Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№4 styczeń 2006

Wszyscy musimy umrzeć… (Nick Cave and the Bad Seeds, Wrocław, Hala Ludowa, 25/5/01) Jarosław Bytner

Mogę nawet przyznać, że recenzja trochę po czasie, czytając, proszę więc traktować ją nie tylko jako refleks z ostatniego polskiego występu Nicka Cave’a, ale także jako noworoczne życzenie, by rok 2006 był koncertowo ciekawszy, niż ten ostatni…

Największy zapewne, przynajmniej z punktu widzenia i słyszenia fana, problem z koncertami artystów takich jak Cave bierze się z nadmiaru ich dokonań, nieuchronnego rozdźwięku między bogactwem repertuaru a ograniczoną czasem sceniczną prezentacją. Tak więc potwierdzenie estradowej klasy wykonawcy polega chyba na sztuce pozostawienia słuchacza w stanie błogości, takiego ukontentowania, w którym ani nie potrafi, ani nawet nie próbuje przypomnieć sobie ulubionego utworu, jakiego akurat tego wieczoru nie zagrano. Jedenaście albumów nagranych z The Bad Seeds, z ostatnim, promowanym właśnie w czasie europejskiej trasy „No More Shall We Part”, stawiało zatem Cave’a w sytuacji trudnego wyboru przed wymagającą polską publicznością i — co więcej — indywidualnymi preferencjami każdego z obecnych tego dnia w Hali Ludowej.

Koncert zaczyna jeden z najpiękniejszych utworów ostatniej płyty „Fifteen Feet Of The Pure White Snow”, potem „Oh My Lord”, oba w dynamicznej, potężniejszej niż na płycie, aranżacji wprawiającej zastępy pod sceną w kołysanie. Kolejne dwie opowieści pochodzą z „Let Love In: Red Right Hand” i „Do You Love Me?”. Koncert nabiera tempa, z mojej jednej strony ktoś rozochocony z całych sił domaga się „Mercy Seat!”, z drugiej ktoś inny równie głośno wykrzykuje pierwszy wers „From Her to Eternity”: I wanna tell you about girl! The Bad Seeds kołyszą jednak publiczność w najlepsze: „The Weeping Song” z „The Good Son” i znów z ostatniej płyty: „Hallelujah”. Jest i „Lucy”, i tak oczekiwany „The Mercy Seat”, z leniwym początkiem i porażający finałem. Potem równie przebojowy „Papa Won’t Leave You”, „Henry”, a między nimi nowsze: „No More Shall We Part”, „Lime Tree Arbour”, „God Is in The House”, „Gates to the Garden”. I jeden z najwspanialszych momentów koncertu: Now one of the old stuff, from our first album, someone of you knows it, someone don’t. I zaskoczenie, to wcale nie „From Her to Eternity”, ale „Saint Huck”. Tych, którzy znają przechodzą dreszcze, oto zostaje przywołana nowofalowa, apokaliptyczna atmosfera początku lat osiemdziesiątych. Ciemna scena rozbłyskuje zimnym, białym światłem. Nerwowe skandowanie Cave’a i to surowe, przejmujące brzmienie, tak bliskie The Birthday Party. Jeszcze jedna ballada i Cave dziękuje publiczności. Grali godzinę i dwadzieścia minut, nie trzeba więc długo zachęcać muzyków do ponownego wyjścia na scenę. Rozpoczynający „The Boatman’s Call into My Arms”. Cave nie odchodzi od pianina i gra kolejna balladę z „No More Shall We Part”. Drugi bis to dwa utwory. Przed ostatnim Cave tłumaczy, iż ten jest tak długi, że na koniec powinien zadowolić wszystkich, co więcej, na potwierdzenie swoich słów, by móc go odśpiewać, prosi o ściągę z tekstem. Wypada mu wierzyć, gdyż 13 niekrótkich zwrotek „The Curse of Millhaven” może stanowić obciążenie dla każdej pamięci. Publiczność znów występuje w roli kilkutysięcznego chóru The Bad Seeds, radosnym zaśpiewem potwierdzając niewesołą prawdę:

La la la la La la la lie
All God’s children have all gotta die.

I więcej bisów już nie było. Może zresztą i trudno o lepsze zakończenie koncertu Cave’a, niż ta pełna makabry i zbrodni ballada wyśpiewana z taką energią. Sprawdzona to bowiem prawda, że właśnie mroczna, smutna muzyka przynosi jakiś szczególny rodzaj pocieszenia. Opowieść o Loretcie, jak i inne z „Murder Ballads”, różnią się wszakże od pozostałych tym, iż najważniejsza dla Cave’a, integralna tematyka miłości i śmierci, zostaje tu potraktowana z ironicznym dystansem, ujęta w formę melodyjnych przebojów. Niemniej w odniesieniu do całej jego twórczości prawda o katartycznym działaniu pesymizmu wydaje się niepodważalna.

Wrocławski koncert Nicka Cave’a i The Bad Seeds trwał prawie dwie godziny. Ani to krótko, w Düsseldorfie zagrali podobno godzinę i czterdzieści minut, ani długo, gdyż wciąż pozostaje w pamięci trzygodzinny set The Cure z kwietnia 2000 roku w Łodzi. Organizacja koncertu była taka, do jakiej człowiek przez lata zdążył się przyzwyczaić: prawie godzinne opóźnienie w otworzeniu wrót Hali Ludowej (kłopoty techniczne), wpuszczanie paru tysięcy ludzi przez jedno wejście, nagłośnienie pozostawiające sporo do życzenia. Nie było szczególnie efektownych świateł, wymyślnej scenografii. Mick Harvey i Blixa Bargeld byli statyczni, na scenie szalał za to grający na skrzypcach Warren Ellis i przede wszystkim Cave, z którego przez ponad dwadzieścia lat koncertowania nie uszła punkrockowa werwa. Program koncertu został oparty na prostej zasadzie kontrastu, zmienności nastrojów: nowego materiału ze starym, liryzmu oraz rockowej żywiołowości. Trudno, by tak pomyślana kompozycja złożona z utworów „No More Shall We Part” i tych najbardziej lubianych nie zadowoliła wielbicieli talentu Cave’a. Cień niedosytu i rozżalenia kładł się może tylko przez te niedługie dwie godziny, ale we Wrocławiu 25 maja był i tak piękny, słoneczny dzień.

© 2001 Jarosław Bytner

mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje koncertów > Wszyscy musimy umrzeć…

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput