Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№21 wrzesień 2007

Molo(ko)wej dyskoteki nie było (Róisín Murphy, Dziedziniec Różany CK Zamek, Poznań, 23/8/07) Emilia Walczak

Rzadkością jest dyskoteka w tonacji mollowej. Ale to znak rozpoznawczy formacji Moloko. I choć zespół już nie istnieje, to jeszcze dużo wody będzie musiało upłynąć zanim charakterystyczny wokal Róisín Murphy przestanie być kojarzony nie tyle z zespołem, co z samym słowem „moloko”, zapożyczonym z książki Anthony’ego Burgessa „Mechaniczna pomarańcza”, oznaczającym mleko. (Są tacy, to nie żart, którzy myślą nawet, że Moloko to nie zespół, ale pseudonim Róisín! Moloko śpiewa — mówią).

Ale do sedna! Na koncert jechałam z nastawieniem na dobrą zabawę. Z Internetu dowiedziałam się wcześniej, że prócz numerów z nowej płyty Róisín „Overpowered” (2007), na koncercie pojawią się też kawałki z poprzedniego krążka „Ruby Blue” (2005), a także kilka utworów Moloko. I że Róisín będzie towarzyszył 10-cio osobowy zespół. Liczyłam na kosmiczne 20-sto minutowe improwizacje i gwiezdny show. A było tak: Róisín spóźniła się przeszło półtorej godziny. Ludzi czekających na królową freaków raczono muzyką z Winampa, która, szczerze mówiąc, z kawałka na kawałek była coraz gorsza. Z każdym utworem powtarzałam sobie w duchu: ta piosenka się skończy i już na pewno wyjdzie Róisín. Ale nic z tego. Katowanie nas elektro z dolnej półki trwało nadal. Zniecierpliwienie wprawiało mnie w coraz gorszy nastrój.

W końcu coś się zaczęło dziać. Coś sensownego — bo wcześniej przez jakąś godzinę oglądaliśmy jedynie pana, który przynosił ręczniki, wodę mineralną oraz stroje Róisín, i pieczołowicie rozwieszał je na wieszaku. Na scenę wyszły oto dwie Murzynki-chórek plus trzech muzyków. No i nareszcie (za)długo oczekiwana, mocno odchudzona Róisín (porównując jej obecny wizerunek z tą Róisín, którą znamy z teledysku do „Forever More” — to naprawdę dwie całkiem różne kobiety!). Pojawiły się numery głównie z nowej płyty i dwa — o ile dobrze pamiętam — z „Ruby Blue”: „Sow Into You” i „Ramalama (Bang Bang)”. Ten ostatni trudno zapomnieć, bo był to zdecydowanie najlepszy występ, zresztą to jest najfajniejsza piosenka z „Ruby Blue” i — sądząc po owacjach — nie jest to tylko moje zdanie. „Ramalama” przerwała ciąg z lekka smutnych i przez to smętnych utworów, których nikt nie znał. Pomyślałam entuzjastycznie: „teraz się zacznie zabawa!”. Ale nie, po „Ramalamie” ciąg dalszy delikatnego przynudzania. I znowu, jak przed koncertem, powtarzałam sobie: „po tym utworze już na pewno da czadu”. Dialektyka marzeń i rozczarowań…

Może to kwestia tego, że najlepiej bawimy się przy czymś, co już kiedyś słyszeliśmy. Ja osobiście „Overpowered” nie przerobiłam, bo jeszcze nie jest dostępny. Koncert — rozumiem — promocja najnowszego albumu, ale to nie tłumaczy faktu, że sama Róisín była jakaś, jak to się mówi, słabosilna, zresztą nawet coś tam pod nosem mówiła, że: „I’m so tired”. Dzień wcześniej grała koncert w Sopocie, może zapomniała go odespać? A może przeszła na nieodpowiednią dietę i wraz z kilkoma (kilkunastoma?) kilogramami utraciła swą charyzmę, z której przecież słynęła? Czy to spadek formy, czy brak chęci — nie wiem. W każdym razie, energii jakby zabrakło.

Nie chcę napisać bardzo źle o Róisín — bo ją lubię, gdyż sprawia, że w moim szaleństwie i nieumiejętności tańczenia nie czuję się osamotniona — więc teraz plusy koncertu wymienię i skończę dysertację. Po pierwsze stroje, które zmieniała na scenie z nadejściem każdego utworu. Stroje z kosmosu albo po prostu z irlandzkiego lumpeksu: jakiś marynarski czepek na gumce, różowe rękawiczki skórzane sięgające aż po łokcie, kurtka skórzana à la C. C. Catch (czarna z kowbojskimi frędzlami), kaszkiet obszyty błyszczącymi cekino-kwiatami i jeszcze kilka rzeczy, których nie potrafię opisać (ogłaszam konkurs, pytanie brzmi: co ona miała na sobie w czasie „Ramalamy”? Wielką materiałową bomb(k)ę?). W końcu nadszedł czas na hit promujący nowy album, czyli tytułowy „Overpowered”. Wszyscy się cieszyli, Róisín pod koniec odzyskała siły witalne i skutecznie udawała, że jest przybyszem z kosmosu. Ja rozkręciłam się na dobre i… koniec koncertu. I jeden bis, oczywiście uprzejmość zwykła. W tym miejscu Moloko — „Forever More”. Szczerze mówiąc, dopiero teraz zaczęła się prawdziwa zabawa, ale to był już, niestety, naprawdę koniec występów. Wniosek jest smutny: rozpad Moloko nikomu nie przyniósł niczego dobrego. A jeszcze smutniejsze jest to, że zespół rozpadł się przez rozbrat Róisín i jej chłopaka z zespołu. Dobra rada więc: aby nie robić nikomu zawodu — nigdy się z nikim nie wiązać! Nie ma związków, nie ma rozstań. I nie ma smutnych piosenek.

© 2007 Emilia Walczak

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Molo(ko)wej dyskoteki nie było

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput