1
Gdyby dziś zapytać mnie o wydarzenia, które miały miejsce właśnie tam i wtedy - odparłbym, że nie mogę odpowiedzieć w taki sposób, bym został zrozumiany. Jestem pewny, że sam bym na miejscu słuchających mych słów nie zrozumiał. Tylko bowiem szaleniec zrozumie drugiego szaleńca i tylko ów odkryć potrafi w kimś szaleństwa najmniejszy zarodek.
Co więcej, po dziś dzień wspominam słowa pewnego kolegi, cytującego słynną myśl Nietsche'go: "Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas." Pamiętam, że niedługo po zakończeniu owej modlitwy wszyscy siedmioro TAM weszliśmy, by już nigdy nie wrócić jako ci sami. Bo ci ludzie, włącznie ze mną, którzy odmówili ów dziwny pacierz, już nie są tymi samymi osobami. Wszyscy wiedzieliśmy, że ryzykujemy wiele.
Żadne z nas nawet odrobinę nie uświadamiało sobie, JAK wiele...
2
Strugi deszczu obmywały głowy. Włosy - mokre i ciężkie - opadały na czoła i oczy. Na zamknięte oczy, które starały się zamknąć jeszcze bardziej i tylko drżały i marszczyły im się powieki.
Ada patrzyła na wszystkich po kolei, jakby nie będąc zdolną do odegnania tego, co nadchodzi wraz z zamknięciem oczu, starała się choć posmakować psychicznego półsnu pozostałych.
Oni jednak też wkrótce pootwierali oczy. Kamil popłakał się rzewnymi łzami. Zazdrościli mu, nic tak nie otumaniało, nie gasiło napięcia jak łzy. Krzysztof drżącą ręką wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki paczkę papierosów. Nic, że padało. Nic, że nie miał ognia. Liczyło się tylko owo nic, którym poczęstowali się wszyscy. Byli bardzo spragnieni niczego.
Pierwszy zaczął się śmiać Beniamin. Śmiał się z tegoż powodu, co Kamil przedtem płakał.
Ada, plecami oparta o drzewo, powoli osunęła się i przykucnęła.
Poszli w jej ślady. Wtedy i ona podłapała histeryczny, głuchy śmiech. W końcu ogarnął ich wszystkich, z wyjątkiem Pawła. I Andrzeja.
Obaj przez cały czas patrzyli na siebie z wyrazem, mówiącym aż nazbyt wiele. Milczeli, aż inni przestali się śmiać i na nich skupili wzrok.
Wtenczas, bez słowa, zrozumieli. I zaczęli płakać łzami, które nie przynoszą ulgi, które są gorsze niż najkwaśniejszy deszcz.
Weszło ich siedmioro. Wróciło sześcioro.
Nie płakali z powodu tego, który nie powrócił wraz z nimi.
Płakali, bo wiedzieli, że jeśli po niego nie wrócą, to tak, jakby żadne z nich nie wróciło...