Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№13 grudzień 2006

W sprawie powrotu singla Jarosław Bytner

Oczekujących, że w końcu napiszę coś ciekawego, od razu informuję, że nie będą to rozważania podejmujące jakże ekscytującej istoty związków między osobami przeciwnej (bądź tej samej) płci, czy więcej nawet: topowych ostatnio relacji między sobą i sobą, ale parę uwag na temat płyty muzycznej, płytki w zasadzie. Skłania mnie to tego nawet nie ostatnio zaobserwowane zdarzenie w bydgoskim Media Markcie, gdzie jegomość z uporem wartym lepszej sprawy dociekał, dlaczego akurat na tym krążku znajdują się tylko dwie piosenki i czemu rzecz taka nazywa się singel (więc jednak także dla), ile kwestia nieobecności singli, singli DVD, EP w krajowej dystrybucji. Czyli, krótko mówiąc, kolejny objaw niedowładu muzycznego obiegu w Polsce.

Nie wiedzieć czemu w niektórych częściach świata pojawienie się nowego albumu zapowiada singel. W Wielkiej Brytanii, dajmy na to, w wersji standardowej, wygląda to tak: 7” analog z dwoma utworami, kompaktowy z takim samym zestawem oraz maxi z czterema piosenkami (lub trzema i video). Niektóre zespoły dodają do tego singel DVD. I tak przy okazji promocji płyty (produkt sprzedaje się przecież cały czas!) parę razy. Zadowolenie obopólne: muzycy, wytwórnie oraz sprzedawcy zarabiają, fani z wypiekami na twarzy wzbogacają swoje kolekcjonerskie zbiory. Bo, jak wiadomo, znaleźć można na tych płytkach utwory niepublikowane, wersje alternatywne, zmiksowane, koncertowe, covery i wszelkie inne ciekawostki. A i koszt zakupu niewielki: analogowy 0,99 pensów, kompaktowy zwykły 1,99 funta, maxi i DVD po 2,99. Do tego ceny, to prawie niewiarygodne, zazwyczaj są takie same i na stronie internetowej zespołu (czy labela), i w sklepie.

Skąd więc ich nieobecność w Polsce? Nie można tego w łatwy sposób wytłumaczyć schedą po PRL-u, bo przy całej fonograficznej atrofii tych czasów (zwłaszcza w edycji muzyki rockowej), single akurat też były wtedy tłoczone. Minęło zresztą przy tym bez mała dwadzieścia lat, w ciągu których płyta kompaktowa skutecznie skolonizowała także polski rynek. Tu rzeczywiście zmiana nastąpiła całkowita i niepodważalna. A to, że obecność na tym rynku singli w ilości śladowej wynika pewnie tak z przyzwyczajenia (czy raczej jego braku) słuchaczy, jak i z medialno-dystrybucyjnej polityki. Być może polscy odbiorcy nie czują potrzeby poznawania z małej płyty najnowszych dokonań swych ulubieńców, ani też kolekcjonowania takich wydawnictw. Być może też nie bardzo mają ochotę, a niekiedy po prostu możliwości, by wydać — w najlepszym wypadku — kilkanaście złotych (widziałem ostatnio i w Empiku i w Media single Franza Ferdinanda za prawie 37 zł — sic! — 1,99 funta w UK!) za dwie piosenki. Polscy wykonawcy także nie mają w zwyczaju wydawać płytek promujących album (inna sprawa, że specjalnie nie ma także co promować). Ostatnio wydany EP „Other Stories” Anity Lipnickiej i Johna Portera to rzadki przykład odstępstwa od tej reguły: myślę tu oczywiście o pomyśle wydania tego minialbumu, a nie jego zawartości.

Zapewne nie jest to także jakiś wyjątkowo dobry interes dla sprzedawców. Takie przynajmniej sprawia to wrażenie. Szczególnie uderzające jest to we wspomnianych już dużych sieciach handlowych, które zresztą w wielu przypadkach nie są w stanie realizować także innych indywidualnych zamówień. Osobiście zamawianie czegokolwiek w Empiku czy Media Markcie uważam za bezcelowe. Wynika to zapewne z faktu, iż sieci te nie sprowadzają płyt z wytwórni, ale z innych swoich oddziałów. Skutkuje taka polityka tym, że jeśli dany tytuł się skończył, to — przepraszam za truizm, debilizm właściwie, ale dobrze oddający specyficzną filozofię rynkową wymienionych — już go nie ma. Albo niekiedy, co prawda, na stanie figuruje, ale tylko wirtualnie. Zresztą czekanie za płytą od stycznia do sierpnia pozbawione jest jakiegokolwiek sensu, wyłączywszy może aspekt hartowania woli. Z drugiej jednak strony, gdyby nie owe markety z mydłem i powidłem, to specjalnie, poza internetem, nie byłoby gdzie płyt kupować. Sklepików muzycznych na lekarstwo, specjalistycznych prawie wcale. A i ceny w tych, które pozostały, mało życiowe. Zresztą były one takie nawet wtedy, gdy wspomniane korporacyjne molochy jeszcze nie istniały.

Jedynymi dobrze ustawionymi w tej naszej sytuacji mizerii singlowej są tak naprawdę fani Depeche Mode. Szacowna Mute w zasadzie mogłaby skoncentrować się wyłącznie na wydawaniu singli DM, bo ich fani czyszczą półki z wszystkiego, co posiada na okładce te dwie magiczne litery. Takie oddanie oraz kolekcjonerski zapał fanów naprawdę rozumiem i doceniam. Równe skrzypce grają tu oczywiście specyfika polskiej fascynacji tą grupą z mobilnością angielskiej wytwórni. Ciekawe jest wszakże to, że podobne silne lobby ma w Polsce parę innych grup uznawanych przez rodaków za tzw. kultowe, np. The Cure, a znalezienie ich płytek to wyzwanie nie lada. Szczęśliwi więc kibicujący DM, resztę zainteresowanych zapraszam do zakupów w necie albo na zagraniczną wycieczkę.

Co więcej, jeśli chwyci pomysł ostatnio promowany w kampanii „Zagraniczna płyta — polska cena. (Sugerowana cena tylko 29.99 zł)”, to niedługo osoby alergicznie reagujące na tandetę i bezczelność w ogóle będą musiały przestawić się na te sposoby nabywania płyt. Protekcjonalne potraktowanie słuchacza w Polsce i innych krajach środkowoeuropejskich zaiste budzi najpierw najwyższe zdumienie, potem oburzenie, eufemistycznie rzecz ujmując. Skąd znalazłem w sobie tyle jeszcze naiwności, jakichś urojeń, że „zagraniczna płyta” to także „zagraniczna edycja”: taka jakość poligrafii, książeczka z tekstami, etc.? Nie dwie wymięte kartki. Edycje tych płyt przypominają „piraty” z połowy lat dziewięćdziesiątych, bo od dzisiejszych dzieli je już znaczny dystans. Nie wiadomo też, czy śmiać się, czy płakać oglądając narodową flagę z dodanym — gdyby ktoś miał wątpliwości z identyfikacją — dopiskiem „wydanie polskie”, subtelnie wkomponowanym w okładki płyt. Koneserzy mogą znaleźć także m.in. wydania przeznaczone na rynek bułgarski czy słowacki. Nawet zastanawiałem się przez chwilę, czy takiego kuriozum nie kupić. Porównałem więc najnowszy The Killers: dziwoląga z oryginałem („oryginalnym oryginałem”, tj. sprzedawanym w zachodniej części Europy: czemu nie ma edycji angielskiej czy niemieckiej?), i uczucie niesmaku jednak zwyciężyło. Specjalnie nie ma się jednak co przejmować czy znęcać, obejść szerokim łukiem i mieć nadzieję, że ta wydawnicza hucpa pozostanie zdarzeniem incydentalnym.

Single pozostają w Polsce na marginesie muzycznego obiegu. Prawdopodobnie dlatego, że nie ma w naszym kraju ani tradycji ich słuchania czy kolekcjonowania, ani możliwości — różnej zresztą proweniencji — by je kupować. Żadna to oczywiście katastrofa: naprawdę zainteresowani i tak do nich dotrą. Pozostają także wciąż niewykorzystanym sposobem promocji zwłaszcza dla młodych, początkujących zespołów. Wiele przecież formacji właśnie dzięki nagraniom singlowym bądź minialbumom zdobyło europejską czy światową sławę. Znajdowały przy tym, zazwyczaj przynajmniej, odpowiednio zainteresowanych ich karierą wydawców, właściwą promocję, rozgłośnie radiowe, dystrybucję, itd. Ale to wszystko to tematy już zupełnie innych historii.

© 2006 Jarosław Bytner

mroczna.art.pl > Muzyka > Felietony > W sprawie powrotu singla

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput