Lato, w dziennych i nocnych temperaturach, już w pełni od jakiegoś czasu, więc i pora była najwyższa by je oficjalnie i z honorami przywitać. Bydgoszczanie tradycyjnie już powitali je na myślęcińskim Różopolu, gdzie mnóstwo różnych atrakcji każdy mógł dla siebie znaleźć, tłum więc naprawdę pokaźny zaludnił leśne polany, a szeroki potok ludzki w jedną to, a drugą stronę do godzin wieczornych raźno płynął. Czy cały czas zresztą głowy nie dam, bo atrakcje potraktowałem nieco wybiórczo i zawęziłem do występu dwóch formacji rockowych: George Dorn Screams i Myslovitz. A — zdradzę może od razu — że oba koncerty były bardzo udane, warto było zrobić do Myślęcinka dwie rundy. Towarzystwo nasze było bowiem z dziećmi i ponad cztery godziny przerwy między występami GDS a Mysłowicami mogłoby okazać się krytyczne dla wszystkich. Zresztą nawet, gdyby nie dzieci, to zabójcza okazałaby się ludyczna konferansjerka, budząca tyleż rozbawienie, co grozę. Choć może, po prostu, dziennikarze najzwyczajniej w świecie starali się, by wszyscy licznie zgromadzeni dobrze ich zrozumieli. Ale nie wiem do dziś, czemu prowadzący festyn dwukrotnie przed występem bydgoskiej formacji krzyczał George Dorn Sun!, ale — może przecież być i tak — zwyczajnie nie załapałem dowcipu.
Maria Powalisz zapowiedziała wszak George Dorn Screams, co mnie utwierdziło, że jednak jestem na koncercie właściwego zespołu, choć słońce rzeczywiście było konkretne. Zespołowi jednak nie zaszkodziło. Ani ta przedziwna, zróżnicowana, przypadkowa przecież w większości publika, z kiełbaskami z grilla i balonikami, która GDS przyjęła serdecznie. Powalisz wyznała zresztą, iż był to występ przed największą jak dotąd w historii zespołu publicznością. Występ jak najbardziej udany oraz nagłośniony, wokal i instrumenty brzmiały rzeczywiście bardzo dobrze. Oczywistością jest, że bydgoszczanie powinni zagrać przed Myslovitz, ale oczywistości nijak się mają do praw sponsorowanego festynu. Żale więc próżne, ale naprawdę aż się prosiło, bo taki układ przyniósłby obopólne korzyści: GDS zagrałby przed rockową (powiedzmy) publicznością, która przed godziną 21 zdążyła już zapełnić Różopole, o zmierzchu sprzyjającym klimatowi ich muzyki, natomiast licznie zebrani mieliby okazję poznać wartościową muzykę, której w mediach przecież raczej nie uświadczą.
Na zakończenie ceremonii powitalnych lata doskonały koncert zagrał Myslovitz. Owszem, docierały opinie, że świetnie grają na żywo, ale, nie wiedzieć czemu, trochę w nie powątpiewałem. Wszelkie wątpliwości jednak i uprzedzenia zostały rozwiane. Myslovitz okazał się zdumiewająco sprawną koncertową maszyną, napędzaną tak pełnym profesjonalizmem i sprawnością wykonania, jak umiejętnością kreacji wyjątkowego nastroju. Nastrojów w zasadzie o wielu barwach, bo cieniowanych tak melancholią, jak i radosną przebojowością. Tę pierwszą przynosiły przede wszystkim piosenki z „Happiness Is Easy”, a do skoków porywały oczywiście utwory zewsząd i wszystkim znane. Naprawdę warto przy tym podkreślić, że muzycy rzeczywiście się przyłożyli: nie odegrali po prostu — jak to na festynie — swoich hitów, ale stworzyli wciągający muzycznie i wizualnie spektakl: spójny, klimatyczny, z niespodziankami, jak choćby przearanżowana, nowofalowa, miażdżąca wersja „Peggy Brown”.
Koncerty obu zespołów bez wątpienia złożyły się na bardzo udany, sympatyczny i obiecujący początek muzycznego lata 2007.
© 2007 Jarosław Bytner
Zdjęcia pochodzą z portalu bydgoszcz.com.
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Na dobry początek (muzycznego) lata
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput