Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№50 maj 2011

Z cyklu „Grypa Żołądkowa Gorzka”:

Biuro Krzysztof Gozdowski

Czy to możliwe, żebym jeszcze nie opowiedział Wam o jednym z najlepszych biznesów w moim życiu, który opatrzyłem kryptonimem ”Biuro Pisania Skarg i Donosów”?!

Ależ wiem, że wszystko jest możliwe na tym padole Wiecznego Przedwiośnia naszego najdoskonalszego ze światów!

Nawet to, że największe w swoim życiu wynagrodzenie za godzinę pracy otrzymałem za umycie psa, którego bali się wszyscy, łącznie z właścicielem. Łajdak wabił się Filos. To było gdzieś w Attyce, między Tiwą a Krekuki. Ale o tym kiedy indziej.

* * *

Po definitywnym zakończeniu równie błyskotliwej, co kompletnie nieudanej kariery agenta ubezpieczeniowego, choć jeszcze przed rozliczeniem się z Urzędem Skarbowym i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, pogrążyłem się na powrót w swojej ulubionej czynności, jaką zawsze była kompletna bezczynność. I myślałem, myślałem, myślałem...

Osiągnięcie stanu pełnej równowagi duchowej utrudniały mi jeszcze przydarzające się od czasu do czasu reminiscencje z poprzedniego epizodu mojego życia, jak chociażby przelatujące przez rozedrganą pamięć cytaty z przewybornych haseł reklamowych, na których dowcipie i sile perswazji nie poznał się, niestety, mój szef, w rodzaju: „Kandydacie na agenta, ubezpieczaj nawet w święta!”, czy: „Chodź, ubezpiecz się od raka – będzie żona wdzięcznie płakać!”...

Ale znałem przecież życie i znałem siebie. I wiedziałem, że to kolejne, całkowite pojednanie się ze światem, jest tylko kwestią czasu i mojej wytrwałości. I tak też się stało.

* * *

Jeszcze tylko jedna, malutka, ostatnia dygresja i już zaczynam opowiadać: czy nie zauważyliście, że o tym, ile naprawdę może człowiek, najpełniejsze wyobrażenie wyrobić można sobie jedynie w realiach gospodarki rynkowej?

* * *

Nastała wiosna. Odkąd mieszkam na wsi, o tej właśnie porze roku dematerializuje się większość moich, widzialnych i niewidzialnych, strachów. Podźwigam się wtedy ze swojego, obłożonego książkami Krzysztofa Gajdy, Edgara Poe, Józefa Rotha i Tukidydesa, tapczanu, ogarniam wzrokiem dobytek – niedobytek i zabieram się do działania. Mojej pogody ducha i wewnętrznej równowagi nie jest wonczas w stanie zakłócić nawet świadomość nieuchronności natknięcia się w wioskowym sklepie na Leśniczego. W sklepie (Leśniczy stał jak zwykle za moimi plecach i czułem na nich wyraźnie pluskwy jego plugawego spojrzenia), do którego wybrałem się, by kupić mleko i bułki dla żony i dzieci oraz parę piw i paczkę papierosów dla siebie, zagadnęła mnie Dominiaczka:

- Panie Krzysiu, czy u pana też były te pierdolone urzędniki?!

- ... ? – odkąd swojego czasu narozrabiałem w Klubie, staram się, przynajmniej na początku każdej wymiany zdań, zachować powściągliwość i opanowanie przynależne swojemu wykształceniu, a i mniemaniu o sobie. I oczywiście – nie spoufalać się zanadto.

- Noo, te sukinsyny z Gminy!!!

- Nie, nie byli u mnie, pani Agato, ale – o co chodzi?

- A bo to pan na innej planecie ciągle żyje! Nie słyszał pan, że podatki będą podwyższać?!!!

- A – jakim prawem?

- A cholera ich tam wie! Ale mają podwyższać!

- Pani Agato, oni nie mogą tego robić ot tak sobie, tak jak się robi kupę. Muszą mieć do tego jakieś podstawy. Jeżeli nie, to napiszemy skargę i damy im popalić.

- Panie Krzysiu kochany, to ja przyjdę do pana po południu z Gąsiorową i z Józwą...

- Zapraszam serdecznie, tak po siedemnastej.

I rzeczywiście, gdzieś po „Teleekspresie” zwaliło się do mnie całe towarzystwo, przynosząc, w charakterze poczęstunku, litrową flaszkę koktajlu od Tego z Młyna. Dokładnie wysłuchałem całej historii i obiecałem zająć się sprawą. O ile dobrze sobie przypominam, na pożegnanie ucałowałem się serdecznie nawet z Gąsiorową, która – wredzizna, tyle świństw mi przecież narobiła. Ja poszedłem spać, a oni polecieli jeszcze do młyna.

Nazajutrz przystąpiłem do działania. Po nitce do kłębka wylazło szydło z worka. Okazało się, że władze gminy, które – jako osoby prywatne – miały w obrębie naszej wioski sporo zakupionych terenów, zapragnęły zwiększyć stan swojego posiadania poprzez przekwalifikowanie gruntów rolnych na rekreacyjne i budowlane. Żeby uniknąć podejrzeń, przekwalifikowaniu poddano kilkakrotnie większą ilość gruntów, niż ta, która była w ich posiadaniu. Potem – z wykorzystaniem „wejść” w Powiecie – antydatowano te papiery. W ten sposób nawet teren ze szczątkami przedwojennego ewangelickiego cmentarza okazał się atrakcyjną działką siedliskową, nie wspominając już o „małpim gaju” za Maćkową chałupą, czy o pastwiskach moich niedawnych gości.

Żmudnie odkrytą „hosanną” podzieliłem się z Jackiem – najgroźniejszym od pięciu kadencji kontrkandydatem do stanowiska burmistrza aktualnie miłościwie nam panującego, a ten już tylko czekał na taką okazję. I choć – jak zwykle – oficjalnie niczego nie wykryto, a Jacek znów wyszedł na intryganta i oszczercę, to jednak – papiery i wysokość podatków w cudowny sposób wróciły do stanu „przedaferalnego”.

W swojej wsi chodziłem w glorii i na notorycznej bani. Wzruszone dzieci i żona nie nadążali z pakowaniem do zamrażarki kiełbas, golonek, szynek i baleronów. Nasze psy i koty, a także nasi agroturystyczni goście, obżerali się kaszanką, salcesonem i wątrobianką. Naokoło naszej posiadłości stanęło wreszcie solidne ogrodzenie, w dachu uzupełnione zostały dachówki i naprawiony komin, a Ignac wykopał nam nawet dół pod przyszły staw hodowlany. Zapasów drewna mieliśmy na pięć lat z hakiem, zaś w Klubie młodzi śpiewali piosenki do moich tekstów. Stałem się ojcem chrzestnym kilkunastu tłuściutkich bobasów. Nie przeczuwałem, że nadciąga kolejny kataklizm.

W podobny do wyżej opisanego sposób przyczyniłem się do rozwiązania jeszcze kilkunastu palących i nabrzmiałych problemów lokalnej społeczności. Byliśmy zmuszeni kupić na raty trzy nowe zamrażarki, a przez wejścia żony Witka pozyskaliśmy oryginalną, dwustulitrową beczkę z pobliskiego „Polmosu”, nie licząc tych trzech na ropę. I właśnie wtedy przyszedł Heniek i przyniósł od Sołtysowej zaproszenie na „nieformalne” ,jak stało w piśmie, zebranie Rady Sołeckiej. Poszedłem. Pamiętam, że to był czwartek po „Sprawie dla reportera” i miałem już niezły dym...

* * *

Obudziłem się nazajutrz wcześnie rano, we własnym domu i we własnym łóżku, a w głowie natrętnie huczał mi czyjś gniewny okrzyk: „A wsadź se w dupe te swojo etyke!!! A wsadź se w dupe te swojo etyke!!!”

Bardzo chciało mi się pić. Zrobiłem sobie herbatę, przy której napisałem nowy wiersz. Potem ubrałem się i poszedłem do sklepu. Pół wsi patrzyło na mnie tak, jakbym co najmniej obcował płciowo w miejscu publicznym z kozą wikarego, a drugie pół po prostu mnie nie zauważało. Leśniczy był w tej pierwszej połowie. W sklepie bardzo długo stałem w kolejce. W drodze ze sklepu do domu słyszałem, jak dzieci skandują pod moim adresem: „Ee-tyk, heree-tyk, ee-tyk, heree-tyk!” I tak w kółko. Ale mnie było już wszystko jedno, bo przecież zima była za pasem i czas najwyższy ku temu, by rozłożyć się na tapczanie wśród swoich książek...

© 2011 Krzysztof Gozdowski

mroczna.art.pl > Rękopisy > Grypa Żołądkowa Gorzka > Biuro

z Google

© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput