Do najbardziej przydatnych funkcji niezwykle przydatnego urządzenia, jakim — niczego nie reklamując — jest iPod, trzeba zaliczyć tworzoną w locie playlistę „25 najczęściej granych”. Na bieżąco, na chłodno i matematycznie iPod wskazuje nam utwory, których słuchamy najbardziej zawzięcie. Od niemal trzech miesięcy co najmniej połowę mojej pierwszej dziesiątki zajmują utwory z jednej tylko płyty: wydanego w maju albumu „23” amerykańskiego tria Blonde Redhead.
Niegdyś podopieczni Thurstona Moore’a i Kim Gordon z Sonic Youth, na swoich trzech pierwszych płytach (1994-1997) muzycy Blonde Redhead nie oddalali się od swojego muzycznego kontekstu. Gitarowe dysonanse, warstwa melodyczna, a nawet podział partii wokalnych na głos żeński (Kazu Makino) i męski (Amadeo Pace) były interesującym, dobrze wróżącym na przyszłość, ale jednak — hołdem składanym parze Moore / Gordon. Znacząca zmiana nastąpiła przy płycie „Melody of a Certain Demaged Lemons” w roku 2000. Duch garażu i gitarowego eksperymentu zderzył się tu z… miękkością piosenki francuskiej. Przełom nastąpił jednak dopiero cztery lata później. Płytą „Misery Is a Butterfly” Blonde Redhead na dobre potwierdzili, że skręcają ze ścieżki wyznaczonej przez Sonic Youth w całkiem nowe, nader ciekawe tereny: bardziej melancholijnego, melodyjnego rocka z subtelną nutą elektroniki, czegoś co albo jest trudne co sklasyfikowania, albo też zapoczątkowuje jakiś nowy gatunek (używana gdzieniegdzie nazwa dream pop wcale nie jest zresztą nietrafiona).
W „Misery Is a Butterfly” zakochałem się od pierwszego odsłuchu. Była noc, padał uczciwy, styczniowy śnieg. Takiej okazji nie można było sobie odmówić. Świeżo zdobytą płytę włożyłem do discmana i wyszedłem na spacer po dziewiczo czystych, nieruszonych żadną stopą, chodnikach poznańskiej czerwonej dzielnicy (osławiony plac Cyryla i okolice). Magia takich chwil nie wystarczy jednak, by z pojedynczą płytą nie rozstawać się przez trzy najbliższe lata. Przedostania płyta Blonde Redhead okazała się po prostu — jak dla mnie — najbardziej przekonującą propozycją tego jak może brzmieć dobra muzyka rockowa pierwszej dekady tego stulecia.
Album „23” to kolejny krok w wyznaczonym przez „Misery Is a Butterfly” kierunku, z tym że terenem artystycznej eksploracji nowojorskiego tria jest już nie rock, a pop. Płytę otwiera kilka spokojnych, rytmicznych utworów. Aksamitnemu, dziewczęcemu głosowi Kazu Makino towarzyszy przebojowa, melodyjna linia basu, bogate tło instrumentów klawiszowych, subtelna perkusja. Głębi całości nadaje wyciszona, lecz urozmaicona, czasem wpadająca w intrygujące, lekkie zgrzyty, ściana gitarowych dźwięków Amadeo Pace. Piąty utwór na płycie podsumowuje jej pierwszą część mocnym, przebojowym akcentem: energetyczny „Spring and by Summer Fall”, śpiewany przez Amadeo, to typowy kandydat na przebój lata: skrzyżowanie najbardziej wpadających w ucho utworów Psychodelic Furs, Flaming Lips, któremu rytm nadaje perkusja rodem z Sonic Youth, choć o mocno stonowanej sile. Po tej perełce następuje kolejna: dziewczęco lekka (różowa spódniczka i warkoczyki) piosenka „Silently”. Druga, krótsza część płyty, złożona z czterech utworów, wprowadza do całości sporą dawkę ukrywanej do tej pory melancholii, kilka nowych instrumentów (np. waltornia, elektroniczne przeszkadzajki), i — w planie ogólnym — przypomnienie, że jednak nie mamy tutaj do czynienia z głównonurtowym popem promowanym przez wielkie wytwornie.
Każdy z dziesięciu utworów płyty „23” łączy jedno: ukryta w nim niespodzianka, nagły dysonans, nagła zmiana tonacji, załamanie głosu, coś, co sprawia, że słuchając tej płyty po raz trzydziesty i czterdziesty, wciąż odnajdujemy w niej coś nowego.
Blonde Redhead wyznaczyli sobie na tym albumie nadrzędny cel: sprawdzenie, czy można stworzyć jakąś alternatywę już nie tylko do brzmień rockowych, ale i popowych. Czy to się udało? Z pewnością. Ale świat się o tym nie dowie, zanim sztucznie nadmuchiwane balony, choćby jak Coldplay, nie pękną wraz z ostatnim dniem wielomilionowego kontraktu. I gdy dzisiejsze sławy pójdą w zapomnienie, miłośnicy dobrej muzyki odkryją inną stronę pierwszej dekady XXI wieku. W tym nowym świetle, Blonde Redhead powinno być punktem mocno widocznym.
© 2007 Mariusz Pisarski
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Narodziny dream popu?
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput