Pod elegancką czarną obwolutą kryje się przyciągający spojrzenie obraz: leżącą wśród zieleni zwierzęcą czaszkę zamieszkały pszczoły, wypełniając martwe oczodoły plastrami miodu. Na kolejnych zaś stronach książeczki znajdziemy fotografie przedstawiające członków zespołu. Są nimi: Dylan Carlson — gitary; Adrienne Davies — bębny; Steve Moore — instrumenty klawiszowe; Don McGreevy — bas. Gościnnie, w nagraniu trzech spośród siedmiu utworów na płycie wziął udział Bill Frisell, jazzowy gitarzysta znany choćby z Naked City. Najnowsze dzieło formacji Earth nazywa się „The Bees Made Honey in the Lion’s Skull”.
To album, któremu warto poświęcić uwagę. Podczas pierwszych przesłuchań urzekło mnie jego przestrzenne brzmienie z elementami country. Później pochopnie uznałem, że jest powierzchowny i nadmiernie monotonny, odłożyłem. Jednak — raz posłyszany, nie dawał o sobie zapomnieć, więc wkrótce ponownie włączyłem płytę, by z każdym kolejnym odtworzeniem rozsmakować się w niej na dobre.
Earth przedstawia odbiorcom dzieło jednorodne w formie, monolityczne, a przy tym, rzekłbyś, odrobinę łagodniejsze od poprzednich wydawnictw. Nie jest to ten sam przemożny drone, którym była „Earth 2” albo agonalny „Hex: Or Printing in the Infernal Method”. Więcej tu światła. Powolne instrumentalne utwory budowane są z prostych, przejrzystych melodii, podawanych za pomocą gitar tudzież pianina. Raz podjęty motyw powtarza się w nieskończoność, a Carlson i Moore pozwalają wybrzmiewać kolejnym jego fragmentom, nadając kompozycjom szlachetny epicki wyraz. Bill Frisell z gracją dopasowuje się do przyjętej przez zespół formuły umiaru. Nie epatuje umiejętnościami, subtelnie akcentując swoją obecność fuzzującymi partiami instrumentu. Uderza, a może i zdumiewa tempo krążka. Podczas gdy gitarzyści tu i ówdzie zbaczają ku improwizacjom, Adrienne Davies gra w sposób opanowany i jednostajny, a nam przychodzi do głowy, czy oto nie obcujemy z najwolniejszym rockowym albumem wszech czasów.
Niedostrzegalnie niby obrót ziemski, jeden za drugim następują kolejne utwory, zdając się przenikać wskroś słuchacza. Formalnie pozbawione są napięcia. Jednak muzyka na „The Bees” potrafi silnie oddziaływać na odbiorcę poprzez wywoływane skojarzenia. Jest jak swoista ścieżka dźwiękowa towarzysząca pierwszym chwilom istnienia świata, który dopiero co wyłonił się z biblijnego bezładu i pustkowia („Rise to Glory”, „Miami Morning Coming Down II (Shine)”). Rzadziej, jak na przykład w „Engine of Ruin”, dojmuje atmosferą zniszczenia i rozkładu. Końca wszechrzeczy. Ewokacji stworzenia nie może wszak brakować przynajmniej śladu śmierci.
© 2008 Lech Głowacki
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Na początku był dźwięk
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput