Po raz czwarty zawitał w nasze progi zespół Placebo. Początek taki statystyczny, ale — jak się okazuje — nie każdy potrafi albo mu się nie chce — do czterech zliczyć, to przypominam: najpierw Warszawa dwa razy (2001 i 2003), a rok temu gdyński Open’er. Było nie było, częstotliwość przyjazdów jak na zespół z topu pop-alternatywnego grania niezła. Nieskończony za to entuzjazm fanów, bo że jak Polak się uprze i zacznie hołubić, to odwieść go nie sposób, co egzemplarycznie poświadczają historie innych ongiś alternatywnych, a dziś i na zawsze już pewnie tzw. kultowych zespołów: The Cure, Depeche Mode czy U2.
Wchodzenie do hali odbyło się wyjątkowo sprawnie, bo i wejść parę i tłumu szczególnego nie było, choć z czasem Torwar zapełnił się w zasadzie w całości. Zgodnie z planem o 19:30 show rozpoczął chorzowski zespół Hariasen. Niefortunnie dość, bo wokalista rzucił ze sceny, że miło im zagrać przed trzecim występem Placebo w Polsce, a z miejsca poprawiony przez publikę, niewiedzę zrzucił na organizatora koncertu (sic!). Już po pierwszym utworze część publiczności miała dosyć i zaczęła się domagać gości właściwych. A po trzech piosenkach, w których muzycy mocowali się z gitarami i miotali po scenie, większość publiki zgodnie skandowała Placebo! Muszę jednak przyznać, że utwór czwarty był już lepszy, a od piątego do siódmego spokojnie dało się słuchać. Lecz więcej Hariasen przytomnie nie naciągał cierpliwości zgromadzonych.
Jeszcze reorganizacja sceny, krzątanina ekipy technicznej i przy olbrzymim aplauzie na scenę wkraczają bohaterowie wieczoru. Jako, że to przecież Meds Tour na początek „Infra-Red” (utwór musi być lubiany przez samych muzyków albo przynajmniej speców od marketingu, bo jedną ze sprzedawanych koszulek — a te, w ogóle: graficznie i cenowo, były dość przyzwoite — dumnie zdobił właśnie dwuwers z piosenki) i trzy kolejne z ostatniej płyty: „Because I Want You”, „Meds” i „Drag”, ale grane jakoś bez specjalnej werwy. Kolejnym jest szczególnie wyczekiwany „Soulmates”, bo na nim polscy fani umówili się na wyciągnięcie flag, w większości narodowych, z napisem Welcome Home. Flag nawet sporo, także na bocznych, „siedzących” sektorach, ale znów bez przesady. Z podobną prezentacją na koncercie U2 nie ma nawet co porównywać, ale i tak gest wzruszający. Myślę naturalnie o wzruszeniu polskich fanów, bo Molko, co prawda, wygłosił przemowę o wyjątkowości takiego zachowania, ale, jak się miało okazać, bez większego raczej przełożenia na przebieg koncertu. Po wzajemnych czułościach sentymentalny powrót: „I Know” z debiutu, a po nim dwa bardzo dobre utwory z „Meds”: „Song To Say Goodbye” oraz „Follow The Cops Back Home”. I zaczynają się przeboje: „Every You Every Me” i „Special Needs”. Potem „One Of a Kind”, kolejne hity: „Without You I’m Nothing” oraz „Bionic”. Po nich znów z ostatniego albumu „Blind” oraz dwa killery „Special K” i „Bitter End”. I koniec. Pewnie, że jeszcze nie gorzki, bo wszyscy ostrzą sobie zęby na bisy. No i faktycznie Brian i Stefan, trzymając się ze ręce, w wesołych podskokach, wracają niebawem na scenę, a za nimi reszta ekipy. I teraz naprawdę wygarniają mocnego seta: „Running Up That Hill”, „Taste In Men” oraz „Twenty Years”.
I na tym koniec prawdziwy — mimo ogromnej wrzawy i wywoływania Placebo tego wieczoru już więcej nie zagra.
Teraz refleksje. Część zasadnicza, niestety, nie zachwyciła. Rozumiem nawet, że trudno w to uwierzyć, bo przecież większość zagranych utworów to hity samograje, które dodatkowo poniesione koncertową energią powinny wyrwać Torwar z fundamentów. Odnosiłem wrażenie, że w czasie tego występu zespół nie może rozwinąć skrzydeł, rozpędzić się, nabrać mocy. Zasadniczo oczywiście nie wpływało to w żaden sposób na nastroje i świetną zabawę fanów, którzy skakali jak sprężyny, tańczyli, konkretnie pogowali. Na kilku sporych rozmiarach ekranach, za grającymi muzykami, pojawiały się klimatyczne wizualizacje, złego słowa nie można też powiedzieć na światła.
Znakomity okazał się bis. Trzy składające się nań piosenki ukazały w końcu jaka koncertowa potęga tkwi w tych muzykach i ich piosenkach. Oczywiście dla każdego, kto widział „Soulmates Never Die” żadna to rewelacja. W każdym razie jednak, nie dość, że same utwory świetne, to właśnie w nich Placebo osiągnęło ten właściwy stopień kumulacji: zagęszczenia emocji, sprawności wykonania i mocy brzmienia.
Ale to wszystko, na co było zespół tego piątkowego wieczoru stać. W pewnym sensie nastąpił prawdziwy bitter end, bo przecież musieli wiedzieć jak w Polsce są wyczekiwani, widzieli to iście królewskie przyjęcie w blasku narodowych flag, naprawdę więc mogli pokusić się o zagranie dla tej wspaniałej publiczności choćby jeszcze trzech piosenek, zdobyć się na tę odrobinę spontaniczności, wysiłku, by sprawić fanom jeszcze trochę radości. Tym bardziej, że z „Meds” zabrakło znakomitego „Space Monkey”, jak również: „In The Cold Light of Day” oraz „Post Blue”, o utworach z innych płyt już nie wspominając…
Syntetycznie wrażenia z czwartego występu Placebo w naszym kraju ująłbym więc tak: tylko poprawne wykonanie części właściwej koncertu, znakomite trzy piosenki na bis i rozczarowanie, że to tylko tyle, bo muzycy okazali tym — i nie zmienia tego fakt podniesienia przez Molko i zarzucenia na siebie polskiej flagi — jak swoją publiczność szanują. I jaki dystans dzieli ich od wspomnianych na wstępie innych ulubieńców Polaków — choćby The Cure, zespółu przecież zupełnie innej rangi i zasług, który każdorazowo serwował polskim fanom trzygodzinny koncert życzeń. Placebo, mimo wszystko, życzę kolejnych udanych płyt i koncertów. Także w Polsce, choć wątpię, czy jeszcze kiedyś będę chciał się o tym osobiście przekonać.
© 2007 Jarosław Bytner
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Placebo. Prawie jak w domu
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput