Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№23 listopad 2007

Wciąż Legendarni (The Legendary Pink Dots, Mózg, Bydgoszcz, 20/10/07) Jarosław Bytner

Dla kogoś nieco na bakier z zawartością płyt The Legendary Pink Dots, a może po prostu zagubionego tego wieczoru w Mózgu, lecz pewnie także i dla wielbicieli grupy, pierwsze pół godziny koncertu Holendrów, było nie lada próbą charakteru. Oto pełne barw i emocji pejzaże sąsiadowały z próbkami twórczości porównywalnej z osiągami moimi czy moich równie uzdolnionych kolegów sprzed dwóch ponad dekad, gdy między kolejnymi mostami „River Raid”, wyzyskiwaliśmy Atari, by zadośćuczynić naszym kompozytorskim i wykonawczym talentom. Doprawdy, płynna jest granica między geniuszem a szarlatanerią. Tak jak pomiędzy oniryczną przestrzenią a twardym snem, pomiędzy melodią a tępo wystukiwanymi dźwiękami… Na początku koncertu więc na dwoje babka wróżyła: muzycznie wieczór mógł zakończyć się różnie, ale rozwinął się w kierunku najlepszym z możliwych. Pewnym symbolicznym zagarnięciem słuchaczy w magiczną zonę Legendarnych było wmieszanie się Nielsa van Hoorna w publikę, zwyczaj praktykowany zresztą przez zespół odkąd pamiętam ich występy w Polsce. Tym razem muzyk miał o tyle utrudnione zadanie, że musiał przedrzeć się przez rzędy siedzących na podłodze, potem tych na krzesłach, by w końcu dotrzeć do tych, co na nogach (skądinąd muzyka TLPD nie należy znów do aż tak konceptualnych, by jej percepcja wymagała umoszczenia się na siedzisku). Niels obchodził więc słuchaczy w saksofonem, wewnątrz którego zamontowano halogenową żarówę, a z niej smugami bądź snopem światła częstował fanów. Pulsująca, transowa muzyka z każdą chwilą, powoli acz nieubłaganie, wchłaniała słuchaczy. Zaczynało być naprawdę bardzo dobrze. I pierwsze dźwięki „Just a Lifetime”… A potem utwór kolejny, wciągający, rozbudowany, z neurotycznym zaśpiewem Ka-Spela i zespół schodzi ze sceny. Może godzina grania, więc pewnie jakaś przerwa — myślę sobie — i wrócą. Wrócili za chwilę, zawróceni ogromnym aplauzem publiki.

Nie jednak po to, aby zagrać drugą część koncertu, ale bisy, jak się okazało. Przy takich utworach nomenklatura nie ma jednak żadnego znaczenia. Najpierw więc „I Love You In Your Tragic Beauty”, tylko z akompaniamentem gitary akustycznej, krótszy niż na płycie, bo bez końcowej, syntezatorowej repetycji głównego motywu, ale przecież niezmiennie piękny. I drugi w tej odsłonie bisów, kolejny klasyk: „Princess Coldheart”. I znowuż schodzą i zawróceni jeszcze silniejszą burzą oklasków znów na scenę wchodzą. Grają teraz rozbudowany utwór z powtarzającym się motywem przypominającym nieco bolero i już na koniec „Hellsville”: agresywny, porywający (nawet tych okupujących krzesła), odsłaniający to szaleńcze, frenetyczne oblicze zespołu. Jak szaman, w czarnej szacie, Ka-Spel (wiadomo przecież, vox inhumana), zaklinał emocje. I co by nie powiedzieć o brakach zespołu w czasie tego występu: instrumentalnym (przede wszystkim perkusji), personalnym (tylko czterech muzyków) czy innego typu wpadkach, Ka-Spel i jego koledzy posiedli, o czym naturalnie wiadomo nie od dziś, jakiś szczególny rodzaj magii. A że wywoływanie jej i umiejętność obdarowywania nią słuchaczy przychodzi im z taką łatwością, cóż, potwierdza to tylko, jak wielkim darem sami zostali obdarzeni.

Reakcja publiczności dość szczelnie wypełniającej klub i przyjmującej zespół z ogromnym entuzjazmem, emocjami i tupotem, nie pozostawia wątpliwości, jakim statusem cieszą się Holendrzy w Polsce. Tak — rzeczywiście: wciąż są Legendarni!

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Wciąż Legendarni

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput