Planowałem recenzję „The Bedlam in Goliath”, ostatniego albumu The Mars Volta, ale gdy wpadł mi w ręce i uszy debiut Wildildlife, pomyślałem, że lepiej jednak pisać o dobrych niż złych rzeczach. Dlatego wybór padł na „Six”. Co prawda płyta ukazała się w ubiegłym roku, ale dopiero pod koniec listopada. Wygląda też na to, że jeszcze nie pojawiła się w sprzedaży w naszych mrocznych rejonach, a ponadto nie znalazłem w polskojęzycznych serwisach internetowych tudzież prasie wielu wzmianek o rzeczonym wydawnictwie. Uznałem więc, iż warto, a nawet trzeba napisać o nim parę słów.
W kilku sieciowych recenzjach debiutu Wildildlife znajdziemy podpowiedzi, do jakich znanych zespołów można porównać formację z San Francisco. Nie kwestionując trafności owych skojarzeń, chciałbym uniknąć wskazywania punktów odniesienia, które, myślę, mogłyby przesłonić to co najistotniejsze. Słuchając bowiem „Six”, odnoszę wrażenie, jakby muzycy w toku nagrań bawili się w odkrywanie na nowo możliwości rockowego instrumentarium, będącego w ich dyspozycji, i czerpali z tych eksperymentów pełnymi garściami. Nie bacząc na przeszłe dokonania w muzyce, bez skrępowania i ograniczeń, z dziecięcą niemal radością uczestniczyli po trosze w zabawie właśnie, a po trosze w misterium komponowania. Włożyli całą swą pasję i serce, by oddać słuchaczom porywający album rockowy.
Wierzę również, że niedoskonałość produkcji jest świadomym wyborem twórców na rzecz swobodnego grania. Słyszalną atmosferę jamu zaliczam do zalet płyty.
Niech nie zwiedzie Państwa pierwszy utwór na „Six”, czyli „Things Will Grow”, którego przebojowości mógłby pozazdrościć autorom Jack White. Ciąg dalszy albumu — to zaiste przedziwny zbiór kompozycji. Osobliwa okładka z czaszką pasuje tu doskonale i zdaje się podpowiadać (ostrzegać?) zawartość krążka. Szamanizm, psychodelia, trans. Brud i zgiełk. Niepokój. Szukam odpowiednich określeń…
Czy najbardziej trafny opis kobiecych wdzięków odda prawdę o intymnym z niewiastą obcowaniu?
W przypadku „Six” wskazanie czy to godnych uwagi rozwiązań formalnych, czy to porywających tematów, czy może siurpryz aranżacyjnych nie przybliży wrażeń, jakie niesie ze sobą ów album.
Trzeba posłuchać.
© 2008 Lech Głowacki
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Potęga rockowego czerepu
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput