Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№39 marzec 2010

Twist Kaina, czyli jak odkryłem ciemną stronę bluesa
Maciej „Max Horror” Wacław

W pierwszych latach ostatniej dekady poprzedniego, jak to się wtedy wydawało pokręconego do granic możliwości stulecia, było rzeczą niezwykle istotną posiadanie znajomych ze stałym dostępem do oryginalnych wydań płyt kompaktowych. Płyty kompaktowe, znane również jako „cedeki”, były w latach 90tych XX w. ostatnim krzykiem (wielu myślało, że krzykiem ostatecznym) w walce człowieka z zapisem muzyki na wszelakich nośnikach. Znajomy taki sprawiał, że nie trzeba było ustawiać się w kolejkach w różnego rodzaju „wypożyczalniach” lub „nagrywalniach” płyt CD. Nie trzeba też było wydawać pieniędzy na opłaty związane z tymi miejscami, ani na kupowanie pirackich taśm magnetofonowych dostępnych w rozlicznych punktach handlu obnośno-stałego. Znajomy jak to znajomy, pokręcił nosem, ponarzekał, ale w końcu pożyczył tę kupioną za ciężki szmal w (zachodnio!) berlińskim megasklepie płytowym World of Music lub uzyskaną innymi, sobie tylko znanymi metodami płytę, a my, po paru dniach obcowania ze skarbem w całej okazałości, stawaliśmy się dumnymi właścicielami kasety „master copy”, czyli zawierającej materiał przegrany z oryginału.

Mój „dostawca” należał do osób posiadających dar słowa mówionego i lubił (głównie na odległość przez telefon, oczywiście stacjonarny) informować mnie w szczegółach o tym jak wygląda okładka najnowszego nabytku. Któregoś pięknego wieczoru usłyszałem od niego opis mniej więcej taki: „Stary, co to się dzieje z tym światem, mam tu książeczkę do CD, która rozkłada się w kształcie odwróconego krzyża”. Jego z gruntu chrześcijańskie zadumanie nad kondycją tego łez padołu było mi raczej filozoficznie obce, natomiast od razu poczułem, że płyta obdarzona tak intrygującym dodatkiem musi jak najszybciej znaleźć się w moich rękach. W ten oto sposób (po wyjątkowo wydłużonych negocjacjach) w moim życiu pojawiło się wydawnictwo o wdzięcznym tytule „Danzig II: Lucifuge”.

I nic już nigdy nie było takie jak przedtem.

***

Rzecz jasna, trochę przesadzam. Moje życie nie zmieniło się aż tak diametralnie po wysłuchaniu drugiego pełnowymiarowego krążka zespołu, któremu za nazwę posłużyło swojsko dla nas brzmiące nazwisko jego twórcy, lidera i wokalisty, Glenna Danziga (nota bene usilnie twierdzącego, że jest z pochodzenia Włochem). Nie mogę powiedzieć, że wypełniające go kilkanaście utworów brzmiących jak połączenie wczesnego Black Sabbath granego przez Black Flag z wokalem niczym Elvis z okresu „skórzanego” z elementami Jima Morrisona z przed pierwszego zastrzyku, zmieniły moją filozofię życiową czy też moje poglądy polityczne. Te były już ukształtowane, czekały tylko na odpowiedni soundtrack. Od tamtego dnia, nie musiały szukać dalej.

***

Wiele lat później, już w nowym, jeszcze bardziej pokręconym wieku, który wraz z wieloma ciekawymi zjawiskami przyniósł całkowite niemal wyczerpanie idei wydawania płyt CD przez artystów oraz ich kupowania przez fanów, moje przywiązanie i podziw dla wszystkich rzeczy mających cokolwiek wspólnego z Glennem D. objawiło się światu jako 666 Aniołów (definicja, której próżno szukać w wikipedii: pierwszy i jedyny polski cover-band zajmujący się twórczością zespołu The Misfits, działający w latach 2001-2009). Dlaczego Misfits, a nie Danzig? Otóż po wysłuchaniu tamtej płyty, kiedy to bardzo powoli uczyłem się akceptować swój własny podziw dla całkowicie nowatorskiego połączenia treści okultystyczno-satanistycznych oraz gotyckiej atmosfery z muzyką dotychczas kojarzącą się raczej z fiksacją erotyczno-motoryzacyjną i klimatem taniej speluny, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że kiedyś już przeżyłem podobne muzyczne zadziwienie. Po przejrzeniu zakurzonej już wtedy półki z pirackimi kasetami magnetofonowymi z poprzedniej dekady, znalazłem nieco zapomniane źródło pierwotnych poruszeń: dwie płyty The Misfits na kasetach kultowej wytwórni Takt. Ku swemu zaskoczeniu odkryłem pewne, dość istotne, powinowactwo personalne…

Mimo, że muzyka różniła się znacznie (Misfits z płyty „Walk Among Us” to coś jak Bill Haley and the Comets grani przez wczesnych The Damned po wyjściu z późnego seansu „Rocky Horror”), teksty zamiast śmiertelnie poważnych peregrynacji w świat czarnej magii i sadomasochistycznej erotyki opiewały wyczyny bohaterów tanich horrorów z najniższej półki, a Elvis i Jim w gardle wokalisty byli jeszcze bardzo młodzi i bardzo gniewni, to jednak odczucia temu towarzyszące były podobne: niedowierzanie, że coś takiego mogło w ogóle zaistnieć, przeradzające się w całkowite zaakceptowanie i fascynację. Wśród całej plejady objawień muzycznych, które w okresie młodości przybierały postać głosów w mojej głowie, ten miał pozostać na nieco dłużej.

***

- Cześć Maćku , tu Grzegorz z zespołu November z Białegostoku – głos w słuchawce pobrzmiewał lekkim archaicznym zaśpiewem, jakże miłym moim uszom niewyrodnego dziecka „kresowych” rodziców. – Podobno z Aniołami grasz rovery Misfits. My gramy covery Danziga, więc może pogramy coś razem?

Podlasie to miejsce szczególne. Wiatr od Wschodu. Puszcza. Chłód, mrok, tajemnica, przeszłość. Słowiańska dzikość w sercach. Idealne miejsce dla osób zafascynowanych muzyką niebanalną, stworzone wprost dla wampirów, wilkołaków i żywych trupów (Nie wierzycie? Obejrzyjcie „Flesh Area”, nakręcony przez kilku zapaleńców stamtąd pionierski polski off w stylu gore). Chłopaki z November mają tam świetne warunki do pielęgnacji kultu swego bluźnierczego idola. Bo w tym mroku i chłodzie, w głębokich czeluściach Biebrzańskiego Parku Narodowego, płonie piekielny ogień. Oni potrafią zamieniać go w postać płynną i przelewać do wielkich plastikowych butelek po napojach znacznie mniej piekielnych. Mają też w zwyczaju hojnie się nim dzielić z przybyszami. Wywołują pożary iście infernalne.

I susze, diabelskie susze na drugi dzień…

Na tamtą propozycję przystałem z ochotą, po to aby wkrótce zdobyć się na kontrpropozycję, również ochoczo przyjętą. Zamieniło się to w cykliczne wspólne granie, nasilające się w okolicach końca października. W końcu wtedy zbliża się listopad, a listopad to miesiąc, kiedy Aniołów jest dokładnie 666…

Czy coś w tym rodzaju…

***

Dygresja geograficzno-biograficzna: New Jersey to nie jest miejsce odwiedzane dlatego, że chce się je odwiedzić. Albo się tam urodziłeś i bardzo chcesz się wynieść, albo mieszkasz bo jest taniej niż gdzie indziej (ale też wolałbyś się wynieść), albo przejeżdżasz w drodze do „gdzie indziej” i coraz mocniej naciskasz pedał gazu. Jeśli tam jednak zostaniesz, uważaj: marazm, brak perspektyw, depresja, małomiasteczkowość i przestępczość (tak tak, pan Soprano i jemu podobni to chyba jedyni zadowoleni rezydenci) dopadną cię bardzo szybko. Myśli morderczo-samobójcze owładną tobą szybciej niż zdążysz powiedzieć: Bruce Springsteen, John Bon Jovi lub Billy Joel. A jeśli nie, to ci trzej dorwą cię zanim pomyślisz „spadam stąd”.

Chyba, że założysz kapelę, której za nazwę posłuży tytuł hollywoodzkiego filmu z przed lat, pamiętanego głównie ze względu na śmierć trójki głównych aktorów w przeciągu 5 lat od jego nakręcania, a przy okazji wymyślisz nowy gatunek muzyczny. Potem inni określą go jakimś dziwnym ale chwytliwym mianem, dajmy na to, horror punk.

Kiedy znudzi ci się granie w tej kapeli, odejdziesz i założysz drugą, z nazwą nawiązującą do niezwykle popularnego w twoim kraju święta duchów, ale w tak dziwnym języku, że nikt nie będzie jej potrafił właściwie wymówić, nawet ty sam.

W końcu dasz się namówić słynnemu i kontrowersyjnemu producentowi na zmianę nazwy kapeli na twoje nazwisko (Bon Jovi potrafi jednak inspirować…), zmianę brzmienia i wyjście z podziemia. Dzięki temu zrobisz wielką karierę, zarobisz sporo kasy, będziesz miał parę hitów na MTV.

Napiszesz nawet utwór specjalnie dla wielkiego gwiazdora muzyki country, który na stare lata również padł łupem podstępnych działań tego samego producenta. Potem, już w twoim wykonaniu, kawałek, mimo bardzo poważnego tekstu, zostanie umieszczony w czołówce wielkiego hitu komediowego wyprodukowanego w Hollywood.

Ach, no i wyjedziesz w końcu z New Jersey.

W międzyczasie twój kumpel, bez twojej zgody, dzięki korzystnemu wyrokowi sądu w ciągnącej się latami sprawie, reaktywuje ten pierwszy band. Bez ciebie, rzecz jasna. Nagrają nawet parę fajnych płyt, ale głównie będą trzepać kasę na wciskaniu dzieciakom gadżetów (np. świec zapachowych, odświeżaczy powietrza do aut, śpioszków dla niemowląt itp.) z tytułem tamtego filmu.

Z Jersey nie wyjadą nigdy.

Aha, na całym świecie będziesz miał mnóstwo cover bandów. Czyli kapel zajmujących się tylko i wyłącznie odtwarzaniem twojej twórczości. Czyli kompletnych odchyleńców, prawie takich jak ty sam.

W tym (przynajmniej) dwie w Polsce.

Dla niezorientowanych, powyższe akapity odnoszą się do: filmu The Misfits (polski tytuł „Skłóceni z życiem”) i grających w nim Marilyn Monroe, Clarke’a Gable oraz Montgomery Clifta, pogańskiego święta Samhain (prawidłowa wymowa w języku staroceltyckim sełin), Ricka Rubina, Johnny’ego Casha i utworu „Thirteen”, filmu The Hangover (polski tytuł „Kac Vegas”) i Jerry’ego Only.

***

- Cześć Maćku, tu Grzegorz z November. Wpadłem na pomysł. Chcę wydać tribute album Danziga z kawałkami w wykonaniu polskich kapel, piszesz się? Pomysł wydał mi się cudowny i szalony. Co za tym idzie, nie tyle się na to pisałem, co entuzjastycznie zgłosiłem chęć wypełnienia nieistniejącej jeszcze płyty niezliczonymi wersjami kawałków Glenna. No dobrze, tego też nie zrobiłem. Zaproponowałem, że chętnie nagram coś z Aniołami, a jeśli Grzegorz się zgodzi to przekonam do tego pomysłu kolegów z drugiej z moich formacji, The Cuffs.

Z Aniołami na samym początku grania mieliśmy w repertuarze „Twist of Cain”. Ponieważ ostatnie nasze produkcje polegały m.in. na śpiewaniu tekstów The Misfits po polsku, postanowiłem, że i ten, jeden z pierwszych utworów stworzonych pod szyldem Danzig, przełożę na nasz przepiękny język ojczysty. Tak uczyniłem, a przy okazji kawałek ten stał się ostatnim akordem w działalności kapeli (dzięki Mały!)

Z The Cuffs zastanawialiśmy się trochę dłużej, ale padło na utwór najoczywistszy z oczywistych. „Mother”, danzigowski apel do rodziców o wypuszczanie dzieci z domu na jego koncerty (spłycam, ale tylko trochę) postanowiliśmy jednak zrobić po swojemu, stąd pseudo-jazzowy wstęp, zmieniona aranżacja i trochę inna linia wokalu.

W obu przypadkach najważniejsze jest to, że dodaliśmy do oryginałów coś od siebie. Tym samym tropem poszła większość wykonawców na płycie. Zabrakło na niej co prawda zadeklarowanych na wstępnym etapie produkcji największych tuzów polskiej sceny metalowej (wiadomo, brak czasu, są nowe płyty do nagrania, nowe światowe trasy do zagrania , nowe tabloidy, w których jeszcze nie było naszych zdjęć…), myślę jednak, że wyszło to na dobre wydawnictwu. Kapele są mniej znane, bardziej podziemne, jednak jakość nie ucierpiała wcale, za to jest mnóstwo pasji. Gatunkowo jest różnorodnie: przeważa co prawda metal w najróżniejszych odmianach (od symfonicznego Soneillon, przez deathowy Hyperial, thrashowych The No-Mads, po stonerowy Death Denied, a są też inni), ale jest też kilku wykonawców o brzmieniu zdecydowanie grind (Dead Infection, Feto In Fetus), punk (Dumbs, Vulgar), a nawet „I’m The One” w stylu rockabilly (The Kolt). Ciekawostkę stanowi zespół Cochise, którego wokalista to znany aktor młodego pokolenia Paweł Małaszyński. Idol nastolatek znakomicie poradził sobie z jednym z mniej znanych kawałków Danziga, „Lick The Blood Off My Hands”.

Płytę rozpoczyna nie kto inny jak November potężnie brzmiącą wersją „Heart of the Devil”. Powiem to w końcu publicznie: jeśli Gajos, wokalista zespołu, nie jest spokrewniony z Glennem Danzigiem w linii prostej, to ich gardła zostały wykute i zahartowane w tym samym kręgu piekielnym. Barwa, sposób artykulacji, intonacja idealnie takie jak w oryginale. Rewelacja!

A może to zasługa biebrzańskiego ognia w postaci płynnej?

***

Zawsze podejrzewałem, że Glenn Danzig to reinkarnacja Roberta Johnsona, legendarnego bluesmana, który sam utrzymywał, że sprzedał duszę diabłu. Z tym, że w obecnym wcieleniu to on staje na rozstaju dróg i czyha na dusze naiwnych poszukiwaczy sławy.

„The Dark Side Of The Blues” to zatem tytuł idealny dla takiej składanki. No dobrze, może ‘dark, dirty, hard, angry and sexy’ pełniej oddawałoby naturę tego tribute album i jednocześnie muzyki na niej odwzorowywanej. Ale ciężko byłoby to zmieścić na małej okładce jednego z 666 egzemplarzy CD wydanych przez Black Fox Records.

Nie mnie oceniać jakość tego wydawnictwa, zbyt bliskie jest memu sercu. Myślę jednak, że to dobrze, że jest. To dobrze, że istnieją tacy wariaci jak Grzegorz z Białegostoku, którzy wpadają na tak szalone pomysły i mają wystarczająco wytrwałości i cierpliwości, żeby je zrealizować. Zaznaczmy: bez jakiejkolwiek pomocy przemysłu muzycznego, oficjalnych mediów i tym podobnych instytucji kontroli umysłu. Niech więc wybrzmiewa w pełni, niosąc swoje mroczne i ponure przesłanie od niedostępnych mateczników Podlasia aż hen po bezkresne wysypiska śmieci New Jersey.

© 2010 Maciej „Max Horror” Wacław

mroczna.art.pl > Muzyka > Eseje > Twist Kaina

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput