Rano krzyczałem, bo babcia dżdżownicą uszczelniła konfiturę, a ja tak lubię palcami dżemy wyjadać. A tu grudka ziemi wyciśnięta z flaczka zwisa. Niektóre nawet przeżyły to i deszczu wyglądają.
Rano krzyczałem, bo haczyk trzeba wbić w oko, lepiej wtedy biorą, a ja wobec oka inne miałem zamiary. A tu przez źrenicę, jak przez igielne ucho, ostrze się prowadzi. Niektóre ostrza prowadzają się jeszcze gorzej.
Rano krzyczałem, bo ciotka schodziła do piwnicy czcić kartofle, a ja wątpiłem w przychylność schodków, kapci i stropu. A tu widać, że dzień w dzień, pół talerza oddawała psu, a ten głupiał z każdym kęsem, aż gdy ciotka powiesiła się na bandażu, to dwa dni kręcił się z nią na żyrandolu i merdał. Niektórzy z dziećmi karuzelę tę przez okno oglądali.
Rano krzyczałem, bo dobiegły mnie pomruki ziemi, krzątanina płyt, tektoniczny raban - zaraz ziewnie i pochłonie Śląsk, a ja w samym jego sercu przecież. A tu zapadnie się, w wyrobisko wpadnie, kopalniany, wilczy dół, rypną stropy i stemple, i na kolana, bo jedno tąpnięcie załatwi wszystko. Niektórzy powtarzają, że wszystko, to całkiem dużo.
Rano krzyczałem, bo za szybko wciągasz i roztrąbi ci nocha, kinol twój, aż po zatoki, a ja zbierać cię będę musiał, gdy białko za szpikiem przyczajone zacznie wysypywać ci ząbki. Niektórzy jednego dnia całe palą podeszwy.
Rano krzyczałem, bo śniła mi się legalizacja broni, a ja śnię sugestywnie. A tu w każdej ręce, w każdym domu - paralizatory, tazery, stunery, gaz pieprzowy, pałki elektryczne, teleskopowe, pneumatyczne strzelby na gumowe kule, modele do samochodu i pod kolor. Niektórym pod drzwi donoszą wysyłkowe katalogi, bo ci boją się bardziej.
Rano krzyczałem, bo szeregowy nie chciał się obudzić, a ja się darłem od kilku już akapitów. A tu prezerwatywy do posprzątania, niektóre to nawet nie zawiązane i wycieka z nich, i w parkiet wnika, jeszcze zakiełkuje to wszystko i zapachnie na stałe tu trocinami. Niektóre majty stargane pętają się wrednie i nogi podciąć knują.
Rano krzyczałem, bo chciałem przyduszony być cyckami, a zabrakło obu i powstała pustka jak po wystrzale i okazała się przejmująca, a ja w nią cały na łeb, na szyję. A tu u pasa wisi colt, przyrząd do powielania pustki. Niektórym bliższy jest od cycków, choć to prute bezsensem.
Rano krzyczałem, bo na wyschniętym dnie fontanny widniały ślady po upadkach monet, a ja wiedziałem, że spadły z gwiazd. A tu głód i zawieja, głód i choroba, głód i mary. Niektórzy nawet są tu nieliczni.
Rano krzyczałem, bo wylew strupkiem niewielkim przykrył uprawy neuronów i pomarły, a ja pamiętam, że ten suwnicowy kiedyś literki znał. A tu nagle spłynęła z nich faktura i znaczenie - zostały gołe, a on został sam. Niektórzy pocieszają, że gorzej ma suwnica.
Rano krzyczałem, bo psom pozwalaliśmy wylizywać nasze rany, a ja wiem, że było co lizać. A tu prześcieradła w pasy darte, owiązywane, uflogane w ziemi, w krwi i pocie - takie nasze mundury, takie ucho nadstawione, taki głos ludzki – równy w częstotliwości łamaniu gałęzi. Niektórzy w wiecznym pogotowiu jak osika, czekają i wypatrują, szepcząc - a kysz, a kysz.
© 2011 Piotr Nita
mroczna.art.pl > Rękopisy > Inne > Ciche rano, ciche
© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput