Swego czasu z kolegą Sławkiem i koleżanką Moniką stworzyliśmy Monique — wirtualną piosenkarkę, wymyśloną w celu wykpienia pozbawionych talentu gwiazdek muzyki pop. Monique nagrała wirtualną piosenkę, udzielała wirtualnych wywiadów, a wszystko dzięki — nomen omen — Wirtualnej Polsce, na stronach której można było zapoznawać się z jej twórczością, oglądać zdjęcia z koncertów (a jakże, wirtualnych) i zamieszczać komentarze.
Śmiechu było przy tych ostatnich co nie miara, gdy zniesmaczeni internauci wytykali w nich brak talentu wokalnego Monice i niedociągnięcia realizatorskie Sławkowi. Jednak gdy na stronie zagościły komentarze pozytywne, takie jak zarąbisty kawałeczek, troszeczkę za prosty, ale troszkę doszlifować i przebój pierwsza klasa, rozbawienie mieszało się z pewną dozą zażenowania. Po prostu nie mieściło się nam wówczas w głowach, że taki chłam może się komuś podobać.
Dziś wiemy, że może. Jesteśmy wszak o parę lat starsi i bogatsi o kilka doświadczeń, jak choćby ogólnopolski sukces w niczym nie ustępującej Monique Mandaryny. Przyjęliśmy do wiadomości i zaakceptowaliśmy ze smutkiem fakt, że masowy odbiorca kupi każde barachło, byle było odpowiednio zapakowane. I tylko czasami, gdy stężenie plastiku w mediach wielokrotnie przekracza dopuszczane przez nas granice, trafia nas szlag.
Tak było 2 stycznia, gdy w bydgoskim wydaniu „Gazety Wyborczej” trafiłem na artykuł zatytułowany „Kulturalne klapy 2005 roku — Największe bydgoskie porażki artystyczne minionego roku”. Zapowiadało się obiecująco — wszak nic bardziej nie cieszy, niż konstruktywna krytyka, której tak nam na co dzień brakuje. Mina jednak prędko mi zrzedła, gdy spostrzegłem, że na pierwszym miejscu wśród tytułowych porażek wymieniony jest fakt nieodbycia się zapowiadanego wcześniej koncertu… Scootera.
Niewtajemniczonym wyjaśniam: Scooter to gwiazda nurtu określanego potocznie mianem techniawy, ucieleśnienie tandety i rozdmuchanej do monstrualnych rozmiarów komercji. A mówiąc już całkiem dosadnie, owo bożyszcze dresiarzy, ów mokry sen Marka Sierockiego jest mniej więcej tym dla muzyki, czym Aleksander Łukaszenko jest dla demokracji. A jednak gości na łamach „Wyborczej” — gazety, której autorom rzekomo nie jest wszystko jedno.
Z początku struchlałem. Czyżby Bydgoszcz do tego stopnia ogarnęła plaga prowincjonalizmu, że niedoszły koncert Scootera urasta w niej do rangi wydarzenia artystycznego? Prędko jednak odrzuciłem tę opcję — są przecież w Bydgoszczy takie miejsca jak klub Mózg, które ratują to miasto przed widmem małomiasteczkowości, przeciwważąc zasypującym je megatonom plastikowego śmiecia. Powód obecności Scootera w „Gazecie” musiał być więc inny. I wtedy do mnie dotarło, olśniło niczym słońce w zimowy poranek — teksty w bydgoskiej „Wyborczej” pisze komputer!
Wraz z nastaniem ery komputerów oblicze mediów zmieniło się bezpowrotnie. Stopniowo przejmowały one zadania wykonywane początkowo na sprzęcie analogowym. Edycja materiału dźwiękowego, obróbka sekwencji wideo — trudno dziś wyobrazić sobie te czynności bez użycia komputera. Jednak prawdziwa cyfrowa rewolucja dokonała się nie w telewizji, nie w prasie, lecz w radiu, gdzie komputer przestał pełnić rolę jedynie narzędzia pomocniczego, stając się czynnym współtwórcą programu. O czym mowa? O playlistach.
Za dawnych czasów, gdy Zetki i Eremefki nie było jeszcze na świecie, praca w radiu nie była wcale łatwym zadaniem. Bycie redaktorem muzycznym wiązało się z posiadaniem niemałej wiedzy muzycznej, nieustannym słuchaniem płyt i wyrabianiem opinii na ich temat. Przede wszystkim jednak zadanie to wiązało się z posiadaniem władzy. Redaktorzy sami bowiem decydowali, jakie piosenki były emitowane. Straszne to były czasy, bo niedobrzy redaktorzy nierzadko dobierali muzykę na przekór słuchaczom — trudną, wyszukaną i nieznośnie ambitną. Doprawdy, słuchanie radia mogło być niekiedy prawdziwym koszmarem.
I wtedy z wybawieniem przyszły komputery, przeganiając złośliwych redaktorów sprzed konsolet i wyręczając ich w doborze muzyki. Tak powstały playlisty, oparte nie na nie widzimisię, lecz na badaniach rynku, pokazujących czarno na białym, czego ludzie chcą słuchać. Każdy w ten sposób wygrywał: wygrywali słuchacze (bo wreszcie dostawali, co chcieli), wygrywali właściciele rozgłośni (bo ich notowania wzrastały), wygrywały ostatecznie komputery (bo przejęły kontrolę nad światem w sposób bardziej wyrafinowany, niż w „Terminatorze” i „Matrixie” razem wziętych).
Redaktorzy nie dali jednak za wygraną. Z czasem, gdy kolejne rozgłośnie powierzały zadanie generowania playlist komputerom, dziennikarze muzyczni zaczęli migrować do gazet — ostatniego bastionu wolnej myśli w mediach. Wiele gazet bowiem — na przekór radiu i telewizji — postawiło nie na notowania, lecz na opiniotwórczość. Chlubiły się (jak choćby „Machina” z jej hasłem Jesteśmy subiektywni) tym, że nad oczekiwania czytelników przedkładają opinie i gusta redagujących je gremiów. Działo się tak z wyjątkiem pism bulwarowych (ale to tak naprawdę telewizja na papierze), no i prasy regionalnej.
Albowiem rynek prasy regionalnej — jak donosi Jerzy Gąsienica-Stonoga w „Zmyślonych bzdurach na tematy różne” — okazał się zbyt mały, by zapewnić poczytność gazetom adresowanym do elit, zmuszając redaktorów regionalnych czasopism do pisania pod publiczkę. I tak toczyli oni wewnętrzne spory, ilekroć przychodziło im napisać notatkę o okradzionym kurniku czy zredagować wzmiankę o sezonowej przecenie w Biedronce. Siłą rzeczy przemycali więc do pisanych artykułów coś od siebie, jak choćby Bogumił Kolano w tekście zatytułowanym „Eksplozja metanu w fabryce gumiaków, a swoją drogą, ostatnia płyta The White Stripes to ekstatyczny majstersztyk alternatywnego rocka”.
Praktykom tym położyć trzeba było czym prędzej kres. I tu również pomocne okazały się komputery, które — opanowawszy umiejętność konstruowania zdań na poziomie szkoły podstawowej — idealnie nadały się do redagowania notatek, wzmianek i innych prasowych tekścików w oparciu o badania rynku, pokazujące czarno na białym, o czym ludzie chcą czytać. Z niekrytą dumą donoszę, że bydgoska „Gazeta Wyborcza” jest jedną z pierwszych gazet w kraju, w której grono redaktorów w całości zastąpiono komputerami. I to tłumaczy obecność Scootera na jej łamach — po prostu, z badania przeprowadzonego wśród mieszkańców miasta wynikło, że dla bydgoszczan koncert Scootera to wydarzenie kulturalne numer jeden.
Dzwoniłem dziś do bydgoskiego działu „Gazety Wyborczej”, by zadać kilka pytań w związku z artykułem. Odebrała automatyczna sekretarka. Zbieg okoliczności?
© 2006 Tomasz Kojder
Tekst dedykuję koledze Sławkowi i koleżance Monice.
mroczna.art.pl > Muzyka > Felietony > Techno(logie) prasowe
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput