Wyobrażamy sobie pewne miejsca, projektujemy trasy dojazdów, zwiedzania. Internetowa wyszukiwarka przyspiesza decyzję, by wyruszyć w drogę. Łatwość wirtualnego podróżowania, cyfrowa wizualizacja miejsc czyni z każdego właściwie zakątka baśniową krainę. W zasadzie można powiedzieć, że i dobrze, dla ruchu turystycznego, biur podróży, tubylców. Dla turystów pewnie też, wiedzą, z grubsza, czego się spodziewać, za co i ile będą płacić. Ta informacyjna obfitość wylewająca się z katologów, przewodników, Internetu nie stanowi też pewnie zagrożenia dla nurtu skojarzeniowo-imaginacyjnego, charakterystycznego dla tych podróżników, którzy postanowili zweryfikować swoje wyobrażenia nabyte w czasie lektury, dzięki filmowi czy muzyce, słowem skonfrontować projekcję, własny kulturowy obraz z realnym miejscem. Każde wyobrażenie musi mieć wszak w czymś swój początek. Ktoś, dajmy na to, wybiera się do Petersburga czy do Pragi, by pochodzić ulicami, które przemierzali ulubieni przez niego pisarze czy ich bohaterowie. Inny natomiast przejechałby się do Manchesteru bądź Liverpoolu, by posiedzieć w klubach, gdzie niegdyś grali, powiedzmy, Joy Division czy The Beatles. A mnie tymczasem chodzi po głowie, aby zobaczyć Tabor; przez Sunshine, zespół stamtąd, co przywołał parę innych spraw.
Po pierwsze bardzo ważną książkę. W Taborze zostaje wysadzony z pociągu Szwejk, po niefortunnej przygodzie z łysym generałem-wizytatorem i próbą sprawności hamulca bezpieczeństwa. Tu właśnie bohater powieści Haška rozpoczyna swą słynną wędrówkę do Czeskich Budziejowic, do swego 91 pułku piechoty. Pamiętam to tak samo dobrze, jak pozostałe przygody wojaka, prawdopodobnie dlatego, że jest to książka, którą przeczytałem w życiu najwięcej razy. Pod koniec lat osiemdziesiątych, na mojej liście ksiąg zbójeckich, już w ogólnym zarysie utrwalonej, obok Dostojewskiego, Gide’a, Gombrowicza, znajdował się także Hašek. A metoda jego bohaterów rozbrajania jednego absurdu drugim stanowiła jeden z idealnych, wybitnie skutecznych instruktaży dystansowania się wobec tamtej niedorzecznej i agresywnej rzeczywistości. Nie mam też wątpliwości, by ta poetyka ad absurdum mogła dla mnie kiedykolwiek stracić na aktualności, sprawdzona, w razie konieczności odnoszona z równym powodzeniem do każdej sytuacji egzystencjalnej, społecznej czy politycznej.
Po drugie sam Tabor, miasto o średniowiecznej historii i architekturze, powstałe ok. 1420 roku w dość chaotyczny sposób, z obozowiska (czes. tabor) Husytów, stanowiąc odtąd ich stolicę i dające też nazwę najbardziej radykalnemu odłamowi czeskich reformatorów — taborytom. Ich przywódca, Jan Žižka z Trocnova, walczył jako najemnik w wojskach polsko-litewskich pod Grunwaldem, potem zasłynął organizując szyk bojowy husyckiej armii: piechotę obstawiając rzędami wozów, taktyka ta uczyniła taborytów przez kilkanaście lat niepokonanymi. Także w czasach późniejszych — czytamy w przewodniku — miasto było schronieniem rozmaitych fanatyków religijnych, ekscentryków i odszczepieńców. Dziś jest tu spokojnie i bez obawy można podziwiać wspaniałą starówkę z labiryntem wąskich uliczek.1 Cóż, wypada sprawdzić, pojechać, zobaczyć. Na początku wszakże, tak w połowie maju 2002 roku zobaczyłem reprezentantów tego południowoczeskiego miasta, muzyków Sunshine, w bydgoskim klubie Mózg. W zasadzie miejsce to słynie z promocji innej muzyki, niemniej otwarte jest również na gatunki raczej odległe od yassu. Można więc trafić na koncert hip-hopowy albo — jak ktoś woli, jak na przykład ja — na punkowy czy nowofalowy. Dla pamiętających lata osiemdziesiąte i wcześniejsze jedną z rzeczy zdumiewających, niewątpliwym efektem zmian po 1989 roku, jest uwolnienie możliwości, w tym realizacji wielu egzotycznych muzycznych podróży. Można więc kupić w sklepie czy online każdą (prawie) płytę, pojechać na koncert wszystkich (prawie) znaczących, nie tylko zresztą rockowych, wykonawców. Co więcej, twórcy, których muzyka stanowiła dla wielu w życiu coś więcej niż umilające czas sekwencje dźwięków, sami fatygowali się do Polski. W Bydgoszczy, wymieniam zespoły mniej lub bardziej mi bliskie, zagrały m.in. Marillion, Fish, Peter Hamill, Anathema, The Gathering, Legendary Pink Dots, IQ, D.R.I, a we wspomnianym Mózgu The Ex (długo w ogóle nie mogłem w to uwierzyć) czy The Vibrators, jedni z protoplastów brytyjskiego punkrocka.
No więc połowa maja 2002. W Mózgu właściwie pusto, bo tego samego dnia, w podobnej porze, w dodatku w klubie na tej samej ulicy ma grać holendersko-brytyjski Legendary Pink Dots, uznawany za klasykę psychodelicznej nowej fali, odpływ niezależnej publiki do Kuźni był więc zrozumiały. Siedzę ze znajomymi przy piwie, gdy przy barze pojawia się paru o prawdziwie zimnofalowo-gotyckim image’u, w tym jeden jak żywcem wyciągnięty z Bauhasu bądź Crime And The City Solution. To Kay, wokalista i gitarzysta Sunshine. W zasadzie wygląd o niczym nie świadczy, w tym niemniej przypadku potwierdził radiowe zapowiedzi o muzycznych, tudzież scenicznych, fascynacjach Czechów. Wśród faworytów muzyków Sunshine wymieniano więc The Cure, P.I.L, Gary’ego Newmana, czyli pionierów zimnego, mrocznego, niezależnego grania. Koncert, odbywający się w ramach White Trash Aristocracy European Tour, promował album „Necromance (Digital Urban Icons)”, porwał raczej nieliczną publikę. Przyczynił się do tego nie tylko Kay, który opuścił scenę i z gitarą biegał między tymi może pięćdziesięcioma osobami, co muzyka, wciągająca, hipnotyczna. Istotnie, tego wieczoru, słuchając Sunshine, najczęściej przychodziło mi do głowy porównanie z „Disintegration” The Cure. Czesi brzmieli podobnie: monochromatyczne, żywiołowo zagrane kompozycje o hipnotycznym, transowym rytmie. Na płytach Sunshine część tej mocy traci, widząc je jednak na półce, mam jednocześnie przed oczami wysiadającego z pociągu, uśmiechniętego Szwejka, szlachetnych czeskich rycerzy i determinację, by w końcu, tego lata, pojechać zobaczyć Tabor.
© 2005 Jarosław Bytner
1 S. Adamczak, K. Firlej, Czechy, Bielsko-Biała 2000, s. 157.
mroczna.art.pl > Muzyka > Eseje > Tabor — a Sunshine Town?
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput