w UK zespół ma inny status) zainteresować nie tylko sympatyków grupy. Zaistnieć w obiegu nie tylko wakacyjnym przez „Your Love Alone Is Not Enough”, ale stać się płytą na cztery pory roku. Czyż w końcu Bradfield nie po to śpiewa o każdej z pór roku?

No dobrze. Przemawiają za tym również inne argumenty: potencjalna przebojowość większości piosenek, przy jednoczesnym braku utworów zbędnych, słabych. Do tego najlepsza, jak dotąd, produkcja: nigdy jeszcze brzmienie grupy nie było tak czyste i mocne zarazem, a to dzięki współpracy Dave’a Eringa i uznanego mixera Chrisa Lorda-Alge (m.in. Foo Fighters, Hole, Bad Religion, Green Day czy My Chemical Romance). Czegoż chcieć więcej? O zawsze ważnych dla MSP tekstach, inspiracjach i znaczeniach, szczegółowo opowiada ich autor, Nicky Wire.1 Tłumaczy także tytuł płyty zaczerpnięty od słynnego angielskiego komika Tony’ego Hancocka (1924-1968), dotkniętego alkoholizmem, który Send Away the Tigers zwykł mawiać, gdy zaczynał pić… I paralelę między tym zdaniem a sytuacją uwolnionych z bagdadzkiego zoo zwierząt, podczas inwazji sprzymierzonych…2 Warto o tym poczytać, a potem raz jeszcze (albo pierwszy) posłuchać najnowszych The Manics.

© 2007 Jarosław Bytner

1 manicstreetpreachers.com/07/theband/biography.

2 Send Away the Tigers is a phrase the comedian Tony Hancock used whenever he started drinking. I saw a parallel between that line and the animals being released from the zoo in Baghdad when the Allies invaded. A misguided idea of liberation. Also that idea of being haunted by a wrong decision. With Hancock it was sacking his writers. And, if it weren’t for the Iraq war, for all his faults, in historical terms, Tony Blair would be seen as a great Prime Minister. Now his life is utterly ruined. On a smaller scale, certain things I’ve said which have been stupid and inane… they’re what I’m gonna be remembered for.

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Kazanie na wakacje?

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput