Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№28 kwiecień 2008

Legenda pozostaje nietknięta — tak o Neilu Youngu pisze Robert Panowicz po wysłuchaniu tegorocznego berlińskiego koncertu Artysty (26/2/08) Robert Panowicz

Chyba mogę powiedzieć, że na ten moment czekałem całe życie. Trasy koncertowe Neila Younga od lat skutecznie omijały zadżumioną krainę nad Wisłą i Odrą, gdzie przerażeni impresario żyją w grzesznym błędzie, że występ Artysty nie zgromadziłby odpowiednio licznej publiczności. Dziwne to myślenie organizatorów imprez, szczegónie w kontekście olbrzymiej popularności w kraju nad Wisłą formacji Pearl Jam, która głośno i otwarcie przyznaje się do inspiracji muzyką Kanadyjczyka. Neil wydaje płyty dość regularnie, w ostatnich trzech dekadach przeplatając albumy świetne z przeciętnymi, a nawet złymi. W zeszłym roku Young popełnił jednak zdecydowanie dobrą i godną uwagi płytę pt. „Chrome Dreams II”, którą miałem przyjemność recenzować dla czytelników Mrocznej. Sam Mistrz kilka lat temu przekroczył już sześćdziesiątkę, a w międzyczasie zdiagnozowano u niego i następnio zoperowano tętniaka mózgu. Wszystko to spowodowało, że moja od niepamiętnych czasów obecna ochota na obejrzenie Younga w akcji urosła tym razem do rangi najważniejszego koncertowego celu, ba, krucjaty wręcz.

W styczniu dowiadziałem się, że 26 lutego Neil w ramach europejskiej częsci trasy promującej „Chrome Dreams II” przyjeżdża na występ do Berlina. Przy okazji jak zwykle omija Polskę. Poszukiwanie wejściówki w oficjalnych kanałach dystrybucji spełzło na niczym. Bilety musiały się rozejść w mgnieniu oka z bardzo prostej przyczyny — wielomilionowa niemiecka metropolia stanowiąca ważne centrum rozwoju kultury na kontynencie wciąga występy takich Artystów jedną dziurką w nosie. Szukałem cierpliwie dalej. Dobrodziejstwo eBay polega na tym, że wybór jest niemal nieograniczony, natomiast dobra rzadkie osiągają tam niebotyczne ceny. To raj także dla koników, którzy odpowiednio wcześnie wykupują większe ilości wejściówek i każą sobie płacić sowite wynagrodzenie za sprzedaż biletów z drugiej ręki. Powiedziałem sobie jednak, że podobna okazja może się już nie zdarzyć i zawistowałem w licytacji odpowiednią sumkę. Potem nerwowe oczekiwanie, aż niejaki Ralf prześle bilet. W końcu jest! Koperta z niemieckim znaczkiem, a niej upragniona wejściówka — jadę na koncert!

Komunikacja między Poznaniem, a Berlinem, infrastruktura transportu miejskiego i baza hotelowa niemieckiej stolicy to marzenie rezerwisty. Szybko, sprawnie i jeśli odpowiednio wcześniej organizowane, za rozsądną cenę. Dojazd do wielkiego kompleksu międzynarodowego centrum kongresowego nie stanowił żadnego problemu. Po wejściu do hali żwawym krokiem podążyłem do tłumnie obleganego punktu sprzedaży pamiątek koncertowych i po chwili ucieszony nosiłem już na głowie koncertową czapeczkę. Potem schodami do góry, przez lobby oferujące napitki, w stronę miejsc na balkonie. Stosunek Niemców do występu żywych legend nie jest nabożny, jak u nas w Polsce, gdzie latami poszczono i głodzono nas muzycznie. Specyficzne usposobienie obywateli zachodniego sąsiada wyraża się między innymi tym, że przed koncertem głośno biesiadują, wsuwając słone przekąski popijając piwem lub winem, a na salę koncertową wchodzą dopiero wtedy, kiedy gasną światła, a wykonawca jest już na scenie, powodując przy tym niezwykły rozgardiasz i niepotrzebny hałas. Tak było i tym razem.

Jako support wystąpiła Pegi Young, żona gwiazdy wieczoru. Wraz z nią pojawili się również muzycy, którzy zasilają zespół grający na scenie razem z Neilem podczas obecnej trasy koncertowej. Muzyczna oferta Pegi nie stanowiła szczególnie wyszukanego menu. Ot, country-folkowe songi, które jednym uchem wpadają, a drugim ulatują. Przyjemna, choć wyraźnie letnia atmosfera tego występu udzieliła się berlińskiej publiczności, która leniwie upływający czas koncertu Pegi spożytkowała na niczym nie zmącone gaworzenie. Po czterdziestu pięciu minutach grania Pegi zakończyła swój występ zbierając cienkie brawa, które wyrażały raczej nadzieję na rychłe pojawienie się Neila Younga, niż podziękę za wysiłek włożony w zaprezentowaną muzykę. Nastąpiła krótka przerwa, po której na scenę wyszedł Mistrz.

Zupełnie sam. Odziany w gustowny garnitur. Bez zbędnych ceregieli chwycił za jedną z akustycznych gitar i zaczął. Tak po prostu, zwyczajnie, bez pozdrowień, uśmiechów, machania do publiczności. Na początek „From Hank To Hendrix”, najlepsza kompozycja z dość nierównego, wydanego w 1992 roku „Harvest Moon”. Coś mnie w gardle zdusiło i łzy napłynęły mi do oczu. Wyraźnie wzruszyłem się i w takim stanie pozostałem przez prawie cały godzinny solowy występ Artysty. Niczym na „Live Rust”, legendarnym koncertowym wydawnictwie pochodzącym z 1979 roku, pierwszą część koncertu Neil Young poświęcił na solowy występ. Tylko on, jego chwiejny kruchy głos i gitara, bądź pianino. Poza pierwszym utworem przypomniał wyłącznie kompozycje z lat siedemdziesiątych. Mnie szczególnie ucieszyły „Ambulance Blues”, „Harvest”, „After the Gold Rush”, „Mellow My Mind” i „Out on the Weekend”. Ale największe wrażenie zrobiła „A Man Needs a Maid”, pochodząca z albumu „Harvest” przeszywająca ballada, tutaj w opracowaniu na pianino i… organy, które nadały temu majestatycznemu utworowi jeszcze większej powagi i dostojności.

W trakcie solowej części koncertu Neil Young zagrał też kilka kompozycji, których nie kojarzyłem. Już po powrocie sprawdziłem owe piosenki i okazało się, że pochodzą one z niewydanego w 1975 roku albumu „Homegrown”. W owym czasie Artysta zdecydował się na publikację „Tonight’s the Night”, który uznał za album ciekawszy, zwyczajnie lepszy. Interesującą paralelą do powyższej sytuacji jest fakt, że najnowsze studyjne dzieło Mistrza nawiązuje do nagranej, choć nie opublikowanej w 1977 roku płyty „Chrome Dreams”. Na zeszłorocznej „Chrome Dreams II” nowe kompozycje Mistrza przeplatają się tymi sprzed trzydziestu lat, które nie ukazały się w formie wspomnianego wyżej wydawnictwa. Silna podczas koncertu reprezentacja dokonań z „Homegrown” każe przypuszczać, że w serii „Archives”, która do tej pory obejmuje dwa koncertowe krążki z początku lat siedemdziesiątych, oprócz nagrań bootlegowych wkrótce pojawią się także regularne albumy, które do tej pory nie ujrzały światła dziennego w postaci płyty kompaktowej, a w tym wspomniany „Homegrown” oraz koncertowy „Time Fades Away”.

Akustyczna część występu okazała się muzyczną pigułką wypełnioną po brzegi wzruszającą muzyką, pełną mistycznych wręcz doznań. Niewielu jest artystów, którzy za pomocą kilku prostych słów i zrozumiałych metafor oraz urzekających, wyczarowanych z pomocą jednego tylko instrumentu melodii, potrafią doprowadzić publiczność do stanu maksymalnego skupienia i zaangażowania w odbiór przekazu płynącego ze sceny.

Po mniej więcej godzinie muzykowania w pojedynkę Neil Young odłożył na miejsce gitarę, wstał z krzesełka i bez słowa pożegnania udał się za kulisy. Nie minęło jednak piętnaście minut potrzebnych na rozstawienie sprzętu, by tym razem cały zespół ruszył do rock’n’roll’owego boju rozpoczynając drugą część występu od „Mr. Soul”, najstarszej tego wieczoru kompozycji Younga, bo pochodzącej jeszcze z czasów Buffalo Springfield i wydanego w 1967 roku drugiego, a zarazem ostatniego krążka tej wpływowej formacji pt. „Buffalo Springfield Again”. Potem przyszedł czas na koncertową prezentację dokonań z „Chrome Dreams II” w postaci „Dirty Old Men” i „Spirit Road”. Trzeba przyznać, że te nowe utwory dobrze znoszą obecność starszych, legendarnych już kompozycji Artysty. Cechują się bowiem chwytliwymi melodiami, które bardzo szybko się zapamiętuje oraz ponadczasowym brzmieniem, opartym o instrumentarium używane przez Neila od dekad. Chwilę potem pojawił się „Down by the River”, jeden z tych długich kawałków Younga, które niesione gitarową improwizacją potrafią trwać niemal wiecznie.

„Hey Hey My My (Into the Black)” okazał się tym kawałkiem, który na dobre wyrwał z letargu niemiecką publiczność. Stanowiąca klamrę i zamykająca wydany w 1979 roku album „Rust Never Sleeps” kompozycja to świetny przykład i jednocześnie świadectwo geniuszu Neila Younga polegającego na tym, że Artysta ten potrafi tworzyć rockowe hymny, których czas się nie ima, które zawsze brzmią świeżo i ekscytująco. Spośród utworów zaprezentowanych podczas elektrycznego setu warto wymienić jeszcze „Powderfinger”, również pochodzący z „Rust Never Sleeps” oraz wieńczący koncert „No Hidden Path”. Ta ostatni numer jest jednym z dwóch ponadziesięciominutowych kawałków zamieszczonych na ostatnej płycie Artysty. Ja szczerze liczyłem na ten drugi czyli „Ordinary People”, ale okazało się, że „No Hidden Path” to równie piękna kompozycja, którą Neil w wersji „na żywo” rozwinął do wielominutowego misterium.

Potem jeszcze tylko bis, jeden utwór, ale za to jaki! „Rockin’ in the Free World” i wszystko jasne. Stary Mistrz pokazał werwę dwudziestolatka, a cała sala międzynarodowego centrum kongresowego zdawała się w tym momencie unosić w powietrzu i lewitować wraz z muzykami. Publiczność śpiewała, zdzierała gardła i dawała z siebie wszystko. To wielkie wspólne zaangażowanie Artysty i widowni podczas ostatniego tego wieczoru utworu stanowiło godne wzajemne pożegnanie. Na koniec padły rzęsiste brawa, publiczność zgotowała Mistrzowi owację na stojąco, a potem już tylko zapalone światła i powrót do hotelu, a po drodze jeszcze zakup koncertowej koszulki od handlarza w przejściu podziemnym. To był wieczór, który będę wspominał jeszcze bardzo długo. Pewnie przez całe życie.

© 2008 Robert Panowicz

Wystąpił zespół w składzie

  • Neil Young — gitara, guitjo, harmonijka, pianino, wokal
  • Ben Keith — pedal steel, lap steel, gitara, organy, chórki
  • Rick Rosas — gitara basowa, chórki
  • Ralph Molina — bębny, chórki
  • Anthony Crawford — chórki, pianino, mandolina
  • Pegi Young — chórki, wibrafon, gitara

Zaprezentowane tego wieczoru utwory

Część akustyczna

  1. „From Hank To Hendrix” („Harvest Moon”, 1992)
  2. „Ambulance Blues” („On the Beach”, 1974)
  3. „Day and Night We Walk These Aisles” aka „Sad Movies” (nigdy nie wydany album „Homegrown”, 1975)
  4. „A Man Needs A Maid” („Harvest”, 1992)
  5. „No One Seems To Know” (nigdy nie wydany album „Homegrown”, 1975)
  6. „Harvest” („Harvest”, 1972)
  7. „After The Gold Rush” („After the Gold Rush”, 1970)
  8. „Mellow My Mind” („Tonight’s the Nights”, 1975)
  9. „Love Art Blues” (nigdy nie wydany album „Homegrown”, 1975)
  10. „Love Is A Rose” (nigdy nie wydany album „Homegrown”, 1975)
  11. „Out On The Weekend” („Harvest”, 1992)

Część elektryczna

  1. „Mr. Soul” („Buffalo Springfield Again”, 1967)
  2. „Dirty Old Man” („Chrome Dreams II”, 2008)
  3. „Spirit Road” („Chrome Dreams II”, 2008)
  4. „Down By The River” („Everybody Knows This Is Nowhere”, 1969)
  5. „Hey Hey, My My (Into the Black)”, („Rust Never Sleeps”, 1979)
  6. „Too Far Gone” („Freedom”, 1989)
  7. „Oh, Lonesome Me” („After the Gold Rush”, 1970)
  8. „Winterlong” („kompilacja Decade”, 1977)
  9. „Powderfinger” („Rust Never Sleeps”, 1979)
  10. „No Hidden Path” („Chrome Dreams II”, 2008)

Bis

  1. „Rockin’ In The Free World” („Freedom”, 1989)

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Legenda pozostaje nietknięta

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput