Niezwykle frapujący był to muzycznie wieczór. I że najlepszy koncert, jaki widziałem w ciągu paru ostatnich miesięcy, też nie ma żadnych wątpliwości. W Mózgu (dzień wcześniej w poznańskich Kisielicach: i były to jedyne koncerty The Paper Chase w Polsce w czasie ich europejskiej trasy) spotkały się dwa zespoły obdarzone darem magnetycznego oddziaływania, wciągania słuchacza w tyle piękną, co niepokojącą i tajemniczą sieć dźwięków. I choć każda z formacji hołduje innej estetyce, oba występy w harmonijny, naturalny sposób złożyły się w wyjątkową opowieść.
Reprezentujący honory miejscowych George Dorn Screams, prócz prezentacji paru nowych utworów, odegrał oczywiście „Snow Lovers Are Dancing”, swój znakomity debiutancki album z końca ubiegłego roku. Na żywo kompozycje z tej płyty brzmią równie hipnotycznie i potężnie. Nie to, żebym się dziwił, tylko potwierdzam. W zasadzie jedynym mankamentem tego występu był niekiedy słabo, a bywało, że nawet w ogóle niesłyszalny głos wokalistki. Ale i tak nie umniejsza to jakoś zasadniczo piękna zjawiskowej, melancholijnej podróży w jaką zabrali nas młodzi bydgoscy muzycy, odsłaniając zawsze fascynujące pejzaże w tonacjach cold wave, Bristol sound (ze wskazaniem na Portishead) czy, powiedzmy, ostatnich albumów The Gathering. Koncert George Dorn Screams został oczywiście przyjęty owacyjnie. Wydawało się zresztą, że sporo słuchaczy przybyło właśnie przede wszystkim dla nich, bo po występie GDS nastąpił częściowy odpływ publiki, choć pewnie tłumaczyć można to także dość późną porą, kłopotami z powrotem miejską komunikacją, etc. Nieważne zresztą — powinni zostać.
Bo The Paper Chase to uderzenie skumulowanej energii. To goście z tej rodziny amerykańskiego undergroundu, których koncerty budzą niedowierzanie: że można grać tak dobrze, z takim zaangażowaniem, tak emocjonalnie! I najlepsze jeszcze, choć przecież oczywiste: że w Polsce, jak wiele innych kapel tej proweniencji, są zupełnie nieznani. Ale traktuję to raczej jako dość częste déjà vu: ot choćby na początku lat dziewięćdziesiątych podobnych refleksji i urzeczeń doznawałem w Poznaniu na koncertach Circus Lupus, Lungfish i tuzach z Amphetamine Reptile Records: Chokebore, Cows, Hammerhead, Guzzard czy Today Is The Day, grających w osiedlowym klubie „Słońce”, „Eskulapie” czy Starym Browarze (tam pewnie dziś nikogo z tych ludzi o nietypowej aparycji by nie wpuszczono; o publice nie wspominając).
Amerykanie, wracając do sprawy, z miejsca huknęli publiczność w twarz hardcorowym ciosem z „God Bless Your Black Heart” z 2004 roku. Goście z Dallas przyjechali jednak do Europy przedstawić swoje ostatnie dzieło: płytę z 2006 „Now You Are One of Us” i z niej właśnie utwory grane były tego wieczora przede wszystkim. Koncertowy ładunek energii The Paper Chase był doprawdy porażający. Być może, taka refleksja naszła mnie już po przesłuchaniu płyt i poznaniu historii w nich opowiadanych, że gdyby w muzyce Johna Congletona nie było tyle frenetycznej żywiołowości, to jego formacja, właśnie przez tematykę poruszaną w tekstach, kwalifikowałaby się do pierwszej piątki najbardziej depresyjnych zespołów świata. Muzyka, w jakimś stopniu przynajmniej, rozprasza mrok tych opowieści: połamany hardcorowy rytm, noise’owa motoryka, nerwowość awangardowego jazzu, a gdzieś w tle obłąkane, samplowane głosy. Na żywo mieliśmy dołożoną ciekawą wizualizację: Congleton, niepozorny blondyn, jakby opętany przez wszystkie duchy straszące na płycie i sprawiający wrażenie człowieka zupełnie pozbawionego układu kostnego, owinięty wokół statywu śpiewał, deklamował, wykrzykiwał te swoje historie o strachu i zjawach. Weaver, olbrzym w przykrótkich spodniach i długą szpiczastą brodą, wywijał basem i podśpiewywał z grającym na keyboardzie Kirkpatrickiem refreny. Perkusista walił w bębny bez opamiętania, w przeciwieństwie do wytonowanego jegomościa z wiolonczelą, który przez większość koncertu siedział na kolumnie, palił fajki i patrzył na kolegów, ale — muszę przyznać — jak miał trochę czasu to całkiem klimatycznie włączał się do wyczarowywanej przez nich kaskady dźwięków.
Życzyłbym sobie więcej tak udanych, inspirujących poznawczo i emocjonalnie koncertowych wieczorów. Obu zespołom w jakiś sposób udało się stworzyć dwuaktową spójną opowieść mającą źródło w niepokoju i zagubieniu współczesnego człowieka. Gdy jednak George Dorn Screams to niepozbawionego rockowego nerwu zimowa podróż, smutek i melacholia, The Paper Chase to już zaawansowane stadium strachu i obłędu. Bydgoszczanie koncertują w kraju, można więc ich posłuchać oraz zobaczyć. The Paper Chase, trzeba wierzyć, może jeszcze przyjadą. A że warto ich poznać, spotkać raz jeszcze, jest już kwestią aż nadto oczywistą…
© 2007 Jarosław Bytner
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Wieczór z duchami
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput