Ośmielę się stwierdzić, że jednym z najważniejszych zespołów początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku był, obok np. Nirvany czy Soundgarden, kwintet z San Francisco — Faith No More. W tym kolektywie muzycznych osobowości szczególną uwagę zwracał frontman zespołu — Mike Patton. O jego możliwościach wokalnych powiedziano już wiele, wpisz w googlach „mike patton”, a dostaniesz listę peanów na jego cześć. Od siebie dodam, że, gdyby nasza pani prokurator polskiej sceny muzycznej, czyli Elżbieta Zapendowska posłuchała popisów tego wokalisty, żaden podejrzany o śpiewanie w IV RP nie miałby nadziei na ułaskawienie…
Dziś Faith No More to historia i nie ma co liczyć, że zespół jeszcze kiedykolwiek wejdzie do studia nagrań. Jednak wspomniany Mike Patton udziela się bardzo aktywnie w rozmaitych projektach muzycznych — gościnnie lub też jako ich lider. Możemy go usłyszeć na płytach szalonego — to odpowiednie słowo — Fantômasa oraz na licznych wydawnictwach capo di tutti capi muzycznej awangardy Johna Zorna; dźwięki wydobyte przez Mike’a z krtani mamy szansę odkrywać na albumie Björk zatytułowanym „Medúlla”; Patton śpiewa razem z Jennifer Charles na „Music to Make Love to Your Old Lady By”; wrzeszczy, wyje, sapie i kwęka jak nikt inny na EP-ce post-hardcore’owej kapeli The Dillinger Escape Plan; jest także wokalistą zespołu Tomahawk. Projektów Pattona jest więcej, choćby popowy (w jego rozumieniu popu) Peeping Tom, ale tutaj chcę skupić uwagę na kapeli spod znaku owego indiańskiego topora bojowego (ITB, nie mylić z ATB), a szczególnie na wydanej w tym roku płycie „Anonymous”.
Tomahawk to: Mike Patton — wokal, elektronika, sample; Duane Denison (ex-The Jesus Lizard) — gitara; John Stanier (ex-Helmet) — instrumenty perkusyjne. Na pierwszych dwóch płytach grał również Kevin Rutmanis (The Melvins) — gitara basowa.
Zespół debiutował w 2001 roku albumem zatytułowanym po prostu „Tomahawk”, a w dwa lata później uraczył słuchaczy krążkiem „Mit Gas”. Już od początku recenzenci, być może stęsknieni za legendarnym bandem, który ongi wydał na świat „Angel Dust”, przyrównywali ITB do Faith No More. Szczerze mówiąc nie widzę aż TAK WIELU podobieństw poza tym, że Patton w obu zespołach używa swojego głosu w relatywnie normalny sposób, czyli po prostu śpiewa teksty, z reguły po angielsku. Na self-titled i „Mit Gas” usłyszymy frazę „typową” dla Pattona z czasów FNM. Ale to chyba wszystko, jeśli idzie o porównania. Sekcja rytmiczna w Tomahawk jest równie precyzyjna, co w Faith No More, ale jak dla mnie John Stanier dużo bardziej kombinuje z rytmem od Mike’a Bordina (bębniarz FNM). Tomahawk w zestawieniu z FNM, który wytyczał w muzyce zawiłą funkowo-metalową ścieżkę, zbaczając nierzadko na soulowy gościniec, a nawet nurzając stopę w opływającej wszystko rzece popu, brzmi bardziej awangardowo; otóż nie porzucając metalowego podkładu eksploruje rewiry, po których poruszał się niegdyś eksperymentator Frank Zappa. Jest w surowych kompozycjach ITB sporo absurdalnego humoru, podlanego ambientalnym zacierem ze szczyptą psychodelii. Bliżej mu chyba do Mr. Bungle, innego zespołu, w którym udzielał się Patton, niż do FNM… Debiut jak i krążek „z gazem” są równie dobre. Na obu albumach Tomahawk proponuje słuchaczom podobną formułę i estetykę: dużą dawkę ostrej gitarowej muzyki, zawierającej tropy noise’owe i hardcore’owe, w której ważną rolę odgrywa również elektronika. Twórcy pielęgnują napięcie słuchacza poprzez liczne zmiany tempa i zagęszczanie struktury pojedynczych utworów, te pozostają jednak zwarte i niezwykle spójne. Kawałki jak „Desastre Natural” czy „Sweet Smell of Success” stanowią te fragmenty albumów, które przynoszą odbiorcy wytchnienie, lecz, prawdę powiedziawszy, tylko paliatywnie. Co ciekawe, na „Tomahawk”, a przede wszystkim na „Mit Gas”, znalazło się również miejsce dla miłych dla ucha melodii. Na pewno obydwa wydawnictwa zespołu można zaliczyć do grona najciekawszych muzycznych propozycji ostatnich lat, oczywiście z kręgu szeroko rozumianej muzyki rockowej.
„Anonymous” miał swoją premierę w czerwcu 2007 roku. Tego, co możemy usłyszeć na najnowszym dziele Tomahawk, chyba nikt się nie spodziewał. Z drugiej strony, nie zapominajmy, że mamy do czynienia z zespołem Pattona, twórcy otwartego na wszelkie muzyczne eksperymenty…
Geneza powstania „Anonymous” jest następująca: Duane Denison, zainspirowany swoimi podróżami po indiańskich rezerwatach, podjął poszukiwania muzyki rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, by w efekcie w książkach pochodzących z okresu prezydentury Theodore’a Roosevelta odkryć transkrypcje indiańskich prapieśni. To właśnie one posłużyły za materiał źródłowy trzeciej płyty Tomahawk, której tytuł, jak nietrudno się domyślić, czyniąc zadość prawom autorskim, wskazuje pierwotnych twórców.
Album zawiera 13 utworów, które muzycy ITB zaaranżowali i zagrali w sobie właściwy sposób. Na uwagę zasługuje fakt, że mimo iż trio nie poprzestało na prostym odtworzeniu odnalezionego materiału, kreując nowe, współczesne interpretacje, pieśni nie zatraciły swego plemiennego charakteru. Przez ponad czterdzieści minut trwania płyty dane jest nam obcować z hipnotyczną, pogrążającą w trans muzyką. Denison gra na gitarze oszczędnie, nadając pieśniom odpowiedni surowy charakter; brzmienie bębnów Staniera w połączeniu z basowymi podkładami może oszołomić: to właśnie potężna sekcja rytmiczna rządzi i dzieli w najlepszych kompozycjach na „Anonymous”. MOC wciąż nie opuszcza Pattona, który precyzyjnie i z wyczuciem wykonuje repetowane niczym mantra rytualne zaśpiewy. Do tego dokłada będące jego znakiem rozpoznawczym efektowne (jeśli nie efekciarskie) zawodzenia, szepty i okrzyki… Wokalista odpowiada również za partie instrumentów elektronicznych i sample, które, umiejętnie dozowane, wzmacniają duszny i mroczny klimat albumu. Moim ulubionym kawałkiem na płycie jest „Red Fox”. Jak sądzę, nie pogardziliby nim miłośnicy Massive Attack albo Trickiego. Świetny jest „Ghost Dance”, oparty na prostym motywie gitarowym, naśladowanym wokalnie przez Pattona. Tą nostalgiczną pieśń, z porywającą partią bębnów w drugiej minucie, można by z powodzeniem wykorzystać jako „main title” do jakiegoś obrazu o smutnych losach indiańskiego wojownika. Podobne emocje niesie ze sobą „Crow Dance”, hymn, który kojarzy się z dokonaniami… Bathory z okresu „Hammerheart” czy też „Blood on Ice”. Choć są przecież kompozycje o zabarwieniu radosnym. Skóra ze Starego Szałasu z pewnością uznałby, że dziś nie jest dobry dzień na umieranie, i pokusił się o przytup na dźwięk „Antelope Ceremony” albo „Song of Victory”. Psychodeliczny „Cradle Song” to kawałek, któremu chyba najbliżej do dokonań zespołu z poprzednich albumów, szczególnie debiutanckiego…
Im dłużej słucham „Anonymous”, tym bardziej nabieram przekonania, że jest to jak dotąd ich najlepsze dzieło. Kto wie, czy wśród miłośników muzyki alternatywnej z czasem nie zyska miana albumu kultowego. Choć pewnie znajdą się i tacy, którzy zestawiając płytę z „Mit Gas” i self-titled, będą narzekać na zbytnie odejście zespołu od wcześniej przyjętej formuły, będące rzeczywistą muzyczną woltą, że nawiążę do innego głośnego tytułu ostatnich miesięcy. Ale w końcu indiański topór bojowy w nazwie zobowiązuje…
© 2007 Lech Głowacki
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Ten topór jest oryginalny — indiański…
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput