Na koniec 2007 roku Neil Young uraczył nas kolejnym albumem. „Chrome Dreams II” to n-ty album w dyskografii muzyka. Aktywność wydawnicza Younga bowiem, gościa sporo po 60-tce, jest zaiste imponująca. Nie zawsze jednak ilość idzie w jakość i dyskografia tego wielkiego bądź co bądź Artysty jest tego dobrym przykładem. Gdyby spojrzeć na jego dokonania z pominięciem Buffalo Springfield i Crosby, Stills, Nash & Young, to solową karierę muzyka (płyty sygnowane wyłącznie jego nazwiskiem, bądź wspólnie z zespołem Crazy Horse) można podzielić zasadniczo na trzy etapy.
Pierwszy z nich obejmuje czas od 1969 do 1979 roku. Te lata były niemal bezbłędne. Wystarczy wymienić oczywiste arcydzieła, bądź krążki przynajmniej bardzo dobre: „Everybody Knows This Is Nowhere”, „After the Gold Rush”, „Harvest”, „On the Beach”, „Tonight’s the Night”, „Zuma”, „Comes a Time”, „Rust Never Sleeps” i wieńczący ten okres koncertowy album „Live Rust”. Druga faza to lata osiemdziesiąte z pominięciem końca dekady, kiedy to kariera muzyka wyraźnie się załamała, a do wydanych w owym czasie płyt chyba mało kto dziś wraca.
Wraz z opublikowaniem w 1989 roku płyty „Freedom” rozpoczyna się w moim notatniku trzeci rozdział w twórczości Neila Younga, trwający po dziś dzień. Na nowo odkryty przez młode pokolenie rockowych herosów alternatywnego rocka, staje się chcąc nie chcąc punktem odniesienia i żywą legendą. Okres dwudziestu już prawie lat od wydania „Freedom” przynosi wiele nowych nagrań bardzo różnej jakości. Sam jestem bardzo surowym krytykiem tego etapu, czego dowodem kilka gorzkich słów pod adresem twórczości Artysty zamieszczonych poniżej.
Z perspektywy czasu bardzo przeciętnie oceniam „Harvest Moon”, nachalną i komercyjną próbę nawiązania do brzmienia opublikowanego w 1972 roku krążka „Harvest”. Za chybioną oceniam też współpracę Younga z Pearl Jam, której efektem jest płyta „Mirror Ball”. Na tym krążku ani Neil, ani Eddie Vedder i spółka nie są do końca w swoim żywiole, co wyraźnie słychać. „Unplugged” nagrany w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych na fali popularności nagrań na żywo „bez prądu” nie jest w stanie dorównać emocjom bijącym z „Live Rust”. „Are You Passionate?” to naprawdę słaba, wręcz niegodna Mistrza płyta i każdemu napotkanemu, kto chciałby poznać twórczość Neila usilnie odradzam rozpoczynanie znajmości z Artystą od tego właśnie krążka. Nie przekonał mnie Young także w projekcie „Greendale” — ta długaśna płyta opowiada historę pewnego wyimaginowanego, prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka, ale słychać że Artyście nie idzie pisanie concept-albumów. Ot, Young nie jest po prostu Petem Townshendem. Po zeszłoroczny krążek „Living with War” nawet nie sięgnąłem. Dlaczego? Po prostu nie ufam muzycznym deklaracjom, które zbyt mocno łączą się z publicystyką polityczną, w tym wypadku amerykańską, której problemy szczerze mówiąc nie są moimi problemami i nie mi się z nimi identyfikować, czy mierzyć. Jeśli dodać, że na przestrzeni lat poglądy Neila krążyły niczym bumerang od demokratów po republikanów i z powrotem, to chyba łatwiej zrozumieć, dlaczego nie zdecydowałem się na odsłuchanie jego publicznego rozliczenia z wojną w Iraku i Żorżykiem Dablju.
Niemniej jednak pomimo różnego stopnia natężenia krytyki wyżej wymienionych tytułów okres dwudziestu ostatnich lat przyniósł także kilka świetnych krążków. Oprócz „Freedom” muszę tu wspomnieć o zdecydowanie gitarowym i energetycznym „Ragged Glory”, wzruszającym w swej wymowie „Sleeps with Angels” i wyróżniających się wpływem country i folku „Silver and Gold” oraz „Prairie Wind”, nawiązujących brzmieniem do wydanego w 1978 roku „Comes a Time”. Po wysłuchaniu nowego krążka spieszę z niekłamaną radością powiadomić, że „Chrome Dreams II” przynależy do wyżej wymienionej grupy albumów, które z całą pewnością warto, a nawet należy poznać.
Nowy krążek Neila Younga niesiony jest przede wszystkim siłą osiemnastominutowej singlowej (sic!) kompozycji „Ordinary People”, która powstała w drugiej połowie lat siedemdziesiątych i miała trafić na nie wydany wówczas z bliżej nie znanych mi przyczyn album „Chrome Dreams”. Na szczęście dla nas Artysta po wielu latach przypomniał sobie o „Ordinary People” i zdecydował o ponownym nagraniu tej wspaniałej kompozycji oraz umieszczeniu jej na płycie studyjnej, którą przewrotnie zatytułował „Chrome Dreams II”. W innym razie jedynie nieliczni wyznawcy muzyki Mistrza mogliby trafić na ten utwór na którymś z bootlegów niedostępnych w oficjalnej dystrybucji. „Ordinary People” dumnie wpisuje się w kanon tych bardzo długich, ale niezmiennie fascynujących i ciągle hipnotyzujących numerów Younga. Wystarczy wymienić tu choćby „Cortez the Killer”, „Down by the River”, „Cowgirl in the Sand”, czy wreszcie „Like a Hurricane”. W długie gitarowe frazy kompozycji wpleciony jest budujący napięcie saksofon, który przypomniał mi o starych nagraniach Bossa i jego E-Street Band.
Na „Chrome Dreams II” nie ma nic lepszego od „Ordinary People”, ale i być nie może. Mamy za to kilka fajnych, bujających, energetycznych kawałków i parę ballad, łącznie z doskonałą „Spirit Road” oraz prześliczną, wieńczącą album „The Way”, nagraną razem z nowojorskim chórem dziecięcym. Takiego Neila lubię najbardziej. Tworzącego z dala od bieżących spraw tego świata, zaszytego wraz z grupą dobrze znanych muzyków gdzieś na amerykańskiej prowincji i nagrywającego szczere i proste kompozycje, mówiące o miłości, samotności, marzeniach, starych i dawno nie widzianych przyjaciołach, a także emocjach, które trawią duszę ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Te ostatnie opisuje niekiedy w sarkastyczny, ironiczny i gorzki sposób. Podobnie jak w „Prairie Wind” także i tutaj liryka wiekowego Artysty podejmuje problem rozliczenia i pogodzenia się z ziemskimi sprawami.
„Chrome Dreams II” to album dobry, nawet bardzo dobry. Choć daleko mu do siły klasycznych nagrań Younga z lat siedemdziesiątych, to jednak warto po niego sięgnąć, bo stary Mistrz wciąż ma jeszcze sporo do powiedzenia. Przy okazji publikacji nowego dzieła Mistrza trzeba wspomnieć o czymś jeszcze. Trasy koncertowe Artysty niczym w misternie uknutym złośliwym planie rozpisanym na długie lata w dalszym ciągu omijają Polskę. Gdyby stał się cud i z repertuarem „Chrome Dreams II” Neil Young trafił wreszcie do Polski, nie wybrać się na jego występ byłoby wielkim i niewybaczalnym nietaktem, a może wręcz niebywałym chamstwem.
© 2007 Robert Panowicz
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Stary bard powraca na utartą ścieżkę. Czy to jest dobry kurs?
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput