Powiedzieli w telewizji, że mamy zespół grający alternatywny pop. O! — w końcu — pomyślałem, już planując, zaskoczony tą nieprawdopodobną wiadomością, podróż trasą Rzeszów — St. Tropez. A druga płyta Płynów (debiutowali „Płynami” w 2007 r.) to przekonujący zapis rozległych muzycznych zainteresowań i fascynacji warszawskiego zespołu. Różnorodność jest tu zasadą kompozycyjną, realizowaną tak przez wyzyskanie wielu gatunków muzyki, ale także widoczną w tekstach piosenek, ich języku, sposobie opowiadania historii, jak również, w pewnym sensie, w ich wielojęzyczności.
Wszechstronne osłuchanie Płynów i inspiracja wieloma stylistycznymi formułami, z wyłączeniem tych cięższych odmian rocka (może zespół zajmie się nimi na następnej płycie), skutkuje dość komfortową sytuacją dla słuchacza, bo czego by nie słuchał, przynajmniej jedna piosenka na tym albumie na pewno mu się spodoba. A więc znajdzie tu coś dla siebie fan popu, reggae, rockowego przyłożenia, jazzu, doorsowskich pasaży, piosenki francuskiej (choć, że „French Is Strange” od jakiegoś czasu już powszechnie wiadomo), miejskiego folkloru.
Podobnie można by powiedzieć o tekstowej różnorodności piosenek. Historie opowiadane na „Rzeszów — St. Tropez” ogólnie, bo literacko ich jakość także jest różna, należy uznać za interesujące. Decyduje o tym przede wszystkim skłonność autorów (Igor Spolski, Zuza Warso, Szymon Tarkowski, Kasia Priwieziencew) do opisywania tego, co wokół w zawsze inspirującej poetyce estetycznych deformacji, ze szczególnym wykorzystaniem absurdu. Patronat (czy jeden z patronatów) został zresztą przywołany explicite w piosence „Dalekie Są Kraje” tekstem Edwarda Leara, klasyka poezji niepoważnej. Całkiem poważne bywają za to tematy innych opowieści, traktujące o różnych paranojach dopadających współczesnego mieszkańca miast („Uniwersam Grochów”, „Metrosexuality”, „Chiński Szajs”, „Communication Breakdown”), ale też i marzeniach, które w tym niedorzecznym świecie pozwalają trwać. I jeszcze wspomnieć tu muszę o niezwykłej, od tygodni stale mi towarzyszącej, „Warszawie Wschodniej”: jednym z nielicznych w polskiej muzyce tak elementarnie pięknych (kompozycyjnie, instrumentalnie i tekstowo) wyznań niełatwej miłości do swojego miasta.
Formuła alternatywnego pop-rocka przyjmuje na albumie Płynów dość przewrotną postać. O ile każdy z utworów z osobna w swojej kategorii gatunkowej uznać można za popularny, to jako całość płyta jest raczej — nomen omen — „Difficult Listening”. Trudno byłoby zapewne ze znalezieniem odbiorcy, który z niezmienną przyjemnością wysłuchałby wszystkich piosenek (wyłączywszy może percepcję koncertową). I trudno zresztą i aż strach wyobrazić sobie profil psychologiczny takiego idealnego słuchacza. Założony brak stylistycznej spójności jest zatem artystyczną manifestacją niezależności Płynów wobec przyzwyczajeń nie tylko popularnego odbiorcy. W tym sensie „Rzeszów — St. Tropez” stanowi rzeczywiście wyjątkowo ambitną realizację formuły alternatywnego grania i za to muzykom istotnie należy się zasłużona chwała. Jest jednak w tym wszystkim również pewien paradoks: Płyny, potrafiąc zagrać wszystko i dla każdego, tak naprawdę, choć z udanymi kompozycjami i niebanalnymi tekstami, nagrały album dla mało kogo.
© 2008 Jarosław Bytner
mroczna.art.pl > Muzyka > Recenzje płyt > Ze Wschodniego nad Atlantyk
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput